Czy Battlefield 6 jest naprawdę taki zły? Gram jak szalony od 4 miesięcy i mam dość tej narracji
Od kilku tygodni w mediach społecznościowych i na forach dla graczy dominuje jedna narracja: "Battlefield 6 umiera". Słyszę to niemal codziennie, czytając komentarze pod filmami czy na Reddicie. Tymczasem ja, z padem w dłoni, spędzam w tej grze każdą wolną chwilę od ponad czterech miesięcy. I wiecie co? Nie tylko nie widzę tego zgonu, ale uważam, że mamy do czynienia z jedną z najlepszych odsłon serii od kilkunastu lat.
Zacznijmy od faktów, o których wielu zdaje się zapominać w przypływie negatywnych emocji. Premiera Battlefield 6 w październiku 2025 roku była wręcz fenomenalna. Same statystyki na Steamie, pokazujące prawie 750 tysięcy graczy jednocześnie w szczytowym momencie, budziły podziw. A przecież to tylko ułamek całości. Wliczając w to potężną bazę graczy na konsolach PlayStation 5 i Xbox Series X, wynik ten spokojnie przekraczał 2 miliony aktywnych żołnierzy. To nie był dobry start - to był absolutny triumf Battlefield Studios.
Co sprawiło, że tak wielu z nas wsiąkło w ten świat na samym początku? Przede wszystkim feeling. Feeling broni, który jest po prostu mięsisty. Każdy wystrzał, odrzut, dźwięk przeładowania - wszystko to sprawia, że czujesz ciężar sprzętu, który trzymasz. Do tego dochodzi płynność poruszania się, która idealnie balansuje między realizmem a dynamiką nowoczesnych strzelanek.
Wiele osób narzekało na mapy, wskazując na ich otwartość i wszechobecnych snajperów. Przyznaję, zdarzają się momenty frustracji, gdy dostajesz kulkę znikąd na otwartej przestrzeni. Jednak z perspektywy czasu widzę w tym zamysł projektowy. Te mapy nie promują samotnych wilków szukających flanki na każdym kroku; one wymuszają współpracę. Jeśli chcesz przetrwać, musisz trzymać się swojej drużyny, korzystać z zasłon i dymu.
Kluczem do tego wszystkiego jest powrót do tradycyjnego systemu klas. To był strzał w dziesiątkę. Klasy postaci w Battlefield 6 odzyskały swoje znaczenie, a ich role są teraz bardziej zdefiniowane niż kiedykolwiek. Moją absolutną ulubioną klasą od pierwszego dnia jest wsparcie.
Jako wsparcie czuję się kręgosłupem każdej akcji. Możliwość leczenia sojuszników za pomocą skrzyń medycznych czy reanimowanie ich w samym sercu walki daje niesamowitą satysfakcję. To nie jest tylko klasa dla medyków - to rola, która rzeczywiście odgrywa ogromne znaczenie w utrzymaniu linii frontu. Każda udana reanimacja to mały zastrzyk dopaminy, który pcha mnie do przodu w kolejnych meczach.
Święta na wojnie
Mój okres świąteczny upłynął niemal całkowicie pod znakiem Battlefielda 6. Zagrywałem się jak szalony, budując wspomnienia z epickich starć na serwerach liczących po 64 graczy. Każdy mecz przynosił nowe wyzwania, a gra wydawała się wręcz idealnie zaprojektowana pod długie zimowe wieczory. Czułem, że DICE w końcu zrozumiało, czego fani oczekiwali od czasów "trójki" oraz "czwórki".
Niestety, nic nie jest idealne, a EA nie byłoby sobą, gdyby czegoś nie "ulepszyło" na siłę. Po aktualizacjach blisko premiery oraz tej nazwanej Zimowa Ofensywa pojawiło się kilka problemów, które lekko nadwerężyły moje cierpliwość. Na początku zabawy w październiku i listopadzie najbardziej irytujące były zmiany w oświetleniu - system eye adaptation (automatyczna ekspozycja) zaczął działać zbyt agresywnie, sprawiając, że wychodząc z ciemnego budynku, czułem się, jakbym patrzył prosto w słońce.
Do tego doszły błędy w menu, które stało się momentami ociężałe i potrafiło zbugować nawigację między trybami. Czy to psuło doświadczenie? Tak, bywało irytujące. Ale czy sprawiło, że chciałem porzucić grę? Absolutnie nie. Rdzeń rozgrywki wciąż był tak silny i satysfakcjonujący, że te techniczne niedoskonałości traktowałem jedynie jako chwilowe turbulencje, które deweloperzy prędzej czy później wyprostują.
Dzisiaj spędzam z grą nieco mniej czasu, ale nie oszukujmy się - to naturalna kolej rzeczy. Z biegiem czasu wszystko nam się nudzi i nie ma w tym winy samej produkcji. Dzisiejszy świat jest zaprojektowany tak, abyśmy nieustannie szukali nowych skoków dopaminy. Skoro na horyzoncie pojawiają się inne premiery, naturalne jest, że na chwilę odstawiamy jeden tytuł na rzecz drugiego.
To naturalne
Problem z niższą liczbą graczy, który tak chętnie wytykają malkontenci, uważam za przejściowy. Obecne zmęczenie materiału to efekt globalnego przesytu informacyjnego i łatwego dostępu do wszystkiego. Ludzie nudzą się szybciej, bo mogą mieć wszystko na wyciągnięcie ręki. Jednak Battlefield 6 ma to, czego brakuje wielu innym strzelankom - duszę i solidny fundament.
Wszystkie oczy są teraz zwrócone na drugi sezon, który ma wystartować 17 lutego 2026 roku. Przecieki sugerują co najmniej jedną nową, gęsto zabudowaną mapę, która uciszy fanów walki w zwarciu. Do tego mają dojść nowe pojazdy powietrzne, w tym kultowy Little Bird, oraz zestaw świeżych broni, które odświeżą metę gry.
Moim zdaniem premiera drugiego sezonu będzie zapalnikiem, który zmusi wielu emerytowanych żołnierzy do powrotu na serwery. Battlefield to gra cykliczna. Ludzie odchodzą, by wrócić z nową energią, gdy tylko pojawi się świeża zawartość. Obecne niższe zainteresowanie nie jest dowodem na to, że Battlefield 6 jest grą słabą - to po prostu objaw dzisiejszych czasów i tempa, w jakim konsumujemy rozrywkę.
Dla mnie te 4 miesiące to była niesamowita podróż. Od euforii premierowej, przez świąteczne maratony, aż po obecne, bardziej wyważone sesje. Nie dajcie sobie wmówić, że z tą grą jest coś fundamentalnie nie tak. To wciąż ten sam wielki, epicki chaos, który kochamy. Potrzeba tylko odrobiny cierpliwości, by doczekać kolejnego rozdziału tej opowieści.
Więc jeśli zastanawiacie się, czy warto wrócić - odpowiedź brzmi: tak. Weźcie skrzynkę medyczną, znajdźcie ogarnięty oddział i zapomnijcie o statystykach. Bo w Battlefieldzie nie chodzi o cyferki na SteamDB, ale o te momenty, gdy Twoja drużyna, mimo ostrzału snajperów, cudem zajmuje ostatni punkt w sektorze.
Interesuje Cię ten tytuł? Sprawdź nasz poradnik do Battlefield 6.
Przeczytaj również
Komentarze (24)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych