Pamiętasz czasy wypożyczalni kaset VHS? Szum taśmy, zapach plastiku i kara za nieprzewinięcie
Pamiętasz ten specyficzny dźwięk, gdy mechanizm magnetowidu połykał kasetę? To głośne, mechaniczne „kłapnięcie”, po którym następował szum pracujących silniczków i charakterystyczny trzask statyczny na ekranie telewizora, zanim przez śnieżenie przebił się obraz. A zapach? Wypożyczalnie kaset wideo miały swój unikalny aromat - mieszankę taniego plastiku, kurzu, wykładziny i, w zależności od lokalizacji, nuty popcornu lub papierosowego dymu. Dziś, w erze sterylnych platform streamingowych, algorytmów i treści dostępnych na jedno kliknięcie, łatwo zrzucić wspomnienia o VHS na karb prostej nostalgii.
Mówimy sobie: „tęsknimy, bo byliśmy młodzi”. Jednak gdy przyjrzymy się temu zjawisku głębiej, analizując nie tylko nasze wspomnienia, ale i psychologię wyboru oraz zmiany w konsumpcji kultury, okazuje się, że taśma magnetyczna oferowała nam coś, co bezpowrotnie utraciliśmy w cyfrowym świecie. To nie jest tekst o tym, że kiedyś trawa była bardziej zielona. To opowieść o rytuale, o fizyczności kultury i o tym, jak ograniczenia - paradoksalnie - dawały nam wolność, której dziś, mając dostęp do wszystkiego, tak bardzo nam brakuje.
Tyrania wyboru kontra błogosławieństwo ograniczeń
Współczesny piątkowy wieczór wygląda zazwyczaj tak samo: siadamy przed telewizorem, uruchamiamy Netflixa, HBO czy Disney+, i zaczynamy scrollować. Mija dziesięć minut, potem dwadzieścia. Oglądamy zwiastuny, czytamy opisy, sprawdzamy oceny na portalach filmowych. Po czterdziestu minutach, zmęczeni samym procesem decyzyjnym, często rezygnujemy z oglądania czegokolwiek lub włączamy po raz setny ten sam odcinek „Przyjaciół”, który znamy na pamięć. Psychologowie nazywają to „paraliżem decyzyjnym” lub „paradoksem wyboru”. Barry Schwartz w swojej słynnej książce argumentował, że nadmiar opcji nie czyni nas wolnymi, lecz sparaliżowanymi i mniej satysfakcjonuje nas ostateczny wybór, bo ciągle myślimy o tym, co odrzuciliśmy.
Wypożyczalnia kaset VHS była naturalnym antidotum na tę cywilizacyjną chorobę. Wyprawa do wypożyczalni była wydarzeniem, swoistą misją. Wchodziło się do środka z nadzieją, że ten jeden, upragniony hit - „Terminator 2”, „Park Jurajski” czy „Krwawy Sport” - będzie akurat dostępny. Często nie był. Na półce stało tylko puste pudełko, a pod nim smutna karteczka „WYPOŻYCZONE”. I to był moment kluczowy. Nie mogliśmy kliknąć „następny”. Musieliśmy dokonać wyboru z tego, co było fizycznie dostępne na półkach. Zamiast hitu braliśmy film klasy B, o którym nigdy nie słyszeliśmy, tylko dlatego, że okładka wyglądała intrygująco (choć często była kłamliwa i rysowana przez artystę z wybujałą wyobraźnią).
To ograniczenie wymuszało na nas otwartość. Oglądaliśmy filmy, których w dobie algorytmów nigdy byśmy nie włączyli, bo system podsuwa nam tylko to, co jest podobne do tego, co już lubimy. Wypożyczalnia była kuratorem z krwi i kości. Często to właściciel, lokalny pasjonat kina w wyciągniętym swetrze, mówił: „To jest słabe, weź to, wczoraj przywieźli, rewelacja”. Budowała się relacja, której nie zastąpi żaden, nawet najbardziej zaawansowany kod binarny. Fizyczność kasety sprawiała, że film stawał się towarem o konkretnej wadze. Kiedy już zapłaciliśmy za wypożyczenie (często niemało w relacji do ówczesnych zarobków) i przynieśliśmy kasetę do domu, czuliśmy zobowiązanie, by film obejrzeć. Nie wyłączaliśmy go po 5 minutach, bo „nudny wstęp”. Dawaliśmy szansę. Ta „inwestycja” czasu i wysiłku sprawiała, że seans był celebrowany. Dziś filmy są „kontentem”, strumieniem danych, który można przerwać w dowolnym momencie bez żalu. Wtedy były wydarzeniem.
Niedoskonałość, która budowała atmosferę i polska transformacja
Z technicznego punktu widzenia VHS był formatem koszmarnym. Rozdzielczość, która dziś wywołałaby ból głowy (240 linii poziomych, co przy dzisiejszym 4K brzmi jak żart), wyprane kolory, szumy, i ten nieszczęsny tracking, który trzeba było regulować pokrętłem lub przyciskami na pilocie, aby obraz przestał skakać. A jednak, ta niedoskonałość miała w sobie pewną magię, którą dzisiejsi twórcy próbują sztucznie odtwarzać, nakładając filtry „retro” na cyfrowe nagrania. Obraz na kasecie VHS był „żywy”, organiczny, reagował na zużycie taśmy. Każde kolejne odtworzenie minimalnie pogarszało jakość, co sprawiało, że kopia filmu miała swoją historię. Jeśli wypożyczałeś komedię i w najśmieszniejszym momencie taśma była zdarta, wiedziałeś, że dziesiątki osób przed tobą przewijały ten fragment, aby obejrzeć go ponownie.
W Polsce lat 90. VHS miał jeszcze jeden, unikalny wymiar - był oknem na zachodni świat w czasach gwałtownej transformacji ustrojowej. Zanim powstały legalne sieci wypożyczalni jak Beverly Hills Video, królowały małe budki i łóżka polowe na bazarach. To tam królowało piractwo i legendarni lektorzy, nagrywający ścieżki dźwiękowe w domowych warunkach, nierzadko zagłuszając oryginalne dialogi, a czasem nawet dodając własne interpretacje. To były czasy „wolnej amerykanki”, gdzie na jednej kasecie, po filmie akcji ze Stallone’em, mogła znaleźć się bajka dla dzieci, a po niej - przez pomyłkę nagrywającego - fragment filmu erotycznego.
Taśma wideo uczyła nas też odpowiedzialności społecznej w mikroskali. Słynne hasło „Be kind, rewind” (Bądź miły, przewiń) lub polskie groźby „Za nieprzewinięcie kasety kara 2 zł” (przed denominacją odpowiednio więcej) były elementem swoistej etykiety. Oddanie nieprzewiniętej kasety było faux pas, znakiem braku szacunku dla pracownika wypożyczalni i kolejnego klienta. Dziś nie ma po tym śladu. Netflix nie prosi nas o „przewinięcie” pliku na serwerze. Wraz z kasetami zniknął też fizyczny aspekt posiadania kolekcji. Półka z kasetami w domu była wizytówką domownika. Ustawione grzbietami pudełka mówiły o gościu więcej niż jego profil na Facebooku. Dziś nasze biblioteki są cyfrowe, niewidoczne, ukryte w chmurze, do której tracimy dostęp, gdy tylko przestaniemy opłacać abonament lub gdy wygaśnie licencja dystrybutora. Posiadanie filmu na VHS oznaczało, że jest on twój. Niedoskonały, szumiący, ale twój.
Renesans analogu - moda czy realna potrzeba?
W ostatnich latach obserwujemy zjawisko, które analitycy rynku nazywają „renesansem analogu”. Ceny winyli szybują w górę, wracają kasety magnetofonowe (audio), a teraz - ku zdumieniu wielu - także kasety VHS. Na aukcjach internetowych rzadkie wydania horrorów czy klasyków kina akcji osiągają ceny, za które można by kupić nowoczesny telewizor. Dlaczego? Czy to tylko spekulacja i moda hipsterów? Wydaje się, że przyczyna leży głębiej. To reakcja obronna naszego mózgu na cyfrowe przebodźcowanie.
Żyjemy w kulturze „binge-watchingu”, czyli kompulsywnego oglądania seriali ciągiem. Streamingi są zaprojektowane tak, by nas uzależniać - autoodtwarzanie kolejnego odcinka, pomijanie czołówek, algorytmy podsuwające kolejne produkcje. To sprawia, że oglądanie staje się czynnością pasywną, tłem do przeglądania telefonu. Powrót do VHS, czy szerzej - do fizycznych nośników - to forma buntu. To manifestacja trendu „Slow Watching”. Włożenie kasety do magnetowidu wymaga intencji. Nie można przeskoczyć nudnej sceny jednym kliknięciem myszki (przewijanie na podglądzie trwa wieki i niszczy głowice). Trzeba usiąść i oglądać. To wymusza skupienie, uważność, bycie „tu i teraz” z filmem.
Kolekcjonerzy VHS, z którymi rozmawiają dziennikarze badający ten fenomen, często podkreślają, że nie chodzi im o jakość obrazu. Wszyscy wiedzą, że Blu-ray czy 4K streaming wyglądają obiektywnie lepiej. Chodzi o doświadczenie. O tę okładkę, którą można wziąć do ręki, o opis z tyłu pudełka, który czyta się przed seansem, o ten fizyczny nośnik, który jest „artefaktem” minionej epoki. To tęsknota za światem, który był bardziej namacalny, mniej wirtualny. Wypożyczalnie były miejscami spotkań, wymiany myśli, lokalnymi centrami kultury. Dziś, mimo że jesteśmy połączeni z całym światem przez sieć, oglądamy filmy samotnie w swoich cyfrowych bańkach. Renesans VHS to w dużej mierze tęsknota za wspólnotą i za czasami, gdy premiera filmu na wideo była świętem, na które zapraszało się sąsiadów, a nie tylko kolejną ikonką pojawiającą się w piątek rano w aplikacji.
Podsumowanie
Czy powinniśmy wyrzucić nasze nowoczesne telewizory i wrócić do oglądania filmów na kineskopowych odbiornikach? Oczywiście, że nie. Postęp technologiczny dał nam dostęp do kultury, o jakim w latach 90. mogliśmy tylko marzyć. Demokratyzacja dostępu do kina jest faktem i wielką wartością. Jednak wspominając czasy wypożyczalni kaset VHS, warto zdać sobie sprawę, że wraz z wygodą straciliśmy pewien rodzaj magii i zaangażowania. Tęsknota za tamtymi latami to nie tylko sentyment za młodością, ale podświadoma potrzeba fizycznego kontaktu z kulturą i drugim człowiekiem.
Wypożyczalnia była czymś więcej niż sklepem - była rytuałem. Kaseta była czymś więcej niż nośnikiem danych - była przedmiotem z duszą. Może więc warto czasem, zamiast bezmyślnie scrollować ofertę serwisu VOD, wyciągnąć z piwnicy zakurzony film, o ile jeszcze mamy na czym go odtworzyć, i przypomnieć sobie, jak to jest naprawdę oglądać, a nie tylko konsumować. Bo w życiu, tak jak na taśmie VHS, czasem te szumy i niedoskonałości są tym, co nadaje całości prawdziwy charakter. I pamiętajcie proszę, aby przewinąć przed oddaniem.
Przeczytaj również
Komentarze (25)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych