Ostatni wybitny film Carpentera. Gwiazda

Ostatni wybitny film Carpentera. Gwiazda "Parku Jurajskiego" w roli głównej

Jan Piekutowski | Dzisiaj, 17:00

John Carpenter wielkim reżyserem jest. Filmowy horror w latach 70. i 80. opierał się w dużej mierze właśnie na jego twórczości. Kolejne dekady przyniosły jednak przede wszystkim rozczarowania. Wyjątkiem “W paszczy szaleństwa”. Ostatnie dzieło godne mistrza.

John Carpenter nigdy nie wydawał się reżyserem dążącym do pracy przy franczyzie filmowej. Zapoczątkował wprawdzie “Halloween”, ale za pozostałe epizody odpowiadali już inni. W gruncie rzeczy Amerykanin raz tylko zrobił wyjątek i nie wyszedł na tym dobrze. Udaną “Ucieczkę z Nowego Jorku” kontynuował w piętnaście lat starszej “Ucieczce z Los Angeles”, która przede wszystkim pokazywała, że Carpenter nie jest już filmowcem tak silnie angażującym.

Dalsza część tekstu pod wideo

Brak właściwej serii nie oznacza jednak, że Carpenter nie stworzył swoistego tryptyku. Wręcz przeciwnie, reżyser jest autorem Trylogii Apokalipsy. Zaczął ją w 1982 roku za sprawą “Coś”. W 1987 na ekrany trafił “Książę ciemności”. W 1995 zadebiutowało “W paszczy szaleństwa”. Film ten nie tylko stanowił domknięcie carpenterowskich rozważań na temat zagłady świata, ale też okazał się ostatnim dziełem nawiązującym jakością do wcześniejszych prac Amerykanina.

Jednocześnie to jeden z tych filmów, o których zapomina się podczas rozmów o najważniejszych dokonaniach Carpentera. Niesłusznie, bo chociaż “W paszczy…” trudno zestawić z genialnym na wielu polach “Coś”, to wciąż mamy do czynienia z filmem unikatowym. Nie oryginalnym, ale unikatowym. Nikt w Hollywood nie zrobiłby podobnej rzeczy, chociaż “W paszczy…” wyraźnie nawiązuje do estetyki Davida Lyncha (i vice versa, sugestywne sceny nocnych podróży autem w “Zagubionej autostradzie” romansują z dziełem Carpentera). Szkopuł w tym, że tam, gdzie Lynch postawiłby kropkę, Carpenter parł do przodu. Zanurzył wykreowany świat w niewysłowionm horrorze, a efekt był piorunujący.

Dwom wielkim
resize icon

Fabuła koncentruje się na losach “detektywa” Johna Trenta (Sam Neill), mającego namierzyć zaginionego pisarza Suttera Cane’a (Juergen Prochnow). Cane zniknął z radarów zaraz przed premierą swojego horroru - “W paszczy szaleństwa” - co doprowadziło do niepokojów w jego wydawnictwie, ale też na amerykańskich ulicach. Fani pisarza, tworzącego książki poczytniejsze niż Biblia, rozpoczęli masakrę.

W celu odnalezienia pisarza Trent udaje się do Hobb's End - miasteczka, którego nie można znaleźć na współczesnej mapie. W wyprawie towarzyszy mu Linda Styles (Julie Carmen). A przynajmniej tak nam się wydaje. I widzom, i Trentowi. W filmie Carpentera niczego bowiem nie można uznać za pewnik, chociaż to banalne stwierdzenie.

Cały seans stanowi zabawę z widzem, o ile za zabawę można uznać doprowadzenie do obłędu, przedstawianie kolejnych potworności i monstrów, które dybią na życie głównego bohatera. “W paszczy…” to modelowy przykład swojego gatunku. Zaskakuje każdą sceną - nie da się przewidzieć, co za chwilę czeka Trenta. Nawet jeśli w pewnym momencie wpada on w ciąg powtarzających się okrucieństw, seans grozy nagle się kończy, a sytuacja uspokaja. Dzięki temu zabiegowi Carpenter oddał gorączkowe rozedrganie głównego bohatera, zarazem czyniąc z niego narratora niewiarygodnego. Złamał swoją postać - początkowy sceptyk zaczyna wierzyć w rzeczy nieprawdopodobne.

W widzu zaś zaczyna dominować rosnąca niepewność dotycząca postępowania Trenta, ale też otaczających go ludzi. Chociaż sam film jest bardzo dosłowny pod względem sposobów straszenia - Carpenter nie poskąpił nawet klasycznego jumpscare; groza została wyrażona wprost, również pod postacią zdeformowanych ciał - to poczucie ciągłego niebezpieczeństwa krąży nie tylko w żyłach postaci, ale i osób oglądających film. Niejako sami stajemy się uczestnikami “W paszczy…”, można odnieść wrażenie, że i na nas działają niemalże mistyczne zabiegi narracyjne Cane’a.

Ponadto film Carpentera zachwyca metatekstualnością, głęboko kłania się twórczości Stephena Kinga (“Misery” to oczywisty, chociaż niedokładny trop; Cane ma mordercze psy; przeklęte dzieci nawiedzają głównych bohaterów), a przede wszystkim H.P. Lovecrafta. Motyw choroby psychicznej został nierozerwalnie złączony z historiami autora z Providence, podobnie jak snucie narracji głównie za pomocą retrospekcji. Są to zabiegi bogato reprezentowane w filmie Carpentera, osuwanie się w odmęty szaleństwa stanowi główny przedmiot opowieści. Warto również zwrócić uwagę na tytuły książek Cane’a, bardzo zbliżone do opowiadań Lovecrafta. 

Sutter Cane
resize icon

Nie brakuje opinii, że efekty specjalne w “W paszczy…” brzydko się zestarzały. Ja tego nie kupuję. Carpenter, sobie znanym zwyczajem, postawił na rozwiązania praktyczne. Czuć gumę, ale nie nieudolną pracę komputera. Powykręcane ciała robią wrażenie nie mniejsze niż potwory w “Coś”, a być może nawet lepsze, bo na przestrzeni lat udało się usprawnić technikalia w zakresie poruszania się. Kilka obrazów zapada w pamięć, a gwałtownych zbliżeń, wyraźnych cięć i specyficznego oświetlenia nie powstydziłby się wspomniany już Lynch.

Całość dopełnia muzyka. Utwór przewodni - dzieło Carpentera, Jima Langa oraz Dave’a Davies z The Kinks - śmiało mógłby uzupełnić dyskografię Metalliki. Nie ma przypadku, bo to “Enter Sandman” służyło jako podkład tymczasowy. Efekt podobał się reżyserowi tak bardzo, że intencjonalnie zbliżył się do ekipy z Los Angeles. 

To wszystko działa na plus filmu Carpentera. W moim przekonaniu - ostatniego wybitnego filmu Carpentera. Na ten epitet pozwalam sobie nie tylko ze względu na wymienione wcześniej zalety, brawurową kreację Neilla, będącego w momencie realizacji wizji Carpentera zaraz po znacznie odmiennym tonalnie i budżetowo “Parku Jurajskiego” czy niezaprzeczalny styl Prochnowa, lecz również możliwości interpretacyjne. Ten klasyk lat 90. rodzi mnóstwo pytań, które kłębią się w głowie widza na długo po zakończeniu seansu.

“W paszczy…” to opowieść apokaliptyczna, ale czy naprawdę głównym źródłem zagłady jest przemoc? Czy to przypadek, że w jednej z ikonicznych scen Cane wychodzi akurat z monumentalnego kościoła? Co jest prawdą? Co jest kłamstwem? A może wszystko zależy od percepcji? Gdzie leży granica opowieści i kto ją przekracza? W co wierzyć? Czy czytacie Suttera Cane’a?

Źródło: Opracowanie własne
Jan Piekutowski Strona autora
Popkulturę pochłania masowo, łapczywie. Od dziecka, od kiedy zakatował DVD z "Królewną Śnieżką". Nie ma serialu, którego nie obejrzy. Nie ma filmu, na który nie pójdzie do kina. Nie ma komiksu, którego nie przeczyta. We wszystkim stara się znaleźć jakiś pozytyw, bo przecież pewnego dnia smutek się skończy.
cropper