Mecenas She-Hulk (2022)

Mecenas She-Hulk (2022) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Ciężko jest być superkobietą (Aktualizacja)

Piotrek Kamiński | 13.10.2022, 21:00

Kiedy Jennifer Walters jechała ze swoim kuzynem Bruce'em do jego chatki na pięknej, tropikalnej wyspie, nagle tuż przed nich wleciał statek kosmiczny (zdarza się). Doszło do wypadku, wskutek którego odrobina krwi Bannera dostała się do rany Jen. Efektem jest nowy Hulk, tyle że w spódnicy. Taki trochę SHE-Hulk...

Dzisiejszy Disney i Hollywood w ogóle muszą zaprzestać budowania postaci na zasadzie „żeńska wersja bohatera X, tyle że lepsza”. Jeszcze samo to w sumie nie byłoby aż takie złe, ale ciągłe przypominanie z o ile doskonalszą wersją postaci mamy do czynienia jest zwyczajnie słabe. Nie tędy droga. Zgoda, Fabryka Snów była kiedyś wybitnie pro-męskim miejscem, często (choć oczywiście nie zawsze) spychającym kobiety do ról obiektów seksualnych, albo delikatnych dam do ratowania, ale kto wpadł na pomysł żeby zrobienie z grubsza tego samego, tylko w drugą stronę będzie dobrym pomysłem? Budowanie silnych postaci kobiecych na pokazywaniu ile lepsze są od mężczyzn to zwykle karykatura, a nie charakteryzacja. Często do kompletu żeńska wersja postaci jest doskonała we wszystkim co robi tak po prostu, magicznie. Można to zrobić z poszanowaniem dla oryginału, jak ostatnio Thor i Lady Thor, albo bez, jak Loki i Lady Loki, gdzie z postaci Toma Hiddlestone'a zrobiono niepotrafiącego zrobić cokolwiek samodzielnie błazna. Pierwszy odcinek dzisiejszego serialu wpisuje się bardziej w tę drugą kategorię, ale później zamienia się na szczęście w coś innego i, jak dotąd, lepszego.

Mecenas She-Hulk (2022) – recenzja serialu [Disney]. Girl power i sprawa tygodnia

Profesjonalizm ponad wszystko

Pierwszy odcinek prawie w całości opiera się na tym, że Hulk (Mark Ruffalo) próbuje pomóc Jen (Tatiana Maslany) zapanować nad jej mocami, ale absolutnie nie ma takiej potrzeby, ponieważ ona już to wszystko ogarnia z automatu i potrafi nawet natłuc swojemu kuzynowi, jeśli zajdzie taka potrzeba. W starym serialu animowanym z lat dziewięćdziesiątych też nie zamieniała się w dziką bestię, choć tam przemiana w She-Hulk dodawała jej pewności siebie, więc wciąż nie była dosłownie tą samą osobą, tyle że większą i bardziej zieloną. Szkoda, że scenarzyści serialu nie poszli chociaż względnie podobną drogą. Mogłoby to nadać postaci trochę głębi, ponieważ po pierwszych czterech odcinkach ciężko jakąś znaleźć. Jedynym zalążkiem potencjalnego rozwoju jest to, że naszej głównej bohaterce nie podoba się fakt, że faceci lecą wyłącznie na jej zieloną wersję.

Życie romantyczne Jen jest względnie istotnym elementem serialu, a przynajmniej twórcy poświęcają mu sporo czasu, bo co z tego wyjdzie dopiero zobaczymy. Może jej kolejne podboje miłosne mają służyć jedynie budowaniu warstwy komediowej serialu? Bardziej istotnym punktem programu jest jej kariera prawnicza. W firmie, w której zostaje zatrudniona powstał właśnie nowy dział do spraw ludzi obdarzonych supermocami, a jej pierwszym klientem ma zostać Emil Blonsky, ksywka Abomination (Tim Roth). W trzecim i czwartym odcinku sprawy kręcą się wokół Wonga (Benedict Wong), a w późniejszych epizodach ma pojawić się również Matt Murdock (Charlie Cox), ale na ile istotna okaże się być jego rola przekonamy się dopiero za jakiś czas. „Mecenas She-Hulk” jest pierwszym serialem MCU na Disney+ po „WandaVision”, na który złoży się aż dziewięć odcinków. Sprawy sądowe również mają charakter przede wszystkim humorystyczny i nie nastawiałbym się na intrygujące scenariusze, pełne zwrotów akcji, drugiego i trzeciego dnia i tym podobnych. Również komediowy „Brooklyn 9-9” robił to zazwyczaj znacznie lepiej.

Mecenas She-Hulk (2022) – recenzja serialu [Disney]. Humor trochę bez polotu

Emil Blonsky w swojej prywatnej celi

Więc skoro zarówno wątek superbohaterski, jak i miłosny oraz zawodowy zdają się nie traktować siebie zbyt poważnie, to jak wypada warstwa humorystyczna, od której zależy całe być, albo nie być serialu? Humor, jak wiadomo, jest rzeczą bardzo subiektywną, więc dla różnych osób serial będzie prezentował różną jakość. Już zwiastun stanowi niezłą zapowiedź tonu, w którym utrzymana jest akcja serialu. Pani Hulk całkiem regularnie przełamuje czwartą ścianę, ale osobiście rozbawiła mnie tylko ta pierwsza (chronologicznie) tego typu sytuacja, którą – niestety- sprzedał nam już zwiastun. Późniejsze są bardzo meta, jak tłumaczenie, że to nie serial w stylu „gość odcinka”, albo szybkie, humorystyczne komentarze danej sytuacji, ale do mnie osobiście nie trafiły. Rozumiem na jakiej zasadzie zostały przygotowane, widzę czym mają mnie rozbawić, ale brakuje im świeżości, a jeśli słyszało się dany żart już milion razy, to ciężko wybuchnąć śmiechem za milion pierwszym.

Na szczęście praktycznie każda scena serialu wypełniona jest humorystycznymi sytuacjami, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Ja też od czasu do czasu się śmiałem. Rozbawił mnie nowy image Abomination, choć mam wrażenie, ze trochę za blisko mu do Profesora Hulka, którego poznaliśmy w „Koniec Gry”. Emil jest teraz kompletnie wyciszony, żyje w zgodzie z naturą, pisze haiku dla swoich dawnych ofiar, ma bratnią duszę... a nawet kilka! Może przemieniać się w swoją potworną wersję na życzenie i tak jak Hulk, zachowuje wtedy pełną kontrolę. Fani mieli straszny problem z faktem, że wielki potwór mówi delikatnym głosem Tima Rotha, ale ma to przecież sens, biorąc pod uwagę jak do tej pory przedstawiano to w MCU.

Mimo, że obejrzałem już prawie pół sezonu, wciąż nie mam pojęcia o czym ma on właściwie być. Dawno wyszliśmy już z czasów, kiedy serial komediowy mógł być o niczym, z samowystarczalnymi, niepowiązanymi ze sobą praktycznie wcale odcinkami. Z resztą „Mecenas She-Hulk” jest częścią MCU, więc wypadałoby dać jej coś konkretnego do roboty. Tymczasem po czterech odcinkach, łącznie jakichś dwóch godzinach oglądania, wciąż nie wiadomo o co chodzi. W pierwszym odcinku na moment pojawiła się Titania (Jameela Jamil), która być może odegra jeszcze jakąś bardziej konkretną rolę w dalszych epizodach, a i grupa nieudolnych złoli pracujących dla jakiegoś nieznanego na razie szefa zapewne powróci, ale czego dokładnie chcą i dlaczego? Nie mam pojęcia.

„Mecenas She-Hulk” oberwała ostro jeszcze przed premierą pierwszego odcinka za sprawą tego, jak wygląda główna bohaterka. Oglądając gotowe odcinki serialu nie miałem problemu z CGI wersją Jen. Jasne, Hulk sprawia wrażenie bardziej wypełnionego detalami, zmarszczkami, prążkami mięśni i tak dalej, lecz nie oznacza to od razu, że Jen wygląda kiepsko. Jest kobietą, więc artystom zależało na bardziej gładkim, delikatnym wyglądzie jej postaci. Ma w końcu działać na męską wyobraźnię. Wygląda przez to trochę jakby była plastikowa, albo ktoś poskąpił budżetu na CGI, ale po chwili przyzwyczajenia oko widza zupełnie przestaje to zauważać. Bardziej drażnił mnie fakt, że jej przemiana zawsze dzieje się poza kadrem, a część ujęć wyraźnie gryzie się z pozostałymi, sugerując dokrętki. Ostatecznie jednak efekty wizualne nie są złe. Nie jest to poziom najlepszych filmów kinowych, ale do TV w zupełności wystarczy (finałowa walka z „Czarnej Pantery” może pozazdrościć”). Bardziej bawił mnie wygląd tego superwięzienia, w którym siedzi Blonsky. Kto to projektował?!

