Nie tylko MCU. Najlepsze ekranizacje Marvela spoza popularnego cyklu

Nie tylko MCU. Najlepsze ekranizacje Marvela spoza popularnego cyklu

Kajetan Węsierski | 10.01, 09:41

Marvel w kinach to nie tylko MCU. Choć dziś dla wielu te dwa sformułowania zdają się wręcz tym samym, to nic bardziej mylnego - ekranizacje komiksów głośnego wydawnictwa obejmują znacznie szerszy zakres. 

Od ponad dekady komiksy superbohaterskie przeżywają rozkwit, a niemałe znaczenie ma w tym wszystkim fakt, jak potężne okazało się Kinowe Uniwersum Marvela. Disney kupił sobie prawa do kury znoszącej złote jajka i rozmnożył ją z ogromnym powodzeniem. Dziś wiele osób, gdy usłyszy nazwę wydawnictwa, najpierw pomyśli o pełnometrażowych filmach, a dopiero później o historyjkach zamkniętych w papierowych zeszytach. 

Co więcej, mówiąc o produkcjach Marvela, bardzo często myśli się o samym MCU. Zapomina się przy tym, że ekranizacje komiksów popularnego wydawnictwa istniały na długo przed pierwszym Iron Manem, a w gruncie rzeczy nawet w erze Disneya, wiele studiów wciąż posiadało prawa do przeróżnych postaci, z których nie bało się korzystać (najbardziej znanym przykładem są Spider-Man i Sony). 

I choć nie ma przypadku w tym, że pozostałe filmy cieszyły się mniejszą popularnością (wszak wiele z nich wpasowało się w stereotyp, że filmy superbohaterskie są sztampowe i nudne), to można wyłowić kilka perełek, które przełamywały schematy i nawet dziś cieszą się ogromnym uwielbieniem ze strony naprawdę wielu osób. I to właśnie nimi chciałbym się dziś zająć. Przed Wami 10 najlepszych aktorskich ekranizacji Marvela spoza MCU! 

The Wolverine (2013)

Nie było idealnie, ale było ostro, szybko i brutalnie. I był tu Hugh Jackman, a to zawsze ogromny plus każdej produkcji. Film nie spotkał się z tak dobrym przyjęciem, na jakie wielu liczyło, ale był naprawdę udaną adaptacją postaci kontrowersyjnego mutanta. Ogromną zaletą było miejsce akcji, którym była Japonia. Wszyscy doskonale wiemy, jak potrafi ona dopełnić klimatu swoją scenerią oraz kostiumami na ulicach. 

Blade II (2002)

Kolejna produkcja, która stanowi sequel i robiła po prostu lepiej to, co na pierwszy ogień wystawiono w debiutanckiej odsłonie. Blade to jeden z tych „bohaterów” komiksowych, których trzeba wziąć w cudzysłów i których jednocześnie naprawdę trudno nie lubić. Wesley Snipes odwalił tu kawał dobrej roboty, a sam filmy ociekał brutalnością, mrokiem i fenomenalnym klimatem.

X2: X-Men United (2003)

Przechodzimy do drugiego filmu o X-Menach! Pierwszy mnie nigdy nie porwał i właściwie do dziś stanowi raczej ciekawostkę, niż coś, do czego chciałbym wracać. Znacznie lepiej było w przypadku tej produkcji - odnosiłem wrażenie, że twórcy wreszcie pokusili się o stworzenie nieco lepszej historii i odejście od sztampy. Co więcej - widać tu znacznie większy budżet i całość wygląda po prostu lepiej. 

Amazing Spider-Man (2012)

Dalej w zestawieniu jest marka, przy której zdecydowanie nie mogę rzucić drugiej odsłony - to właśnie pierwszy Amazing Spider-Man z Andrew Garfieldem był tym lepszym i właściwie nawet dziś dobrze jest do niego wrócić. To chyba ten aktor, który z całej trójki wcielających się w Pajączka w XXI wieku, najbardziej przypominał mi komiksową wersję bohatera. I mam tu na myśli nie tylko wygląd, ale także przekomiczny charakter. 

X-Men: First Class (2011)

Powrót do marki po latach i prezentacja genezy kultowej dziś grupy X-Menów. Jak wyszło? Fantastycznie! W dużej mierze dzięki fenomenalnej grze aktorskiej wielu zatrudnionych osób. Na ekranie mogliśmy oglądać przecież Jamesa McAvoya, Michaela Fassbendera, Jennifer Lawrence czy choćby Rosę Byrne. Jakby tego było mało, twórcy z ogromnym szacunkiem podeszli do materiału źródłowego, co mogło wyjść tylko na dobre. I tak też było. 

X-Men: Days Of Future Past (2014)

Bryan Singer w najwyższej formie! Ten film stanowił coś na wzór małego „No Way Home”, gdzie postawiono na dwie generacje X-Menów, których znamy z filmów. I wyszło to naprawdę świetnie! Całość oglądało się bardzo dobrze i do dziś jest to prawdopodobnie najlepsza pozycja o grupie mutantów. Choćby z tego względu warto dać jej szansę (ale najpierw X-Men: First Class). Trudno będzie to przebić, choć wszystko jest możliwe.

Spider-Man (2002)

Pierwszy film z Tobeyem Maguirem i jednocześnie pierwsza produkcja o Spider-Manie, która zadebiutowała w XXI wieku. Aż trudno sobie wyobrazić, że to już dwadzieścia lat. Sam co jakiś czas wracam do tej pozycji i za każdym razem udaje mi się wychwytywać kolejne smaczki, których wcześniej nie widziałem. Naprawdę udana adaptacja komiksów i dobry debiut Sama Raimiego z tą marką. 

Logan (2017)

To, jak ograno tę produkcję, powinno być opisywane w podręcznikach. Pamiętam, że w momencie debiutu „WandaVision” bardzo mocno rozpływano się nad tym, że „superbohaterstwo” jest zaledwie tłem do przedstawianych wydarzeń. Cóż, „Logan” zrobił to jako pierwszy. Bagaż emocjonalny, wydźwięk filmu oraz zabawa z widzem - wszystko stało tu na najwyższym poziomie i jest to produkcja, którą zwyczajnie trzeba poznać. 

Deadpool 1&2 (2016 i 2018)

Na drugim miejscu dwie pozycje - trudno było mi je rozdzielić, albowiem mam wrażenie, że były do siebie bardzo podobne pod względem jakości. Pierwsza miała ten element świeżości i zaskoczenia, a na korzyść drugiej wpływał fakt, że rozwijała wiele elementów. I tak, jak Ryan Reynolds nie sprawdził się w DC, tak w Marvelu był kapitalny. Można odnieść wrażenie, że to postać, do której grania się urodził. Dało to taką chemię, której próżno szukać w wielu innych dziełach. 

Spider-Man 2 (2004)

Jeszcze przed premierą „Spider-Man: No Way Home” dla wielu to właśnie ten film był najlepszą aktorską ekranizacją przygód Petera Parkera w historii kina. I pewnie było w tym sporo prawdy. Fenomenalna historia, znakomity antagonista (który przecież niedawno powrócił) i tempo akcji, które sprawiało, że przez ponad dwie godziny trudno było choćby o chwilę nudy. Fantastyczna produkcja, po prostu.