See na Apple TV to 3.7/10? Czasami nie warto sugerować się średnią na Metacritic

See na Apple TV to 3.7/10? Czasami nie warto sugerować się średnią na Metacritic

Roger Żochowski | 11.01, 22:30

„See” to jeden z najciekawszych seriali na Apple TV, usłudze, która teraz dostępna jest przez pół roku za darmo dla każdego użytkownika PS5. Gdy skonfrontowałem swoją opinię ze średnią na Matacritic, byłem niczym Marysia w klipie WWO - lekko w szoku. 

Pierwszy sezon serialu, w którym główną rolę gra znany z Aquamana Jason Momoa, mimo sporej liczby recenzji zebrał noty na poziomie 37% na Metacritic. To nota, którą określa się produkcje naprawdę niskich lotów, nota, która kompletnie zniechęca do zapoznania się z serialem narażając nas teoretycznie na stratę cennego czasu. Gdy jednak zaciekawiony tak słabym odbiorem produkcji Apple zacząłem czytać recenzje, można było w nich znaleźć takie wnioski jak: "sekwencje walki przypominające gry wideo mogą być męczące" czy "serial jest zdecydowanie zbyt brutalny, gloryfikując przemoc". Poza krytyką scenariusza, która również się pojawiła, bardzo często padały więc zarzuty o to, że jest zbyt brutalnie, zbyt mrocznie i w ogóle świat jest dziwny i niezrozumiały. A moim skromnym zdaniem - to jedna z najbardziej oryginalnych wizji post-apo ostatnich lat i ta „dziwność” jest tu wręcz zaletą. 

Z miejsca przypomniały mi się utyskiwania niektórych recenzentów z USA, którzy pod wpływem części środowisk krytykowały film „Joker” za to, że nawołuje do przemocy. Ba, można było wręcz zaobserwować, że film spotkał się w mediach z pewną nagonką, a niektóre serwisy przestraszone krytyką publikowały alternatywne recenzje z niższą niż pierwotnie oceną. „See” lepiej poradziło sobie na Rotten Tomatoes, gdzie średnia krytyków wyniosła 44%, a widzów - aż 84%! A drugi sezon zebrał tutaj jeszcze lepsze noty i średnia ocen użytkowników skoczyła do 86%. I coraz częściej łapie się na tym, że to właśnie ten serwis znacznie lepiej trafia w mój wysublimowany gust jeśli chodzi o zgodność opinii. Czy jednak „See” padło ofiara przewrażliwionych krytyków zza oceanu? Po części tak, choć nie da się ukryć, że nie wszystko w serialu zagrało. Przy czym „NIE WSZYTSKO” jest tu kluczowe, bo „See” w przypadku całej reszty potrafi wciągnąć trzymając nas w napięciu przez dwa kolejne sezony.

Zawód krytyk 

See Apple TV

Teraz szybki rzut okiem na kilka wybranych opinii widzów choćby ze wspomnianego Rotten Tomatoes: "Niesamowita gra aktorska i genialna koncepcja", „odświeżający zwrot w dość standardowej dystopijnej narracji postapokaliptycznej w innych serialach", „niesamowite postacie, krajobrazy, sceny walk", „jeden z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek powstały", „nie wiem, co krytycy brali oglądając serial, ale nie warto ich słuchać". Trudno nie zgodzić mi się z większością z tych opinii, bo mi „See” od samego początku po prostu siadł idealnie. To takie połączenie „Gry o tron” i „Vikingów” w sosie postapokaliptycznym, w którym faktycznie wszystko wydaje się dziwne, czasami wręcz surrealistycznie, ale poznawanie koncepcji nowej Ziemi naprawdę wciąga. To w jaki sposób bohaterowie zapisują swoje przemyślenia używając do tego węzłów, to w jaki sposób poruszają się po świecie w końcu to, jak potrafią wykorzystywać swoje słabości, jest godne uwagi.   

Serial kręcony był w scenerii Kolumbii Brytyjskiej i pod względem realizacji już pierwszy sezon zachwyca przepięknymi krajobrazami i scenografią zbudowaną na ruinach dawnej cywilizacji. W kostiumy włożono masę pracy, nie rażą one sztucznością i "czystością" jak niektóre kreacje w drugim sezonie „Wiedźmina”, po prostu czuć, że w serial wpompowano spory budżet. I jest to serial intrygujący od pierwszych minut. Tajemniczy wirus, temat jakże aktualny, spowodował śmierć miliardów ludzi. Naszą planetą znów zawładnęły siły natury, a setki lat później dwa miliony ludzi, którzy przeżyli zagładę, borykają się ze ślepotą. Stare podania mówią o tym, że to Bóg sprowadził na ludzkość taką karę, a osoby, które wieszczą powrót wzroku traktuje się jak poganów, pali na stosach i ściga z dekretu królowej. Fundamentalizm znów ma się dobrze. Nasza dawna cywilizacja stała się legendą, populacja w nowej rzeczywistości nie posiadając wzroku wyostrzyła inne zmysły kierując się węchem, dotykiem i słuchem. Ludzkość żyjąca w plemionach ewoluowała pozwalając tworzyć całe miasta, królestwa, a nawet brać udział w bitwach na ogromną skalę, które twórcy serialu wyreżyserowali naprawdę ciekawie.

Szalona królowa 

See Kane

To tylko pobieżny obraz tego, co zobaczymy w „See”. Podobało mi się nie tylko to, jak ruiny dawnej cywilizacji zaadaptowano pod nowe realia (pałacem królowej jest choćby ogromna tama wodna), jak rozbrzmiewają echa dawnego świata (odgrywany na starym winylu kawałek "Over the Rainbow"), ale przede wszystkich autorom serialu udało się stworzyć wiarygodne zasady i prawa rządzące nowym światem. Budowane równiutko obok siebie domy w osadach, to jak poruszają się bohaterowie czy cała masa mniejszych detali, przedmiotów i akcesoriów stworzonych specjalnie po to, by lepiej oddać klimat życia bez światła, potrafi zachwycić. Sceny walk, tak krytykowane za brutalność, to małe mistrzostwo świata. Zapomnijcie o wirującej kamerze i chaosie - tutaj widać praktycznie każdą dźwignię załażoną na kończyny, każde cięcie miecza i poderznięte gardło. Jason Momoa znakomicie wciela się w rolę Baby Vossa, człowieka, który chroni pierwsze widome od wielu lat dzieci, genialnie odwzorowując sposób w jaki mogłaby walczyć osoba ślepa z wyostrzonymi zmysłami słuchu. Twórcy serialu stworzyli niejako zupełnie nowy styl walki przykładając się solidnie do kolejnych choreografii.

Jasne, historia czasami trochę się dłuży, czasami może wydawać się naciągana, trzeba zaakceptować pewne uproszczenia i nieco popuścić wodze fantazji uznając, że ślepi faktycznie byliby w stanie w nowej rzeczywistości przemierzać setki kilometrów w pogoni za heretykami i być w stanie wrócić bez problemu do swojego królestwa. Ale serial nie raz i nie dwa stara się to lepiej lub gorzej tłumaczyć. Tyle, że te niedociągnięcia nadrabiają świetnie wykreowane postacie i wciągająca narracja. O Momoa już wspomniałem, ale w opowieści przewija się choćby postać królowej Kane (rewelacyjna Sylvia Hoeks znana choćby z roli w nowym „Blade Runnerze”), która modląc się do swojej bogini za każdym razem poprzedza proces masturbacją, czy też brata głównego bohatera, brutalnego, pałającego rządzą zemsty i zniszczenia, ale myślącego na swój sposób progresywnie, w którego wciela się równie dobry w tej roli Dave Bautista. Nie brak tu charyzmatycznych bohaterów moralnie wątpliwych, na co jeszcze większy nacisk położono w drugim sezonie, który faktycznie pod względem konstrukcji świata, walczących ze sobą królestw, szpiegowania, knucia intryg, zaczyna nieco przypominać wspomnianą w tekście „Grę o tron”. Zachowując jednak przy tych swój unikalny charakter.

Mimo iż „See” nie jest serialem idealnym, a w drugim sezonie trochę za dużo było patosu i "power of love", produkcja niezmiennie nas intryguje. Przedstawionym światem, pewną dozą mistycyzmu i kolejnymi scenami walk, w których krew przelewa się hektolitrami. Potrafi też niczym w najlepszych latach „Gra o tron” zaskoczyć nagłą śmiercią postaci, która wydawała się kluczowa dla opowiadanej historii. Dlatego z niecierpliwością czekam na sezon 3, a Wam radzę - dajcie „See” szansę.