Dying Light 2 na 500 godzin? To już nie trafia do większości graczy…

Dying Light 2 na 500 godzin? To już nie trafia do większości graczy…

Kajetan Węsierski | 21.01, 22:00

Marketing to prawdziwa sztuka - zwłaszcza dobrze zorganizowany. Trudno jest bowiem trafić do naprawdę szerokiej grupy odbiorców i jednocześnie się jej spodobać. Wiecie, jak to się mówi - nie znalazł się jeszcze taki, który przypodobałby się każdemu. Marketingowcy muszą się maksymalnie mocno zbliżyć do tego stopnia. Niestety jest cienka granica, a po jej przekroczeniu mamy już tylko wtopę. 

I bardzo często do niej dochodzi. Gdy promocja danego produktu - w tym przypadku gry wideo - pójdzie nie tak, jak powinna, spotka się z bardzo dużym linczem społecznym. Zwłaszcza w czasach mediów społecznościowych. Taki przypadek miał miejsce ostatnio, zaledwie dwa tygodnie temu. Mowa oczywiście o Dying Light 2 i bardzo nietypowym ogłoszeniu, według którego gra zajmie nam 500 godzin. 

Minęło ich dwudziestokrotnie mniej od opublikowania tego ogłoszenia, aż do chwili, w której Techland musiał wszystko prostować i niejako między wersami przepraszać graczy za taką próbę promowania swojej gry. Szybko okazało się, że w dzisiejszych czasach pół tysiąca godzin nie jest czymś, co będzie przyciągało. Stosunek długości do ceny jest oczywiście ważny, ale… Cóż, nie ma sensu przeginać. 

500 godzin?! 

Gdy pojawiła się informacja o pięciuset godzinach, gracze bardzo szybko zrobili sobie z tego używkę. Zrodziła się cała masa memów nawiązujących do tego ogłoszenia, sporo głosów zdziwienia, a także szydera i niezadowolenie. Wiecie, nikt z nas nie lubi skrajności. Nie chcemy płacić 350 złotych za gry, które przejdziemy w 10 godzin i o nich zapomnimy. Zwyczaje nam się to w głowach nie kalkuluje. 

Dying Light 2 #1

Z drugiej jednak strony - żyjemy dziś w naprawdę szybkich czasach. Nieprzerwanie coś robimy, ciągle staramy się działać i jak najbardziej efektywnie zapełniać sobie dni. A będąc fanem popkultury, jest to zadanie niebywale trudno. Ile razy złapaliście się na myśleniu, iż fajnie byłoby po prostu wydłużyć dobę, albo na moment zatrzymać upływ czasu? Ja miałem takich przemyśleń sporo, bo nie jest łatwo znaleźć na wszystko czas. 

Spójrzcie choćby na same duże premiery w tym roku - te pojawiają się kilka razy na miesiąc. Dokładając do tego kilka ciekawostek oraz mniejsze gry niezależne (zawsze dobrze przy takich się odprężyć), mamy już kilka na tydzień. Do tego trzeba przecież żyć, a przyjemność czerpiemy również przy okazji filmów, seriali, książek, czy też komiksów. I jak tu to wszystko ogarnąć? „Problemem” zaczynają stawać się tasiemcowe seriale oraz za długie gry. 

Sam znam przynajmniej kilka osób, które porzuciły Assassin’s Creed Valhalla, choć były zachwycone tym, co zaprezentował nam Ubisoft. Osobiście na przykład nigdy nie skończyłem Red Dead Redemption II, bo po prostu nie było na to czasu. Szybciej sięgnę po 3 gry na 15-20 godzin, niż jedną, która wymaga ode mnie przynajmniej 60. Musi być wtedy dopracowana na maxa lub mnie oczarować. 

Ile to jest dobrze? 

I to wszystko prowadzi nas do prostego pytania - ile godzin oznacza „dobrze”? Odpowiedź może niektórych nie usatysfakcjonować, ale… To zależy. Umówmy się, jest to kwestią preferencji. Jedni - jak na przykład ja - dobrze będą bawić się w produkcjach, które można zamknąć w kilkanaście godzin. Inni postawią na te, które oferują ich przynajmniej kilkadziesiąt. A są pewnie też tacy - choć to na pewno mniejszość - którzy przez kilka miesięcy potrafią bawić się w jednej grze singleplayer. 

Dying Light 2 - Walka

To właśnie do tej grupy kierowane było ogłoszenie od Techlandu. I tu wypada się cofnąć do początku tekstu - marketing tak dużych produkcji powinien próbować trafić do jak najszerszej grupy odbiorców. Sprzedaż wyłącznie w obrębie największych fanów pierwszej odsłony oraz kilku stowarzyszeń wielbicieli gier o nieumarłych to zdecydowanie za mało. Trzeba wyjść poza to. 

Właśnie stąd wzięło się naprostowanie informacji po zaledwie kilkunastu godzinach. Szybko poszło, a nowa grafika była zdecydowanie bardziej przystępna. Te 500 godzin znów tam zostało, ale pokazano, jak absurdalny był sposób wyliczenia tego czasu. Właściwie mogli tam wpisać równie dobrze 600 czy 700 godzin - śmiem twierdzić, że mało kto by to ostatecznie sprawdził (poza paroma szaleńcami na YouTube). 

Odpowiadając więc na pytanie „ile to jest dobrze?”, pokuszę się o odpowiedź, że tyle, aby się nie znudziło. Oczywiście, dla każdego będzie to wartość zupełnie inna, ale im więcej, tym trudniej utrzymać uwagę odbiorcy - zwłaszcza w kontekście gier fabularnych przeznaczonych dla pojedynczego gracza. Z drugiej strony potrzeba także czasu, aby wkręcić konkretną osobę w przedstawiony świat. 

Nie przesadzajmy… 

Kluczem jest tu więc właśnie ten złoty środek, który dla każdej gry będzie inny. A przy produkcjach kierowanych do szerokiej grupy odbiorców będzie to wyjątkowo ciężkie. Dying Light 2 jest takim tytułem. To projekt, który ma wylądować w rękach graczy codziennych i tych weekendowych. U tych pierwszych - gdzie znajduje się większość z nas - trudno jest wymuskać setki godzin, gdy zewsząd zalewają nas premiery. 

Dying Light 2 - Zombie

Nie warto więc przesadzać, a łatwiej zrobić to w stronę wydłużenia gry, niż jej skrócenia. Wyobrażacie sobie, żeby jakiś duży deweloper napisał, że „na przejście naszej gry wystarczą 3.5 godzinki”? No nie ma szans, a absurd takiego komunikatu byłby podobny, jak przy 500 godzinach. W obu przypadkach mielibyśmy do czynienia z kontrowersjami i sporym wyszydzaniem takiego obrazu przez społeczność. 

Czasem lepiej jest przeanalizować nastroje społeczne i obecny obraz rynku. Jest więcej osób, które chcą dziś dużo małych doznań, niż takich, które zadowolą się jednym mocnym. Tak działamy, tak pędzimy i tak wygląda dzisiejszy świat. Techland marketingowo zrobił krok w złym kierunku, ale koniec końców należy ich pochwalić za posypanie głowy popiołem i wybrnięcie (lepsze czy gorsze) z tej sytuacji. I tak czekam, choć kilkuset godzin tam nie przesiedzę. Nawet jeśli bardzo bym chciał… Nie ma czasu.