Call of Duty - konieczny mocny reset na wczoraj

Call of Duty - konieczny mocny reset na wczoraj

Krzysztof Grabarczyk | 29.01, 10:00

Rutyna jest najgorszym doradcą. Gorszym niż nostalgia, której kartą przetargową są wspomnienia, rzecz pozornie bezcenna. Co się dzieje kiedy wpadamy w rutynę? Absolutnie nic, wypalamy się. Ta sama zależność występuje w każdej innej dziedzinie - sporcie, literaturze czy branży gier. Coroczne wezwanie w służbie Activision-Blizzard spotyka się obecnie z najniższym zainteresowaniem od 14 lat według ostatnich informacji. Co jest główną przyczyną takiego stanu rzeczy? Właśnie rutyna. W świecie wymagającym zintensyfikowanej kreatywności nie ma nią miejsca. Gdyby producenci Call of Duty wreszcie zrozumieli ten stan umysłu, popularność "kompletnych" wydań cyklu nie pikowałaby niczym Batman. Brak konsekwencji w końcu daje o sobie znać. 

Niedopracowane techniczne Vanguard przerywa arcydochodową passę od lat. Zeszłoroczne Cold War również nie brylowało jak wymaga tego kultura wysokobudżetowej serii. Activision-Blizzard jest pod wizerunkową ścianą, teraz dało się wchłonąć w struktury Microsoftu. Call of Duty przechodzi kolejny kryzys formy. To czas wielkich zmian oraz koniecznej pauzy w ciągu wydawniczym. 

Wojenna narracja 

Call of Duty

Wojna opiera się na strzelaniu w świetle prawa gatunku FPP. Call of Duty korzysta z jednej receptury od kilkunastu lat. Zaczyna się obowiązkowym szkoleniem rekruta, gracz wybiera jedną z kilkunastu broni, strzela w ruchome bądź statyczne tarcze. Następnie akcja skacze albo do wnętrza helikoptera jednostek SAS (Modern Warfare) lub Wietnamu (Black Ops). Gracz szybko obserwuje respanwujące się jednostki wroga, póki nie uda się dotrzeć do wskazanego systemowo checkpointu. W tym momencie ujawnia się optyka iluzji poziomu Veteran w niemal każdej grze serii. Podatny na dwa strzały bohater ma nikłe szanse aby skutecznie dotrwać do danej sekwencji. Nazywam to utrudnianiem poprzez frustrację, nie balans. Po sznurku wojennych kampanii obowiązkowo słyszysz pięknie napisane przedmowy moralnych autorytetów tej zawsze dobrej amerykańskiej machiny wojennej, ku pokrzepieniu obywatelskich serc. W punkcie zwrotnym dochodzi do zdrady jednego z towarzyszy, nagle zupełnie nieoczekiwany zwrot akcji zmienia bieg wydarzeń. Na skraju życia i śmierci ratujesz świat przed kolejnym widmem wojny. Brzmi znajomo? 

Powinno, bo tak prezentuje się schemat Call of Duty od kilkunastu lat, zmieniają sią daty i okoliczności historyczne. Wojna nie zmienia się tutaj nigdy. Niestety.  Istnieją gry podejmujące trudy konfliktów zbrojnych w bardziej dosadnym, wręcz artystycznym katalogu. This War of Mine lub Valiant Hearts. Wprawdzie stosują inne formy przekazu zważywszy na preferencje gatunkową, lecz fakt pozostaje faktem. Nie potrzebują wielomilionowych nakładów, setek widowiskowych skryptów oraz znanych aktorów filmowych ku zauroczeniu odbiorcy. W swojej prostocie są o wiele bardziej autentyczne niż rozdmuchane ego inwestorskiej papki Activision-Blizzard. Kartą przetargową corocznych wydawnictw Call of Duty stał się wariant sieciowy (ewentualnie tryb zombie). Premiera "resetu" Modern Warfare w 2019 roku wprowadziła oddzielną Strefę Wojny. Call of Duty: Warzone w zgodzie z oczekiwaniami zyskało megapopularność. Samodzielność Warzone to dla wydawcy jednak miecz obusieczny i chyba nie do końca tak miało być. 

Black Ops: Cold War już szybciej borykało się z mniejszym zainteresowaniem, lecz najgorsze statystyki miały dopiero nadejść. Zdaje się, że obecny elektorat woli pławić się w kolejnych sezonach Warzone niż angażować się w identycznie spisywaną historię, rozpoczynającą i kończącą się zawsze w ten sam sposób. Dla jednych obecność Warzone jawi się pogrzebaniem dalszych gier, niekoniecznie tak musi być. Z mojej perspektywy, Call of Duty: Warzone daje deweloperowi szansę na pełne skupienie ku warstwie narracyjnej. 

Przerwana tradycja 

Call of Duty

Odciążone od prac nad multiplayerem studio może teraz skoncentrować moce przerobowe na lepszym przekazie kampanii fabularnej. Niezależnie czy mówimy tutaj o Sledgehammer Games, Treyarch czy samym Infinity Ward. Choć ten ostatni zespół powstał niegdyś jako manifest odłączenia się Vince'a Zampelli oraz Jasona Westa z Electronic Arts. Ich pierwszym znanym projektem stało się wydane w 2002 roku na PC, Medal of Honor: Allied Assault. Punkt zwrotny w narracyjnej metodzie prowadzenia gry wojennej z oczu bohatera. Przynajmniej tak opisywano grę w mediach. Panowie trafili pod skrzydła Activision by ostatecznie wrócić do EA i tak zrodziło się Respawn Entertainment, wraz z nim TitanFall oraz Apex Legends. Historia znana i lubiana. Call of Duty potrzebuje dwóch fundamentalnych środków - co najmniej dwuletniej przerwy oraz zmiany punktu widzenia ze strony twórców. Jedno nie powstanie bez drugiego. Activision w jednym z dawnych raportów dotyczących polityki firmy zapewniało, że marka każdorazowo zamyka się w trzyletnim cyklu produkcyjnym. Zaangażowanie trzech zespołów deweloperskich częściowo pokrywało rokowania wydawcy. Jedynie ostatnie Modern Warfare pozostaje grą technicznie dopracowaną, reszta buja w dyskusyjnych obłokach. 

Czas na gruntowne zmiany, bardziej realną wizję starć. Niedawno miałem przyjemność zapoznać się z Hell Let Loose, strzelaniną ulokowaną w rzeczywistości II Wojny Światowej. Gra urzekła mnie próbą imitacji faktycznego strzelania z historycznych karabinów. Żadnej epickiej muzyki w tle, zdanie się na żołnierską percepcję w nowym terenie. Prypeć nigdy tego nie oddała, stąd misja jest według mnie nobilitowana daleko ponad swoją miarę. Może przyszedł czas zerwania z niezdrową tradycją? Problem Wezwania Służby leży w propagowaniu wszystkich żołnierskich wartości, moralnych dylematów i jednoznacznej klasyfikacji dobra ze złem w krótkim czasie antenowym. Pięciogodzinna kampania to stanowczo za krótko aby wynieść cokolwiek z historii. To ledwie przebłysk militaryzmu oraz postaci, których imion nie pamiętamy tuż po wyłączeniu napisów końcowych. Zgaduję, że tych nikt nie studiuje. Najlepszym narratorem jest świat. Czas ująć wojnę jako krajobraz bardziej kameralnej opowieści, takiej jak This War of Mine. W przełożeniu na moc marki da ogromny efekt. Mając ze sobą karabin ze setką magazynków w zapasie twórcy dają nam najwyżej opcję strzelnicy do podstawiających się pod lufę jednostek z minimalnym AI. A gdyby ukazać wojnę taką jaka jest naprawdę?

Z deficytem broni, żywności oraz z ujęcia jej nieprzypadkowej ofiary? Z realizmem wprost z Hell Let Loose? Dodajmy do tego równania jeszcze dwuletnią przerwę, która wpłynie na hajp tylko pozytywnie. Wojna potrzebuje wszystkich tych emocji, brutalności, dosadności i nie przebierania w środkach. Warzone funkcjonuje mianem oddzielnej instytucji, więc poradzi sobie niczym GTA Online. Kolejne wydanie serii powinno fundować zgoła odmienne wrażenia. Jestem graczem lubującym się w świetnie pisanych historiach, więc jeśli gra stwarza mi po jej skompletowaniu powody do garstki rozmyślań, oznacza to jedno - kompletne doświadczenie. Chciałbym takiej realnej metamorfozy dla Call of Duty. Mocny reset. Recepta na wszystko.