Wikingowie: Valhalla

Wikingowie: Valhalla drogą ostatnich sezonów Wikingów? Nie wykorzystano potencjału

Mateusz Wróbel | 20.03, 11:00

Zgodnie z zapowiedziami pod koniec lutego na Netfliksie pojawił się serial stricte powiązany z popularnymi Wikingowie. Produkcja z podtytułem Valhalla zebrała przyzwoite opinie zarówno ze strony krytyków (naszą recenzję znajdziecie dokładnie w tym miejscu), jak i zwykłych widzów. Ja natomiast uważam, że potencjał Wikingowie: Valhalla nie został w pełni wykorzystany.

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć nowej produkcji ukazującej najazdy wikingów na angielskie tereny, przypomnijmy, że Wikingowie: Valhalla rozgrywają się około sto lat po wydarzeniach przedstawionych, że tak to określę, w podstawce, jaką są Wikingowie. To fundament, który sprawił, że amerykańska platforma postanowiła rozwinąć jakże intrygującą przygodę, przedstawiając całkowicie nowe wątki, w których wystąpili przede wszystkim nowi bohaterowie.

Nowe twarze

Wikingowie: Valhalla Leif

Na początku XI wieku władca Sasów, Ethelred II, postanowił uwolnić swój kraj od spokojnie żyjących na owych terenach Norwegów czy Duńczyków, co doprowadziło do unieważnienia umów i zerwaniem pokoju. Chcący zemścić się wikingowie za popełnioną zbrodnię zbierają ogromną armię, której przewodzi duński król Knut.

Wikingowie: Valhalla nie skupiają się w pełni na rzeczonym dowódcy, ponieważ większość akcji śledzimy z perspektywy spokojnego odkrywcy Leifa Erikssona (rolę odegrał Sam Corlett), żądnej krwi Freydis Eriksdotter (Frida Gustavsson) i młodego, choć nieustraszonego księcia Haralda Sigurdssona (Leo Suter). Mamy tutaj mieszankę charakterystycznych postaci, która - na papierze - powinna zapewnić niezapomniane show. 

I poniekąd je dostajemy. Postacie zostały bardzo dobrze wykreowane i z ogromnym zainteresowaniem poznawałem ich przeszłość, a także plany na przyszłość. Aktorzy dawali z siebie wszystko, świetnie podkreślali dobre, jak i negatywne emocje podczas rozmaitych scen. Co jednak najważniejsze, czuć było między nimi chemię. W tej kwestii szczególnie przypadła mi do gustu Freydis, która nie tylko swoimi czynami, ale również wyrazem twarzy pokazywała wszystkim wokół, że nienawidzi chrześcijan. 

Gdzie podziały się widowiskowe bitwy?

Wikingowie: Valhalla Freydis

Niestety, ale tyle dobrego nie mogę powiedzieć o samym scenariuszu. Ten nie jest zły, ale daleko mu do pierwszego sezonu Wikingów czy Upadku Królestwa. Na ekranie dzieje się zdecydowanie za mało i śmiem twierdzić, że pierwsze osiem odcinków z zamówionych 24 są za bardzo przegadane. Zapewne to kolejne podwaliny pod to, aby w drugim i trzecim sezonie przygotować więcej intryg, zdrad i przede wszystkim bitew.

Nie bez powodu pogrubiłem frazę "przede wszystkim bitew" - krwawych starć w Wikingowie: Valhalla było tyle, co kot napłakał. Zdarzały się małe walki, w których brało udział maksymalnie kilka osób, ale bitew na ogromną skalę naliczyłem wyłącznie dwie. Z czego jedna z nich skupiała się bardziej na cichym podejściu, aniżeli otwartej walce. O ostatnich sezonach Wikingów można było mówić wiele dużego, ale nikt nie mógł zarzucić im, że brakowało w nich wielkich, dobrze wyreżyserowanych starć. Tutaj odnoszę wrażenie, że brutalności zabrakło. 

Mówiąc o minusach Wikingowie: Valhalla grzechem byłoby nie wspomnieć również o wyglądzie zewnętrznym postaci pierwszo, jak i drugoplanowych. Jak już wyżej podkreśliłem, podobał mi się zauważalny gołym okiem angaż aktorów w ich odgrywaną rolę, ale dziwię się, że nikt z nich nie zwrócił uwagi na to, że wyglądają oni na ekranie aż zbyt pięknie. Szczególnie rzucały się w oczy wystylizowane brody u wikingów i białe, niczym jak na reklamach past, zęby u przedstawicieli Anglii. Halo, producenci, to ma być XI, a nie XXI wiek.

Podwaliny pod coś dobrego

Wikingowie: Valhalla Rodzeństwo

Ogólnie rzecz biorąc Wikingowie: Valhalla spodobało mi się, ale uważam, że nie wykorzystano tutaj drzemiącego od pierwszego zwiastuna udostępnionego przez Netfliksa potencjału produkcji. Mimo tego, iż serial poleciłbym fanom tematyki obracającej się wokół wikingów to nie ukrywam, że przygodzie Leifa, Haralda i Freydis bliżej do piątego czy szóstego, a nie pierwszego sezonu Wikingów. Początek historii Ragnara był emocjonujący od pierwszej wyprawy na zachód, a wraz z każdym odcinkiem emocje rosły. Ba, do tej pory pamiętam bitwy z Wikingów, przy których aż obgryzało się paznokcie ze stresu spowodowanego tym, że w każdej chwili mogą pożegnać się postacie, którym kibicujemy.

Tutaj takiego efektu brak. Scenarzyści postawili na dialogi wprowadzające zainteresowanych we wszelkiej maści wątki, odkładając na razie na boczny tor pełne brutalności starcia, w których krew bryzgałaby na wszystkie strony. Od drugiego, nadchodzącego sezonu oczekiwałbym właśnie więcej walk i intryg, które wywróciłyby życie wielu bohaterom do góry nogami. Patrząc na otwarte zakończenie, autorzy produkcji mają ogromne pole do popisu. Freydis, Harald i Leif mają wiele spraw do załatwienia i trzymam kciuki za to, aby z ich ekspedycji nie zrobiła się taka stypa, jaką można było zauważyć podczas oglądania zmagań Ubby, Ivarra i Hvitserka.

cropper