Jeśli nie jesteś fanem poprzednich seriali MCU, to i dzisiejsza propozycja raczej tego stanu rzeczy nie zmieni. Scenariusze przepełnione są żartami bardzo różnej jakości, pierwszy odcinek niemal w całości służy pokazaniu, że Jen po pięciu minutach bycia Hulkiem już jest lepsza od Bruce'a (raczej natarczywie), a szersza fabuła sezonu wciąż jest tajemnicą, mimo że mam za sobą już prawie połowę wszystkich odcinków. To jeśli bardzo przejmujesz się MCU jako całością. Jeśli natomiast masz ochotę na lekką, niezobowiązującą komedyjkę, na której nie trzeba za dużo myśleć, to pani mecenas może się podobać. Chociaż Ally McBeal to z niej żadna! Na razie nie jestem zachwycony i nie nastawiam się na zbyt wiele.

Mecenas She-Hulk (2022) – recenzja serialu [Disney]. Aktualizacja po finale sezonu

Matt i Jen na randce

Jak chyba każdy człowiek na tym świecie, lubię mieć rację. Daje to poczucie satysfakcji, łachocze sympatycznie ego i pozwala dalej oszukiwać się, że coś tam się pod tą kopułą dzieje. Przynajmniej zazwyczaj tak to wygląda, bo bywa i tak, że mieć rację, to najgorsze, co może być. Dwa miesiące temu sugerowałem powyższymi akapitami, że "Mecenas She-Hulk" nie powala i nie nastawiam się na spektakularny sukces. No i miałem rację!

Szersza fabuła serialu nie ruszyła z kopyta przez pierwsze cztery odcinki dlatego, że nie miało co ruszać. Życie uczuciowe Jen zasadniczo już jest tym głównym wątkiem. To znaczy, tak naprawdę bardziej chodzi o toksyczny sposób postrzegania kobiet przez mężczyzn. Przez cały sezon główna bohaterka mierzy się z faktem, że wszyscy ludzie z jej otoczenia wolą jej wielką i zieloną wersję, a nie ją samą - dostaje pracę w oparciu o bycie supkiem; faceci chcą żeby ich dominowała; jej przyjaciółka zabrania jej bycia zieloną na swoim weselu żeby nie odciągała od niej uwagi. To wszystko byłyby całkiem intrygujące motywy, gdyby nie to, że Jen nie zmienia się w inną osobę. Nie tak naprawdę. To wciąż ta sama osobowość, zmienia się jedynie ciało. Sprawia to, że serial staje się de facto opowieścią o samoakceptacji, tylko podaną w mało ciekawy sposób. 

Oczywiście dostajemy również czarny charakter, który przez cały sezon działał z ukrycia. Ale o nim za moment, bo będą spoilery. 

Uważam, że to szalenie przykre i wiele mówiące, że pierwszym faktycznie dobrym odcinkiem był ten z Daredevilem. Zupełnie jakby tworzyli go zupełnie inni ludzie. Żarty były faktycznie śmieszne i była ich cała masa. Znajomość Jen i Matta (Charlie Cox) rozwijała się prędko, ale w sposób sensowny, wiarygodny i szczerze komiczny. Nagle zarówno jedna, jak i druga postać rzuca jednym dobrym tekstem za drugim, aktorzy mają dobrą chemię - czuć wzajemną atrakcję, ale podaną w sposób komediowy, a więc bez jakichś głębszych uczuć, długich momentów ciszy i innych introspekcji. Niemalże dosłownie przyszedł Charlie Cox i uratował serial! Na jeden odcinek, bo później był finał.

[Będą spoilery] 
Szanuję twórców serialu za poziom łamania czwartej ściany, którego nie powstydziłby się nawet i sam Mel Brooks. Naprawdę. Sam fakt wykorzystania aplikacji, Disney+ jako narzędzia budowania narracji, skonfrontowanie Jen ze scenarzystami i, ekhem, Kevinem to bardzo fajne pomysły. Szkoda więc, że ich wykonanie niemal kompletnie leży. Nie wiem, czy to słaba reżyseria, czy kiepskie dialogi, czy timing, ale znakomita większość dialogów w tych scenach jest absolutnie, kompletnie nieśmieszna. Niezręczna wręcz. Kilka rzeczy im się udało, jak pytanie o X-Menów, po którym Jen patrzy w kamerę z kciukiem do góry - wie o co chodzi. Większość jednak zupełnie nie trafia, psując tylko cały finał i to tak dosłownie, jak nigdy dotąd. Początek odcinka to też niezły absurd. Została osadzona w więzieniu, bo wkurzyła się, że ktoś pokazał jej bardzo, bardzo prywatne nagranie na bardzo publicznej gali, dodatkowo w ważnym dla niej momencie? Przecież to już jest taki absurd, że wybija ponad skalę. Tożsamość HulkKinga była do przewidzenia od dawna, a już przedostatni odcinek niemal podpisał go złotymi literkami. Jaki był jego cel? Być toksycznym facetem, który czepia się dziewczyny-superbohatera za sam fakt posiadania waginy. Jego poplecznicy powtarzają nawet teksty, które można zasłyszeć w internecie. Tak więc cały ten serial jest po prostu odpowiedzią na toksyczny fandom MCU. Fajnie. Problem w tym, że krzykacze-mizogini to tylko jakiś tam procent całości krytyki. Bardzo duża część argumentów podawanych nawet w tych najbardziej nieprzychylnych recenzjach jest jak najbardziej zasadna. To są słabe scenariusze, tani humor, dziury w fabule i tak dalej. Ale wygłusza się je krótkim "nienawidzisz kobiet i tyle". Nie zgadzam się z tym. 
[Koniec spoilerów] 

Zupełnie nie kupuję "Mecenas She-Hulk" jako serialu rozrywkowego. Znaczna część żartów do mnie nie trafia, batalie sądowe są płaskie, niezbyt pomysłowe i w większości zasadzające się na tej samej, prostej myśli, co reszta serialu - faceci to świnie i nienawidzą kobiet. Mam aż wyrzuty sumienia pisząc to, bo wychodzę trochę na jednego z kolegów HulkKinga, ale trudno się mówi. Ostatecznie scenarzyści zapominają w ogóle o wspomnianym wyżej wątku samoakceptacji. Jen nie musi się z niczym mierzyć, po prostu na koniec jest najlepszą wersją siebie i tyle. Sprawa jest bardzo prosta - dostaliśmy kiepsko pomyślany, nieśmieszny serial, który zamiast dostarczać rozrywki, koncentruje się na ciśnięciu części fanów MCU za to, że nie podoba im się kierunek, w którym poszła obecna faza. Najbardziej szkoda w tym wszystkim bardzo sympatycznej Tatiany Maslany i niedostatecznie wykorzystanych Tima Rotha i Charliego Coxa.

Atuty

  • Tatiana Maslany ciągnie swoją charyzmą prawie cały serial;
  • Od czas do czasu kilka dobrych żartów;
  • Wong, Daredevil i Abomination zaliczają sympatyczne gościnne występy;
  • Miejscami widać przebłyski campu, który mógł wynieść ten serial na wyżyny (otwarcie ostatniego odcinka!)

Wady

  • Zwyczajnie źle napisana większość bohaterów;
  • Przeważnie słaby humor;
  • Kiepsko nakręcona akcja (z jednym wyjątkiem);
  • Ogólny chaos i brak dobrego pomysłu na całą historię. 
Darek

Piotrek Kamiński

"Mecenas She-Hulk" jest kiepską komedią i ogólnie słabym serialem. Pełno w nim pustych wątków bez satysfakcjonującego końca i jednostronnej krytyki. Jeszcze wczoraj dałbym mu 5, ale finał kompletnie mnie zniesmaczył. Nie polecam. 

3,5

Komentarze (114)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper