Halo: Infinite - iluzja nieskończoności

Halo: Infinite - iluzja nieskończoności

Krzysztof Grabarczyk | 18.09.2021, 18:00

Dwadzieścia lat temu zupełnie nowy gracz na tworzącym się, dzisiejszym konsolowym rynku jednocześnie podważył i zdefiniował dwie rzeczy. Jeszcze przed 2000 rokiem zgodnie twierdzono, że gatunek strzelanin FPP rdzennie przynależy do kultury PC. Gdybym nagle sięgnął pamięcią wstecz, chociażby do czasów PSX-owej edycji Quake II, częściowo mógłbym się zgodzić z tym echem przeszłości. Nawet dwie już bardzo klasyczne i zarazem archaiczne odsłony Medal of Honor/Underground również próbowały przekonać graczy "krzyżakowym" sterowaniem. 

Naprzeciw wszystkiemu, pojawiła się największa dotychczasowa, stacjonarna platforma domowej rozrywki. Dla niejednego komentatora, swoisty "PC zamknięty w pudle". Z racji mocnej, technologicznej przewagi, klasyczny Xbox zdołał osiągać rzeczy o jakich nie mogła na poważnie myśleć konkurencja. Jestem zdania, że to mocno pokrzywdzony system. Nieuwolniona bestia, która ledwie przy kilku tytułach pokazuje swoje przysłowiowe "sto procent". Pojawił się jednak tytuł na zawsze nadający jej szczególnego znaczenia. Halo: Combat Evolved (2001, Bungie). Po równych dwóch dekadach, seria powraca w niemal pierwotnej stylistyce. Tym razem dla każdego członka współczesnej rodziny Xboxa. Dodajmy, rodziny tworzącej naturalny ekosystem, nie tylko ze względu na zielone barwy. Czy to jednak nie pewna przeszkoda na drodze jak najlepszej jakości? 

Absurdalny sukces

Halo Infinite - artworki

343 Industries spełniło powierzone zadanie. Po ukończeniu klasycznej trylogii, jeszcze gdy ojcowie marki sprawowali techniczno-artystyczną pieczę ciekawiły mnie dalsze losy Johna 117. 2012 rok okazał się lekkim przełomem dla kosmicznego uniwersum. Halo 4 zaprezentowało nie tyle genezę co ludzkie oblicze legendy amerykańskiego gamedevu nowego millenium. Chief z cięższym pancerzem w obliczu powstrzymania nieuniknionego odejścia Cortany funduje garść nowości. Ten kierunek obrany przez następców Bungie po prostu tak jakoś siadł mi bardziej. Część piąta z kolei stanowi jawne nawiązanie do stylu narracji Halo 2 (2004). Wcielamy się w kilku bohaterów, z różnych i nierzadko sprzecznych perspektyw. W końcu, 2020 rok przynosi spełnienie najskrytszych oczekiwań tradycjonalistów cyklu. Oto Halo: Infinite zaprezentowane podczas Xbox Games Showcase ponoć zawiodło. 

Twórcy tłumaczyli się z początku brakiem użycia odpowiedniego oświetlenia. Z mojej perspektywy, tutaj doszło do zbyt dosłownego przywiązania do Combat Evolved. Zarówno konstrukcja poziomów, feeria barw, majestatyczny pierścień Halo to ukłon w stronę klasyki. Niestety, jakość pozostawiła nieco do życzenia i pokaz ostatecznie zbojkotowano w licznych wpisach. W historii tej wielkiej marki była to jak dotąd jedyna taka sytuacja. Pytanie czy zawiniła ambicja studia czy może międzygeneracyjne przeznaczenie Halo: Infinite? Po licznej serii memów, sam Phil Spencer robił co mógł aby obrócić nieprzyjemną dla wizerunku Halo sytuację w lekki żart. Mówiono nawet o maskotce Xboxa. Publika wiedziała, że to pospolita dobra mina do złej gry. Skończyło się na nowym terminie premiery, lecz w kwestii marketingowej nie dało się powstrzymać kilku promocyjnych trybów. Nie zliczę zakupionych przeze mnie napojów Monster z reklamą gry. Na długo przed nią samą. Dla graczy i Microsoftu to nowa sytuacja. Decyzja nie mogła być inna. Szkoda, że po drodze nikt nie pomyślał o przekierowaniu dewelopingu wyłącznie dla Xbox Series X. Wprawdzie nie jest to mocna przeszkoda, lecz na pewno wymaga odpowiednich kompromisów. 

Oczywista kosmetyka wobec konsoli nowej generacji jest raczej marnym pocieszeniem dla oczu. Złośliwi powiedzą, że produkcja trafi do Xbox Game Pass, więc nie ma co narzekać. Jednak sukces Halo tkwi w dopracowaniu level-designu oraz satysfakcjonującej rozgrywki. 343 Industries koncepcyjnie wróciło do dziedzictwa Bungie, lecz przy tym zaniedbało rzeczy bardzo oczywiste. Nawet jeśli stylistyka jest hołdem wobec dwudziestoletniej tradycji, gracze nie wybaczają dzisiaj twórcom pomyłek. A wszyscy przywykliśmy do topowej jakości Halo. Infinite oznacza nieskończoność. W tym konkretnym przypadku trafia na potężne ograniczenia. Z produkcją najdłużej pozostaną fanatycy tutejszych sieciowych rozgrywek. Arenowe zmagania to wciąż deficytowy towar. Pierwszy pokaz Infinite to zatem krótka historia o tym, jak pozorny absurd obrócić w sukces. A przynajmniej próbować. 

Złamane obietnice?

Deweloper postanowił być uczciwy wobec fanów uniwersum. Latem 2020 roku mówiono o braku problemów z obecnością ikonicznego w świetle marki trybu kooperacji co najmniej dwóch graczy. To niemal stały element od początku istnienia uniwersum. Tymczasem twórcy w jednym z wywiadów oznajmili, że zawartość pojawi się w ciągu kilku miesięcy po oficjalnej premierze Halo: Infinite. Czy możemy tutaj zarzucić wprowadzenie odbiorcy w błąd? Pandemia ostatnimi czasy bywała skutecznym usprawiedliwieniem, lecz zbytnie naginanie faktów i mitów z czasem zahacza o szczyptę przesady. Esencją Halo była możliwość powtórnego ukończenia kampanii fabularnej z drugim graczem. Stało nią choćby ostatnie, Halo 5: Guardians. 343 Industries ewidentnie idzie w ślady dzisiejszego modelu konstruowania gier przez Bungie. Wzorem z Destiny, Infinite stanie się grą-usługą. Poza ambicją rozbudowy modułów sieciowych czy społecznościowych, tytuł pierwszy raz w długiej historii cyklu podążą drogą otwartego świata. Gdyby projekt koncentrował się wyłącznie na Xbox Series X kompromisy byłyby totalnie zbędne. A pomyślmy tylko jak piękny i hołdujący tradycję świat udałoby się stworzyć. 

Nie twierdzę, że deweloper nie osiągnie wyznaczonego celu, lecz międzygeneracyjność nie pomaga. Lekka fala krytyki wobec konkurencyjnego God of War: Ragnarok niech będzie skutecznym przykładem. Mniej więcej od Halo 4 kooperacja przestała mieć dla mnie osobisty priorytet z uwagi na bardziej filmową narrację w wykonaniu studia. Stąd Guardians od początku skupiało się na promocji wariantu kooperacji. Halo: Infinite wbrew wszystkiemu ma szansę zaoferować nieskończoność. Gra nie będzie kompletna na starcie, o czym 343 Industries postanowili uprzedzić. Uczciwość jest w cenie, o czym boleśnie przekonuje się CD Projekt usilnie starając odratować cyberpunkową utopię. Z różnym skutkiem. Rezygnacja z korytarzowego charakteru kampanii fabularnej zapewnie producentom możliwość względnego dodawania różnorakich atrakcji z czasem. Chociażby aktywności rodem z Destiny. Oby tylko nikt nie wpadł na pomysł zaszczepienia w grze konieczności grindu. Nie jestem przeciwnikiem gier stricte grinderskich, lecz do Halo średnio to pasuje. Otwarty świat jak najbardziej, jednak bez miliona do bólu powtarzalnych aktywności. Obawiam się, że jednak może dojść w tej kwestii do skutku. Obserwując widoczne postępy prac nachodzi mnie pewna myśl. 

Team mógłby zastosować staroszkolne metody level designu. Pamiętacie tendencję budowania potężnych obszarów, lecz przy totalnie wyzerowanej ikonizacji? Jednym z ostatnich przedstawicieli tego nurtu były dwie pierwsze części Darksiders. Takie również było pierwsze Halo. Dzisiaj wygląda to niczym marnotrawstwo przestrzeni do zagospodarowania, lecz były to czasy sprzed wszechobecnych sandboxów. Niezależnie od finalnej premierowej zawartości Infinite, czekam na wizję 343 Industries. Cross-genowość nasuwa obawy co do jakości, która zyskałaby dzięki wyłączności dla obecnej generacji Xbox, lecz Microsoft nie chce się bawić w podziały. Skoro właściciel marki przewiduje 10-letnie wsparcie projektu, doczekamy się solidnej poprawki dla Series X. Ten nadal jest uśpioną bestią, niczym jego klasyczny przodek. Pierwszego Xboxa mam po dziś dzień, wraz z Combat Evolved. Tradycyjna koncepcja Infinite oraz ostatni Xbox byłby cudownym powrotem do bogatej przeszłości grania.