Ostatnie tchnienie kultowego studia filmowego. Przedziwna mieszanina post-apo, cyberpunku z kinem kopanym
“Cyborg” Alberta Pyuna z 1989 roku, który właśnie pojawił się w ofercie Amazon Prime, to ostatni film kultowego Cannon Group, który doczekał się kinowej premiery jeszcze przed ostatecznym bankructwem studia. Owoc wyjątkowego pośpiechu, wynikającego z fiaska wcześniejszej produkcji i dużych kłopotów firmy, stanowi jednak również fascynujący dokument czasów, w których powstał.
Po ogromnej klapie ponad stuminutowej reklamy serii zabawek firmy Mattel, która miała być dla Cannon Group przepustką do masowej publiczności, wytwórnia znalazła się w wyjątkowo trudnym położeniu. Kasowa porażka poprzedniego widowiska sprawiła, że zapowiadany już sequel „Władców wszechświata” jawił się w oczach Menahema Golana i Yorama Globusa jako kolejna potencjalna katastrofa finansowa. Równolegle Cannon przygotowywało się do realizacji filmu o Spider-Manie, który – według wstępnych założeń – miał kosztować około 2 milionów dolarów. Zła kondycja finansowa studia przesądziła jednak o konieczności zerwania umów zarówno z Mattel, jak i z Marvel Entertainment Group. Swoistą „pamiątką” po pierwszym z tych projektów pozostała jednak rozbudowana charakteryzacja przygotowana już z myślą o kontynuacji „Masters of the Universe”, której koszt sięgnął kolejnych 2 milionów dolarów. Trzeba było coś z nią zrobić – zbyt dużo kosztowała, by pozwolić jej po prostu się zmarnować.
Szczęśliwie jednak dla Alberta Pyuna nie było w tym czasie rzeczy niemożliwych. Obdarzony wyjątkowo bujną wyobraźnią twórca urodzony na Hawajach miał pierwotnie wyreżyserować zarówno wspomniany sequel przygód He-Mana, jak i widowisko o Spidermanie. Ostatecznie jednak zgodził się zrealizować zupełnie inny film, do którego scenariusz musiał napisać bardzo szybko. Zrobił to w ciągu zaledwie jednego weekendu, kompilując ze sobą elementy z przeróżnych estetyk. W opowieści o świecie przyszłości, zniszczonym przez wspominaną już na początku wielką Plagę możemy odnaleźć echa modnego wtedy już od co najmniej dekady nurtu post-apo, ale również cyberpunku, obliczoną jednak głównie na starcie dwóch wielkich przeciwników, którzy w końcówce rozstrzygają swój odwieczny spór w walce na pięści.
Uważni widzowie już w końcówce lat 80’ zauważyli, że większość imion, jakie Pyun nadał bohaterom “Cyborga”, była związana z markami gitar i oczywiście nie był to żaden przypadek. W trakcie wspomnianego już bowiem niezwykle intensywnego weekendu, podczas którego twórca w pocie czoła pracował nad skryptem, częstował się on nie tylko wszelkimi dostępnymi w tym czasie używkami, ale również gitarową muzyką. Przede wszystkim legendarnej hard rockowej grupy Def Leppard, która niejako odpowiada za Gibsona Rickenbackera, Fendera Tremolo, Marshall Strat i wiele innych imion pojawiających się w samym filmie. Pyun już wtedy wiedział, że wbrew jego wcześniejszym uwagom w głównego bohatera obrazu nie wcieli się wymarzony przez niego Chuck Norris, a pewien odtwórca z Belgii, który w owym czasie był dopiero młodym, świetnie zapowiadającym się aktorem, znanym zwłaszcza z biegłej znajomości sztuk walki.
Uważaj na oczy!
Jean Claude Van Damme, bo o nim oczywiście mowa, miał już wtedy na koncie rolę choćby w kultowym dziś “Krwawym sporcie”, ale mimo tego wciąż był postrzegany jako młody i zdolny aktor, który może być wkrótce prawdziwą gwiazdą kina akcji. Po sukcesie wspomnianego filmu Golam i Globus mieli zresztą przedłożyć jemu i jego agentowi trzy skrypty nowych filmów, w których miałby zagrać główną rolę. Prócz filmu Alberta Pyuna były tam również “Oddział Delta 2”, a także “Amerykański Ninja 3”. Van Damme wybrał udział w “Cyborgu”, czego po latach żałował. Zapewne nie tylko ze względu na to, że film nie przypadł mu do gustu, ale również z powodu wielkiego sporu prawnego, którego przedmiotem były jego działania właśnie na planie tego widowiska.
Podczas kręcenia jednej ze scen walki Belg ugodził bowiem nożem w oko kaskadera Jacksona „Rocka” Pinckneya, który wkrótce całkowicie stracił w nim wzrok. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko zdecydował się on pozwać Van Damme’a i ostatecznie wygrał sprawę, inkasując ogromną jak na tamte czasy kwotę ponad 487 tysięcy dolarów (co odpowiada dzisiejszym ok. 1,1 mln dolarów) tytułem odszkodowania. Analizowane później dokumenty sądowe ujawniły, że Van Damme w tamtym okresie wielokrotnie wykazywał się skrajną nieodpowiedzialnością, a wręcz brawurą, narażając aktorów i kaskaderów na realne obrażenia fizyczne. Priorytetem była dla niego intensywność i widowiskowość scen walki, nawet kosztem bezpieczeństwa współpracowników — czy to poprzez rzucanie aktora z pełną siłą o betonową ścianę, czy kopnięcie kaskadera w krocze tak mocne, że potrzebował on długiego czasu, by dojść do siebie. W kolejnych latach Van Damme wielokrotnie wracał do tych incydentów w wywiadach, tłumacząc je młodzieńczą lekkomyślnością, brakiem rozwagi i nadmierną pewnością siebie. Publicznie przepraszał także swoich dawnych kolegów z planu.
Wspomniana wcześniej kwota odszkodowania była niewiele mniejsza od budżetu, jaki Albert Pyun otrzymał od Cannon na realizację „Cyborga”. Szacowano go bowiem na około 500 tysięcy dolarów, co oznaczało, że film musiał powstać w ekspresowym tempie. Ostatecznie ekipa uwinęła się w zaledwie 23 dni, a o oszczędnościach czynionych praktycznie na każdym etapie produkcji do dziś krążą prawdziwe legendy. Grający Fendera Tremolo nowozelandzki surfer i aktor Vincent Klyn wspominał po latach, że budżetowe cięcia doprowadziły do sytuacji wręcz absurdalnych. Na planie znajdowały się bowiem tylko dwie pary soczewek kontaktowych, odpowiadających za charakterystyczny, niebieski kolor oczu jego postaci. Podczas kręcenia jednej ze scen walki jedna z nich mu wypadła, a po pewnym czasie Klynowi wydawało się, że stracił również drugą. Gdy reszta ekipy gorączkowo rzuciła się na jej poszukiwania, aktor udał się do swojej przyczepy, gdzie odkrył, że soczewka po prostu zsunęła mu się pod oko. We wcześniejszej scenie nadmiar dymu i kurzu sprawił, że intensywnie mrugał, co spowodowało jej przesunięcie. Ostatecznie udało się ją założyć z powrotem, a plan mógł ruszyć dalej — co w realiach tak napiętego harmonogramu było absolutnie kluczowe dla ukończenia filmu na czas.
Obok oszczędzania dosłownie na wszystkim — objawiającego się choćby w ponownym wykorzystywaniu muzyki oraz efektów dźwiękowych kopnięć i uderzeń, znanych z wcześniejszych filmów Cannon Group — kością niezgody okazał się również ostateczny kształt filmu. Choć wielu może w to dziś wątpić, Albert Pyun był twórcą ambitnym, konstruującym swój scenariusz w dialogu z klasyką kina. Wśród jego inspiracji znalazły się m.in. „Poszukiwacze”, „Dawno temu na Zachodzie”, a także „Mad Max”, „Conan Barbarzyńca” i „Terminator”. Z drugiej strony reżyser chciał nadać swojemu nowemu dziełu wyraźnie autorski charakter. Pierwotnie „Cyborg” miał być bowiem dwugodzinną, czarno-białą rock-operą (czyżby znów wpływ Def Leppard?). Znacznie mroczniejszą, brutalniejszą i bardziej posępną niż wersja, którą ostatecznie poznali widzowie na kasetach VHS. Taka wizja od początku stała jednak w sprzeczności z oczekiwaniami producentów, nastawionych na szybki, tani i łatwo sprzedawalny produkt. Konflikt między Pyunem a Cannon Group był więc nieunikniony, a jego finał — jak to zwykle bywało — mógł zakończyć się tylko w jeden sposób.
Nie tak miało być!
W końcówce lat 80. przedstawiciele Cannon Group zorganizowali typowy dla tamtej epoki pokaz testowy, prezentując stu widzom reżyserską wersję „Cyborga”. Aż dziewięćdziesiąt dziewięć osób z tej grupy miało uznać film za fatalny, co wywołało prawdziwy popłoch — nie tylko wśród producentów, ale również w otoczeniu samego Jean-Claude’a Van Damme’a, do czego jeszcze wrócimy. Już wcześniej Menahem Golan toczył z Albertem Pyunem otwartą walkę o kształt scenariusza, szczególnie ostro sprzeciwiając się wielu pomniejszym, lecz oryginalnym pomysłom reżysera. Jednym z głównych punktów zapalnych było zatrudnienie amerykańskiego aktora do zdubbingowania kwestii Van Damme’a. Pyun uważał bowiem, że silny akcent Belga uniemożliwi amerykańskiej publiczności pełne zaangażowanie się w opowiadaną historię. Konflikty na linii producent–reżyser przybierały momentami gwałtowną formę: według relacji jedna z kłótni miała zakończyć się rzuceniem w Pyuna zszywaczem. Sam twórca nie rozważał jednak wówczas żadnych kroków prawnych wobec Golana.
Tymczasem Jean-Claude Van Damme tuż po zakończeniu zdjęć do „Cyborga” przebywał już w Tajlandii, gdzie przygotowywał się do realizacji słynnego „Kickboxera”. Gdy jednak dotarły do niego informacje o fatalnych wynikach pokazu testowego „Cyborga”, zdecydował się przerwać pobyt w Azji i wrócić do Stanów Zjednoczonych, aby na własne oczy zobaczyć ostateczną wersję filmu. Ta zdecydowanie nie przypadła mu do gustu, co doprowadziło do kolejnej burzliwej konfrontacji — tym razem z Golanem i Globusem. Spór zakończył się wymuszoną zgodą producentów na to, by obraz został ponownie zmontowany pod nadzorem samego aktora. Van Damme zadeklarował przy tym pokrycie wszystkich kosztów związanych z nową edycją filmu. Przy pracy nad alternatywną wersją pomagali mu m.in. Sheldon Lettich, Boaz Yakin oraz Kevin Bassinson. Zespół pracował niemal bez przerwy, równolegle w dwóch osobnych montażowniach. Efektem tych działań było m.in. dogranie nowych kwestii dialogowych — w tym otwierającej film przemowy Fendera Tremolo — a także gruntowne przemontowanie kluczowej sceny ukrzyżowania głównego bohatera.
Film ostatecznie trafił do kin w kwietniu 1989 roku i choć na tle największych hitów tamtego sezonu — zdominowanego przez „Batmana” Tima Burtona, „Indianę Jonesa i ostatnią krucjatę” oraz „Zabójczą broń 2” — wypadł dość blado, to jak na standardy Cannon Group okazał się wynikiem więcej niż przyzwoitym. Co istotne, elementy wprowadzone do filmu przez zespół pracujący pod nieformalnym przywództwem Van Damme’a spotkały się z wyraźnym uznaniem fanów, co pośrednio wpłynęło na dalsze losy Alberta Pyuna. Reżysera ceniono za sprawną pracę na planie i umiejętność realizowania filmu w ekstremalnie trudnych warunkach, jednak kwestie montażu i ostatecznego kształtu jego kolejnych produkcji pozostawiano już całkowicie poza jego kontrolą.
Widowisko do dziś robi niezłe wrażenie, jeśli tylko przymknie się oko na momentami naprawdę kiepskie aktorstwo i koszmarne dialogi, a skupi przede wszystkim na sugestywnie wykreowanym świecie postapokaliptycznej przyszłości, która wpływała na twórczość kilku późniejszych artystów. Przykładem może być Method Man z legendarnego Wu-Tang Clanu, który wykorzystał znaczną część otwierającej film przemowy Fendera Tremolo w utworze „Judgement Day” z albumu „Tical”, powszechnie uznawanego za jego najlepsze solowe dokonanie. Po drugiej stronie barykady znaleźli się natomiast zawodowi krytycy. Jednym z najgłośniejszych przeciwników filmu był Roger Ebert, który umieścił „Cyborga” na swojej osobistej liście najbardziej znienawidzonych filmów.
Ponad 10 milionów dolarów zysku z box office’u, osiągnięte przy niezwykle skromnym budżecie, okazało się jednak dla Cannon Group klasycznym łabędzim śpiewem. Narastające problemy finansowe wytwórni sprawiły, że wkrótce ogłosiła ona bankructwo, a jej katalog trafił ostatecznie do MGM, przejętego z kolei w 2022 roku przez Amazona. W 1993 roku swoją premierę miał film „Cyborg 2”, zrealizowany dla Trimark Pictures przez Michaela Schroedera, w którym — co dziś może zaskakiwać — wystąpili Angelina Jolie i Elias Koteas. Rok później na rynku VHS pojawił się „Cyborg 3: The Recycler”, produkcja jeszcze bardziej oddalona od pierwowzoru, w której realizację zaplątał się m.in. Malcolm McDowell. Do historii filmu powrócono niespodziewanie w 2011 roku, kiedy należące do Alberta Pyuna studio Curnan Pictures, za pośrednictwem Tony’ego Ripaltiego — pierwotnie wybranego kompozytora muzyki do „Cyborga” — dotarło do taśm z oryginalną, reżyserską wersją obrazu. Przez pewien czas była ona dostępna wyłącznie za pośrednictwem strony internetowej samego twórcy, aż w końcu zdecydowano się na jej oficjalne wydanie na DVD. Stało się to w 2014 roku w Niemczech, gdzie film ukazał się pod tytułem „Slinger”.
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych