SKLEP
Wojciech Gruszczyk Wojciech Gruszczyk 01.01.2018
Playerunknown's Battlegrounds – (prawie)recenzja największego przeboju 2017 roku
2639V

Playerunknown's Battlegrounds – (prawie)recenzja największego przeboju 2017 roku

Moje wielkie, świąteczno-growe plany zostały w tym roku zaprzepaszczone. Miałem poznawać opowieści, nadrabiać zaległości, a utknąłem w pogoni za kurczakiem. To jeszcze nie czas na wydanie ostatniego werdyktu dotyczącego Playerunknown's Battlegrounds, ale jest to świetny moment na zaprezentowanie swoich wrażeń z produkcji Brendana Greene’a.

2017 rok był przepełniony grubymi hitami, w które zagrywałem się od stycznia do grudnia. Na każdym kroku nie mogłem narzekać na nudę, ale mimo to wciąż z zaciekawieniem przyglądałem się coraz to bardziej rozpędzonemu Playerunknown's Battlegrounds. Kilkukrotnie miałem już sięgać po wersję na PC, jednak zdecydowałem się zaczekać i wyruszyć na podbój mapy dopiero po pojawieniu się gry w Xbox Game Preview. Zdaję sobie doskonale sprawę, że to dopiero początek podróży i gra będzie jeszcze wielokrotnie ulepszona, ale jest to dobry czas na podsumowanie ostatnich dni…

W pogoni za kurczakiem

Jeśli akurat wróciliście z Hogwartu i nigdy wcześniej nie słyszeliście o Playerunknown's Battlegrounds, to na pewno warto w telegraficznym skrócie przedstawić założenia produkcji. 100 graczy rozpoczyna rozgrywkę w samolocie, który transportuje śmiałków na wielką mapę. Lokacja jest obładowana małymi lub większymi domkami, wzgórzami, lasami, czy też innymi polanami, a na każdym kroku zawodnicy mogą wpaść na bronie, stosowne dodatki w postaci między innymi magazynków, różnych celowników, kamizelek, hełmów, granatów lub przeróżne stroje. Nie można w tym wypadku mówić o wielkiej filozofii, ponieważ zadanie jest proste – przeżyć. Gracz musi wylądować w wybranym miejscu, szukać sprzętu i może rozpocząć polowanie. Autorzy jednak doskonale zdali sobie sprawę, że tak ogromna przestrzeń nie jest optymalna dla nawet 100 zawodników, więc mapa jest systematycznie zmniejszana przez barierę, która jednocześnie sprawia, że cała zgraja ludzi zmierza do jednego, bardzo małego punktu.

W rezultacie dość prędko nadarza się okazja do bliskiego spotkania z innymi smakoszami kurczaków, a dodatkowej dramaturgii dodaje fakt, że w PUBG każda kula ma znaczenie, bo rozgrywka została pozbawiona niepotrzebnych respawnów. Strzelanie nie należy do najprostszych, choć wystarczy jeden celny strzał, by rozpocząć zabawę od początku. To nie jest kolejne Call of Duty, ponieważ realia produkcji są łatwe do zdefiniowania – tutaj niezbędna jest tona cierpliwości, a ukrywanie się w domu nie jest traktowane jako porażka, a raczej tylko i wyłącznie zdrowy rozsądek.

PUBG nie jest pierwszą strzelanką z podgatunku Battle Royale, jednak zdecydowanie najlepiej przemyślaną. Dyrektorem kreatywnym projektu został Brendan Greene, który ma ogromne doświadczenie w kreowaniu tego wariantu rozgrywki, dzięki czemu idealnie dobrał wszystkie składniki. Wymiana ognia jest wymagająca, najmniejsza pomyłka jest niezwykle kosztowna, a dzięki dobrze dopracowanemu zegarowi, mapa zmniejsza się w idealnym momencie i nie można myśleć o nudzie. 

Wszyscy chcą kurczaków

Spędziłem kilkanaście godzin na oglądaniu rozgrywki czołowych streamerów, którzy poświęcali wieczory na dokładne sprawdzanie PUBG-a, ale nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”.  Długo zastanawiałem się, skąd wzięło się ponad 25 milionów graczy na jednej platformie w czasie Wczesnego Dostępu, a ponad 30 milionów zainteresowanych jeszcze przed końcem 2017 roku. Wystarczyły jednak trzy mecze, by dokładnie zrozumieć fenomen Playerunknown's Battlegrounds. Produkcja jest obładowana emocjami, których trudno znaleźć w wielu innych tytułach debiutujących w ostatnich latach.

Każdy mecz w wersji na konsolę Microsoftu odbywa się aktualnie na jednej mapie, każdy według zasad powinien wyglądać identycznie, ale jest przy tym tak przeładowany indywidualnymi właściwościami oferując mnóstwo frajdy. W jednym ze spotkań miałem okazję wziąć udział w strzelaninie na dachach małego osiedla – gdy ja powaliłem dwóch przeciwników, zostałem spacyfikowany przez grupę kolejnych zawodników. Szybka ucieczka do pobliskiego lasku, położenie się obok dużego kamienia i wyczekiwanie na innych zbiegów, to przepis na sukces? Z każdą kolejną sekundą trzymałem kontroler mocniej i mocniej, bo wiedziałem, że za kilkanaście sekund rozpocznie się rzeź. Tak też było, jednak mając jeszcze nikłe doświadczenie zostałem w ekspresowym tempie „ściągnięty” przez snajpera, który doskonale wiedział, gdzie będę czekać. Innym razem słysząc krzątających się rywali niczym ninja ukrywałem się w toalecie małego domku – panika była większa i większa, bo jeden z przeciwników znajdował się bliżej i bliżej, ale zamiast przywitania z moim shotgunem… Został zastrzelony przed wejściem do mojej „oazy spokoju”, a ja niczym amator wybiegłem z łazienki i zebrałem kilka strzałów w głowę. Dość boleśnie spotkałem się z graczem, który doskonale wiedział, gdzie jestem i czekał. Tutaj cierpliwość wynagradza naprawdę wiele. Świetnie wspominam również wszystkie akcje, podczas których czekam na nadbiegających z niebezpiecznej strefy przeciwników – uwielbiam momenty, gdy akurat strefa zahacza o jeden z mostów, dzięki czemu mogę się na nim dobrze ustawić i wypatrywać zza broni kolejnych nadbiegających rywali. Nie zawsze udaje się „ściągnąć” wszystkich, ale często mam okazję ustrzelić kilka mocnych headshotów.

W każdym meczu zdarzają się takie „indywidualne” akcje, o których mógłbym opowiadać i opowiadać, bo twórcom udało się dopracować koncepcję podgatunku i dzięki temu w tytuł gra się z przyjemnością. Efekt „jeszcze jednego spotkania” jest natychmiastowy i trudno oderwać się od konsoli.

Przejdź do strony

Miesięcznik PSX Extreme