Patrząc na Ubisoft, cieszę się, co dzieje się obecnie z EA

Patrząc na Ubisoft, cieszę się, co dzieje się obecnie z EA

Mateusz Wróbel | Dzisiaj, 13:00

Trudno dziś patrzeć na Ubisoft bez poczucia głębokiego żalu. Firma, która niegdyś wyznaczała standardy otwartych światów, dziś przypomina okręt dryfujący bez celu po wzburzonym oceanie błędnych decyzji biznesowych.

Ostatnie lata to dla francuskiego giganta pasmo porażek: anulowanie wielu projektów, bolesne restrukturyzacje i atmosfera niepewności, która udziela się zarówno pracownikom, jak i inwestorom.

Dalsza część tekstu pod wideo

Wszystko to znajduje brutalne odzwierciedlenie na giełdzie. Spadki wartości akcji Ubisoftu są drastyczne, osiągając poziomy nienotowane od dekady. To jasny sygnał od rynku - model „kopiuj-wklej” i nadmierne eksploatowanie tych samych schematów przestało działać. Winowajca jest jeden: złe zarządzanie firmą, która zamiast na jakości i innowacji, skupiła się na tabelkach w Excelu.

Electronic Arts ze świeżym startem

Mass Effect 5 Liara
resize icon

W tym samym czasie Electronic Arts przeszło drogę, która jeszcze niedawno budziła w nas lęk. Gigant został ostatecznie przejęty przez kapitał z Arabii Saudyjskiej. To ruch, który w świecie gamingu wywołał lawinę dyskusji o etyce i niezależności, ale patrząc na to z perspektywy czysto produktowej i przetrwania marek, trudno nie odczuć pewnej ulgi. EA również ma za sobą mroczny okres. Pamiętamy przecież masowe zwolnienia i zamykanie legendarnych studiów, które nie dowoziły oczekiwanych zysków. Wydawało się, że „Elektronicy” idą tą samą drogą co Ubisoft - drogą powolnego gnicia od środka. Jednak zastrzyk gotówki ze Wschodu zmienił reguły gry.

Dziś, patrząc na to, co dzieje się we Francji, cieszę się z losu EA. Dlaczego? Bo dzięki stabilizacji finansowej takie marki jak Battlefield, Mass Effect czy Star Wars Jedi nie tylko przeżyły, ale mają przed sobą realną przyszłość. Zamiast drżeć o to, czy kolejny raport kwartalny nie skasuje wyczekiwanej kontynuacji, wiemy, że prace trwają.

Mogło być przecież znacznie gorzej. Scenariusz, w którym Bioware zostaje ostatecznie rozwiązane, a talenty z Respawn Entertainment lądują na bruku, był przerażająco bliski. Przejęcie przez Arabów zadziałało jak defibrylator - bolesny, kontrowersyjny, ale skuteczny w przywróceniu akcji serca u pacjenta, który powoli tracił oddech.

Dodatkowy budżet to dla deweloperów szansa na oddech. Twórcy gier potrzebują komfortu, by móc ryzykować i tworzyć dzieła, które nie są tylko bezpiecznymi produktami finansowymi. Większe środki mogą sprawić, że jako gracze otrzymamy w końcu tytuły dopracowane, ambitne i świeże, a nie pocięte na kawałki przez działy marketingu.

To paradoks współczesnej branży - czasami zewnętrzny kapitał, nawet ten budzący kontrowersje, jest jedynym ratunkiem przed samozniszczeniem korporacji zarządzanej przez ludzi bez wizji. EA zyskało szansę na nowy rozdział, podczas gdy Ubisoft wciąż tkwi w bagnie starych nawyków i nieudolnych prób ratowania wizerunku.

Może Ubisoft też potrzebuje przejęcia?

Mirage
resize icon

Obserwując ten kontrast, trudno nie dojść do wniosku, że Ubisoft również potrzebuje radykalnego cięcia. Być może jedynym ratunkiem dla tej firmy jest również przejęcie przez kogoś, kto ma nieograniczone zasoby i odwagę, by „odmrozić” stare, dobre marki. Gracze od lat błagają o powrót Splinter Cell czy Raymana w wielkim stylu. Ubisoft ma w swoich archiwach prawdziwe diamenty, które dziś pokrywają się kurzem. Odpowiednie zarządzanie pozwoliłoby tchnąć życie w te serie, przywracając im dawny blask i pokazując, że firma potrafi robić coś więcej niż tylko wypełniać mapę setką identycznych ikonek do odhaczenia.

Oczywiście, nie wszystko w Ubisofcie wymaga zaorania. Seria Assassin’s Creed, mimo swoich wad, wypracowała ciekawą i unikalną formułę. Nacisk na przepiękne, historyczne światy to coś, co Francuzi potrafią robić jak nikt inny. To fundament, na którym można budować, o ile reszta konstrukcji przestanie się walić. Potrzebny jest jednak powiew świeżości w innych segmentach. Potrzebujemy nowej jakości w grach akcji, odważniejszych eksperymentów z narracją i odejścia od modelu „usługi”, który zabił duszę wielu obiecujących projektów Ubisoftu. Potrzebujemy firmy, która znów zacznie kochać gry, a nie tylko zyski z mikrotransakcji.

Czy Arabowie lub jakikolwiek inny wielki inwestor byliby tu rozwiązaniem? Przykład EA pokazuje, że stabilność finansowa pozwala przetrwać najgorsze burze. Gdy portfel jest pełny, łatwiej wybaczyć potknięcie i zainwestować w coś, co nie jest „pewniakiem”, ale ma szansę stać się kultowe.

Marzy mi się Ubisoft, który znów zaskakuje. Taki, który nie boi się wyłączyć serwerów zbędnych gier-usług na rzecz jednej, dopracowanej do perfekcji przygody dla jednego gracza. Taki, którego logo podczas uruchamiania gry wywołuje gęsią skórkę.

W tej wielkiej korporacyjnej szachownicy my, gracze, jesteśmy tylko obserwatorami. Ale obserwatorami, którzy chcą po prostu dobrych gier. Jeśli drogą do nich jest kapitał z Zatoki Perskiej, to patrząc na upadający Ubisoft, jestem w stanie tę drogę zaakceptować z pełnym przekonaniem.

Czas na odważne ruchy. Branża nie znosi próżni, a my nie znosimy marnowania potencjału. Niech przykład EA będzie lekcją - czasem trzeba stracić niezależność, by zyskać wolność tworzenia.

Źródło: Opracowanie własne
Mateusz Wróbel Strona autora
Na pokładzie PPE od połowy 2019 roku. Wielki miłośnik gier wideo oraz Formuły 1, czasami zdarzy mu się sięgnąć również po jakiś serial. Uwielbia gry stawiające największy nacisk na emocjonalną, pełną zwrotów akcji fabułę i jest zdania, że Mass Effect to najlepsza trylogia, jaka kiedykolwiek powstała.
cropper