Fani Stranger Things wściekli na Dufferów i Netflixa. Sami są sobie winni

Fani Stranger Things wściekli na Dufferów i Netflixa. Sami są sobie winni

Jan_Piekutowski | Wczoraj, 18:00

Nawet jeśli finał “Stranger Things” mógł się podobać, niech o jego faktycznej jakości świadczy fakt, że niemal wszyscy fani serialu modlili się, aby doszło do niemożliwego. A kiedy niemożliwe pozostało sobą, widzów ogarnęła wściekłość. #Conformitygate okazała się ciekawsza niż rzeczywistość.

Finał “Stranger Things” nie został przyjęty jednoznacznie. Sporo było głosów pozytywnych, doceniających przede wszystkim ostatni akt, w którym każdy z bohaterów dostał kilka minut na zamknięcie wątków, podsumowanie przebytej drogi. Nie brakowało też przyjemnych mrugnięć okiem - Jim Hopper (David Harbour) i Joyce Byers (Winona Ryder) udać się mają do Montauk, czyli miejsca, z którym powiązana jest teoria spiskowa stojąca za całym “Stranger Things”. Podobać mogła się nawet nieśmiertelność większości głównych bohaterów, będąca kolejnym ukłonem w stronę przygodowego kina lat 80. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Była też druga grupa. Wskazywała ona na każdą, nawet najmniejszą niedorzeczność, jaka tylko pojawiła się w epizodzie wieńczącym tę wielką historię. A to brak Demogorgonów w finałowej walce, a to niepotrzebna postać Dr Kay (Linda Hamilton), a to darowanie życia bandzie nastolatków, która właśnie wystrzelała amerykańską armię. Do tego niewyjaśniona kwestia funkcjonowania Drugiej Strony, kamienia tworzącego Vecnę (Jamie Campbell Bower), słabości głównego antagonisty i dziesiątek innych rzeczy, które sprawiały, że ocena stopniowo topniała. 

Ale te dwie skrajne grupy potrafiły się spotkać w jednym punkcie. Dojść do wniosku, że finał może być jeszcze lepszy lub jakkolwiek strawny. Punktem tym było #Conformitygate.

Kiedy widzowie sami się nabierają

Noah
resize icon

Założenia #Conformitygate były proste, chociaż sama teoria jest naprawdę skomplikowana. Ale od początku. Wszystko zaczęło się po finale wyemitowanym w noworoczną noc. Dla wielu osób błędów logicznych było w nim tak dużo, że zaczęły węszyć. Doszukiwano się poszlak, które wskazywałyby, że widzowie zostali nabrani przez Dufferów, a główni bohaterowie przez Vecnę. Cała wieńcząca walka i jej reperkusje miały być efektem potęgi Vecny. Nic, co widzieliśmy, nie wydarzyło się naprawdę.

Pojawiła się teoria o istnieniu prawdziwego finału, dziewiątego epizodu, ukrywanego przed całym światem. Najgorsze było jednak to, że #Conformitygate zyskiwało na wiarygodności tym mocniej, im mocniej przyglądano się “Stranger Things”.

Na czynniki pierwsze rozłożono drobne elementy. Choćby fakt, że Derek (Jake Connelly) gra w Ghosts’n Goblins - kultową platformówkę, gdzie po pokonaniu głównego bossa dowiadujemy się, że wszystko było iluzją i musimy stanąć do walki raz jeszcze. Albo mitologię cyfry siedem, która w serialu pojawiła się pierwszy raz tuż przed porwaniem Willa Byersa (Noah Schnapp). Albo litery na okładkach poradników, układające się - przy tylko niewielkim zmuszeniu do tego mózgu - w napis “X A LIE”. Sugerować miał, że wszystko, co wiemy o krainie zwanej Abbys, to mistyfikacja. Wreszcie zaś zwracano uwagę na niedoróbki techniczne. Część statystów bezustannie patrzyła w kamerę, postać Vickie (Amybeth McNulty) wyparowała, Lucas (Caleb McLaughlin) na moment łamał czwartą ścianę, a scena ucieczki Max (Sadie Sink) tak odbiegała jakością od poprzedniej, że przypominała senny majak. 

Kolejne puzzle wskakiwały na swoje miejsca, teoria się rozrastała, żyła własnym życiem. Na mediach społecznościowych osiągnęła apogeum 6 stycznia. Co więcej - dołączyli się twórcy.

Żerowanie na pragnieniach

Max Holly
resize icon

Netlfix, Dufferowie, nawet Bower, zagrali w niebezpieczną grę. Postanowili podsycić oczekiwania rozgorączkowanych fanów. W teorii najmniej zrobili Dufferowie. Oni bowiem skupili się na udzieleniu głupich wywiadów, w których nieścisłości fabularne tłumaczyli wydarzeniami spoza ekranu. Ponadto nie odcinali się od #Conformitygate. Kiedy Variety z wyprzedzeniem opublikowało artykuł o braku odcinka dziewiątego, podkreślono, że nie otrzymano komentarza od twórców i Netflixa. 

Streamingowy gigant benzyny dolał więcej. 7 stycznia opublikował zdjęcia kilku bohaterów na swoich social mediach. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na jednej z fotografii widać w tle dużą, naprawdę dużą “9”. Umieszczoną intencjonalnie, nie trzeba bawić się w “Gdzie jest Wally?”, aby ją znaleźć. To jedno zdjęcie sprawiło, że ostatecznie eksplodowały mózgi osób oczekujących na finał finałów.

A przecież były już na to przygotowane przez Bowera. Bo kiedy w nocy z 6 na 7 stycznia aktor pojawił się w show Jimmy’ego Fallona, to przeprowadził rozgrzewkę, podczas której zmienił głos na głos Vecny i powiedział: “Jutro się zaczyna”. Fani poczuli się niczym Joyce, gdy ta pierwszy raz skomunikowała się z Willem za pomocą lampek. Aktor zabawił się z widzami, ale konsekwencji nie poniósł. Cały ciężar rozczarowania spadł na barki Dufferów.

https://vm.tiktok.com/ZNRrgEKPa/

Miało być tak pięknie

#Conformitygate było majakiem, wyjątkowym momentem w popkulturze, który wlał nadzieję w serca fanów. Trudno winić za to twórców, natomiast można ich obwiniać za jakość dostarczonego produktu, bo ten okazał się na tyle niesatysfakcjonujący, że u odbiorców nastąpił syndrom wyparcia. A może to już rzecz stała przy seriach ciągnących się latami? Przecież fandomy “Gry o Tron” czy “Sherlocka” również żyły życiem zastępczym w oczekiwaniu na właściwe finały.

Z drugiej jednak strony żadna z tych produkcji nie dostarczała tylu mniejszych i większych wskazówek, że coś faktycznie jest na rzeczy. Gdyby teoria o dziewiątym odcinku się ziściła, mielibyśmy do czynienia z najwspanialszym momentem w historii telewizji. Okazała się jednak ułudą, a zdaniem wielu Dufferowie stanęli w jednym szeregu z Davidem Benioffem i D. B. Weissem.

Źródło: Opracowanie własne
Jan_Piekutowski Strona autora
cropper