Ten skromny film science fiction dziesięć lat temu zachwycił widzów. Jak go dziś wspominamy?

Ten skromny film science fiction dziesięć lat temu zachwycił widzów. Jak go dziś wspominamy?

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 11:00

W czwartek minęła dziesiąta rocznica premiery “Midnight Special”. Czwartego pełnometrażowego filmu Jeffa Nicholsa, w którym po raz drugi już - po “Take Shelter”- udało mu się zgrabnie połączyć opowiadanie o małomiasteczkowej Ameryce z wątkiem paranormalnym. Z jednej strony składając hołd fantastycznemu kinu rozrywkowemu lat 70’ i 80’, a z drugiej w niebanalny sposób opowiadając o kwestii rodzicielstwa.

Od czasu swojego debiutu „Shotgun Stories” z 2007 roku Jeff Nichols znalazł się w wąskim gronie najciekawszych przedstawicieli nowego pokolenia amerykańskich twórców. Widzów i krytyków oczarował przede wszystkim umiejętnością łączenia kina gatunkowego z wnikliwą obserwacją prowincjonalnej, południowej Ameryki. Niezależnie od tego, czy opowiadał o samotnikach uciekających przed mroczną przeszłością — jak w „Mud” z 2012 roku — czy eksplorował skomplikowane relacje rodzinne i napięcia narastające pod powierzchnią codzienności, zawsze potrafił nadać swoim historiom autentyczność i emocjonalną głębię. Twórca z Arkansas miał przy tym wyjątkowe wyczucie obsadowe. Od początku jego artystycznym alter ego stał się Michael Shannon — jeden z najwybitniejszych, a zarazem wciąż niedocenianych aktorów amerykańskich. Nichols wielokrotnie podkreślał, że oczy Shannona wyrażają więcej emocji niż twarze wielu innych, znakomitych aktorów. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Gdy w okolicach 2015 roku pojawiły się informacje, że twórca pracuje nad nowym projektem mocno osadzonym w konwencji science fiction, dla uważnych obserwatorów jego twórczości nie było to większym zaskoczeniem. Już bowiem w swoim drugim — i wciąż chyba najgłośniejszym — filmie, czyli „Take Shelter”, reżyser wyraźnie flirtował z fantastyką. Historia mężczyzny nawiedzanego przez wizje nadchodzącej apokalipsy balansowała na granicy psychologicznego dramatu i kina katastroficznego. Choć widz niemal od początku podejrzewa, że przerażające obrazy są efektem pogłębiających się problemów psychicznych bohatera, Nichols konsekwentnie igrał z możliwością, że mogą one mieć także realny, pozazmysłowy wymiar. Ta dwuznaczność stanowiła o sile filmu.

W przypadku „Midnight Special” sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Tym razem twórca nie buduje napięcia na niepewności co do natury zjawisk, lecz znacznie szybciej sygnalizuje, że mamy do czynienia z czymś autentycznie nadprzyrodzonym. Punkt ciężkości zostaje więc przesunięty — z pytania „czy to się dzieje naprawdę?” na „co to właściwie oznacza i dokąd prowadzi?”. Z jednej strony Nichols otwarcie przyznawał, że jego nowe dzieło miało być hołdem dla kina fantastycznego lat 70. i 80. Wśród najważniejszych inspiracji wymieniał „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” — do których wyraźnie nawiązuje finał — a także „E.T.” oraz „Gwiezdnego przybysza” Johna Carpentera.

Z drugiej strony fundamentem scenariusza stały się bardzo osobiste doświadczenia reżysera związane z ojcostwem. Szczególnie silne piętno odcisnął moment, w którym jego niespełna ośmiomiesięczny syn doznał nagłego ataku drgawek gorączkowych. Choć sytuacja nie zagrażała życiu dziecka, Nichols wspominał, że towarzyszące jej poczucie bezradności — świadomość, że nie jest w stanie w żaden sposób pomóc własnemu synowi — było dla niego wstrząsające. To właśnie to doświadczenie stało się emocjonalnym rdzeniem „Midnight Special”. Wybrzmiewa ono najmocniej w relacji pomiędzy tajemniczym ośmiolatkiem Altonem Meyerem (Jaeden Martell) a jego ojcem Royem Tomlinem, w którego ponownie wciela się Michael Shannon. Ich więź stanowi serce opowieści, przesuwając akcent z widowiskowej fantastyki na intymny dramat rodzica gotowego zrobić wszystko, by ochronić swoje dziecko.

Kino drogi

Midnight special
resize icon

Nichols początkowo planował realizację „Midnight Special” w ramach mniejszego studia, chcąc zachować pełną kontrolę artystyczną nad projektem. Sukces jego dwóch wcześniejszych filmów sprawił jednak, że scenariuszem szybko zainteresowali się przedstawiciele Warner Bros. Co istotne, reżyser nie zrezygnował ze swoich warunków — o konieczności zachowania decydującego głosu w sprawie ostatecznego kształtu filmu poinformował dopiero podczas jednego z końcowych spotkań. Ostatecznie przekonały ich konkretne argumenty: stosunkowo niski budżet (zamknął się w około 16 milionach dolarów), krótki — bo zaledwie czterdziestodniowy — okres zdjęciowy oraz przynależność do atrakcyjnego komercyjnie gatunku science fiction. Wszystko to sprawiło, że Nichols otrzymał dużą swobodę twórczą. Film zadebiutował w lutym 2016 roku na festiwalu w Berlinie i od początku spotkał się z pozytywnym przyjęciem krytyków, którzy doceniali jego powściągliwość, emocjonalną szczerość oraz umiejętne połączenie kina drogi, dramatu rodzinnego i fantastyki naukowej.

Akcja filmu zostaje zawiązana błyskawicznie. Już w pierwszych scenach dowiadujemy się, że policja poszukuje dwóch mężczyzn przemierzających Stany Zjednoczone samochodem, podejrzewanych o porwanie ośmioletniego chłopca. Sam chłopiec wydaje się jednak nie tylko dobrze znać swoich rzekomych porywaczy, ale także darzyć ich pełnym zaufaniem. Istotną rolę odgrywa również tajemnicza organizacja o charakterze quasi-religijnym, mająca swoją siedzibę na rozległym ranczu w Teksasie. To właśnie tam pojawiają się uzbrojeni funkcjonariusze FBI, zatrzymując wszystkich członków wspólnoty do przesłuchań. Ich działania mają bezpośredni związek z osobą Altona Meyera — chłopca poszukiwanego nie tylko przez organy ścigania, lecz także przez wysoko postawionych przedstawicieli sekty, przekonanych o jego nadprzyrodzonych zdolnościach. Z czasem wiarę w niezwykłość dziecka zaczynają podzielać również funkcjonariusze Biura. Szczególnie jeden z analityków angażuje się w sprawę znacznie bardziej, niż wymagałyby tego służbowe obowiązki, dostrzegając w wydarzeniach coś, co wykracza poza standardowe procedury i racjonalne wyjaśnienia.

“Midnight Special” umiejętnie łączy w sobie wiele różnych gatunków, takich jak fantastyka, a w pewnym momencie wręcz kino superbohaterskie, dramat rodzinny i film drogi. Sposób zawiązania akcji oraz pierwsze kilkanaście minut należą do najmocniejszych fragmentów filmu. Nichols świadomie bawi się tu różnymi tropami interpretacyjnymi, długo nie odsłaniając wszystkich kart. Z jednej strony pojawia się motyw zamkniętej, quasi-religijnej wspólnoty o osobliwych wierzeniach, widzącej w Altonie figurę niemal mesjańską. Z drugiej — wątek zainteresowania państwowych służb, w tym FBI i NSA, co uruchamia skojarzenia z teoriami spiskowymi oraz klasycznym motywem „ucieczki przed systemem”. O niezwykłych zdolnościach chłopca dowiadujemy się bardzo szybko, jednak Nichols nie czyni z nich czysto widowiskowej atrakcji. Znacznie większy nacisk położony zostaje na relacje Altona z najbliższymi, przede wszystkim z ojcem, który towarzyszy mu w niebezpiecznej podróży. 

Nie sposób przejść obok znakomitej obsady filmu, bo i tym razem Nicholsowi udało się zebrać na planie świetnych aktorów. Pierwsze skrzypce grają tu z jednej strony dobrze znany Michael Shannon, po raz kolejny kreujący tu znakomitą rolę, a z drugiej niespełna trzynastoletni Jaeden Martell, którego reżyser chwalił za naturalny talent. Świetnie wypadają również Kirsten Dunst i Joel Edgerton, który niedługo zagra w innym filmie Nicholsa “Loving”.  Ciekawostką jest również fakt, iż - według słów samego twórcy - pierwszy dzień kręcenia zdjęć do obrazu był jednocześnie momentem, w którym Adam Driver dowiedział się, że zagra w pierwszej odsłonie najnowszej trylogii Gwiezdnych Wojen, czyli “Star Wars: Przebudzenie Mocy”. Na planie “Midnight Special” wcielając się akurat w rządowego analityka, z minuty na minutę coraz mocniej angażującego się w prowadzoną przez siebie sprawę.

(Nie)Satysfakcjonujące zakończenie?

Midnight special
resize icon


Czwarty film Nicholsa znakomicie wpisuje się w jego dotychczasową filmografię. Skupioną na obserwacji małomiasteczkowej Ameryki, znów mocno czerpiącą z wielu, stereotypów i wyobrażeń tego jak wygląda życie na obrzeżach południowych stanów USA. Nichols wielokrotnie podkreślał, że nie podpisuje się w pełni jako autor swoich filmów, a woli o nich myśleć raczej jako owoc współpracy niezwykle zgranego zespołu artystów. Podobnie jak, wspominany tu już kilkukrotnie, Michael Shannon współpracującego z nim od wielu lat. Wspomnieć więc należy o świetnych, zwłaszcza nocnych, zdjęciach Adama Stone’a, a także pięknej muzyce Davida Wingo. Wykorzystującej utwory założonej w 1998 roku w Memphis grupy Lucero, do której należy także brat Jeffa Nicholsa, Ben. Sam tytuł filmu nie jest zresztą bezpośrednio związany z fabułą filmu, ale stanowi nawiązanie do klasycznego bluesowego kawałka z 1923 roku, zapamiętywalnego głównie dzięki powtarzającej się frazie: “Let the Midnight Special shine a ever lovin' light on me.”

Pisząc o tym filmie w 2026 roku, nie sposób pominąć kwestii jego zakończenia, które dla wielu widzów okazało się wyraźnym rozczarowaniem. Z jednej strony finał dobrze współgra z tradycją wielkich dzieł fantastyki z ostatnich dekad XX wieku — tymi samymi, które stanowiły wyraźną inspirację dla twórców. Z drugiej jednak pozostawia po sobie uczucie niedosytu, wynikające przede wszystkim z braku jednoznacznych odpowiedzi na wiele pytań pojawiających się w trakcie seansu. Dodatkowo przedziwna, futurystyczna wizja zaprezentowana w końcówce dziś może budzić skojarzenia z internetowymi memami, w humorystyczny sposób pokazującymi „świat przyszłości”. To z kolei prowokuje do bardziej zasadniczego pytania: czy rzeczywiście da się tworzyć przekonujące, epickie kino fantastyczne bez odpowiedniego budżetu? A może w pewnym momencie ambicja zaczyna rozmijać się z możliwościami, pozostawiając widza gdzieś pomiędzy zachwytem nad wizją a irytacją jej niedoskonałością?

Najbardziej interesujące wydaje się jednak zestawienie filmu Jeffa Nicholsa z mającym premierę niemal dokładnie piętnaście lat wcześniej „Donniem Darko”, którego polscy widzowie mogli w tym roku ponownie zobaczyć na dużym ekranie. Obie produkcje łączy zaskakująco wiele: gęsta, niepokojąca atmosfera, obecność wielkiej tajemnicy oraz koncentracja na młodych bohaterach i ich wewnętrznych przeżyciach. Dzieło Richarda Kelly’ego, oglądane dziś, stanowi zarazem fascynujący portret przełomu wieków w Stanach Zjednoczonych. Na marginesie głównej historii opowiada o narastających wówczas podziałach politycznych pomiędzy wyborcami republikańskimi i demokratycznymi, o szkolnej opresji dotykającej nie tylko uczniów, lecz także nauczycieli wtłoczonych w ciasne ideologiczne ramy. Ci ostatni, zniechęceni i pozbawieni sprawczości, stopniowo wycofują się z zaangażowania — wybierając drogę, którą dziś nazwalibyśmy „cichą rezygnacją”. „Midnight Special” nie wydaje się mieć ambicji, by — tak jak „Donnie Darko” — stać się po latach symbolicznym obrazem minionej epoki. Jego wymowę można sprowadzić do ostatniego kadru, w którym twarz Michaela Shannona wyraża więcej niż tysiąc słów. To spojrzenie mężczyzny, który — niezależnie od wszystkiego — ma pewność, że z całą pewnością nie zawiódł jako ojciec.

Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper