Candyman (2021) – recenzja filmu [Forum Film Poland]. Powiedz pięć razy

Candyman (2021) – recenzja filmu [Forum Film Poland]. Powiedz pięć razy

Piotrek Kamiński | 26.08.2021, 21:00

Szukający inspiracji artysta poznaje legendę o Candymanie, demonie, który przyjdzie i zabije cię, jeśli wypowiesz jego imię pięć razy, stojąc przed lustrem. Kiedy w ramach żartu próbuje przywołać potwora, nic się nie dzieje, lecz już wkrótce wokół niego zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

Zdaje się, że ostatnie lata stanowią coś w rodzaju renesansu dla klasycznych slasherów. Wypuszczony w 2018 "Halloween" zebrał na tyle pozytywne opinie, że jeszcze w tym roku mamy dostać kontynuację pod strasznie głupim tytułem "Halloween zabija". W przyszłym roku do kin wchodzi piąta część "Krzyku" i mimo, że za kamerą nie stanie już Wes Craven, to chociaż scenariusz wciąż wyszedł spod pióra Kevina Williamsona, więc jest szansa, że będzie przynajmniej lepiej niż w serialu, którego trzy sezony zrealizowało MTV (chociaż ja tam go lubię). W trzecim sezonie pojawił się nawet Tony Todd jako tajemniczy mężczyzna z hakiem zamiast jednej dłoni. Brzmi znajomo? Nic dziwnego.

Candyman (2021) – recenzja filmu [Forum Film Poland]. Przed nim nie można uciec

Anthony McCoy (Yahya Abdul-Mateen II) żyje obecnie na garnuszku u swojej dziewczyny, Brianny ( Teyonah Parris). Z zawodu jest malarzem, lecz dawno już nie stworzył dzieła, które przykułoby uwagę tak widowni, jak i krytyków. Chciałby namalować obraz, który nawiązywałby w jakiś sposób do nierówności rasowych i ogólnie trudów, z jakimi mierzyć się musi czarna społeczność Chicago. Wyrusza więc szukać inspiracji do kompleksu mieszkaniowego dawniej znanego jako Cabrini-Green, gdzie jeden z miejscowych zapoznaje go z legendą o Candymanie, demonie pod postacią wysokiego, czarnego mężczyzny w płaszczu, z hakiem zamiast jednej dłoni. Tam gdzie on, zawsze blisko są i pszczoły, a przywołać go można wymawiając jego imię pięć razy, stojąc przed lustrem. Zaintrygowany Anthony próbuje przyzwać potwora, lecz nic się nie dzieje. Gryzie go natomiast pszczoła, a rana szybko zaczyna się paskudzić...

Candyman (2021) – recenzja filmu [Forum Film Poland]. Powiedz pięć razy

Fani oryginału zapewne kojarzą imię, a jeśli nie, to chociaż nazwisko głównego bohatera. To nie kto inny, a dorosła wersja małego dziecka, które Candyman próbował wykorzystać do swych celów w pierwszym filmie. Bo musisz wiedzieć, że nowy "Candyman", podobnie jak wspomniane wyżej "Halloween", kompletnie ignoruje wszystkie odsłony, które ukazały się po oryginale. Mamy więc do czynienia z bezpośrednią kontynuacją tamtej historii, choć od tamtych wydarzeń minęło już tyle lat, że obecni mieszkańcy Chicago mówią o nich w charakterze miejskiej legendy. Ciekawy to zabieg, ponieważ z jednej strony przypomina widzowi o tamtych wydarzeniach, z drugiej zasiewa ziarno niepewności w sercach widzów - a może nie istnieje żaden demon? Może to po prostu sposób ludzi na zracjonalizowanie sobie tak makabrycznych wydarzeń, bo przecież żaden człowiek nie dopuściłby się czegoś takiego. W nienachalny sposób pokazuje również jak z biegiem lat zmienia się optyka ludzi - jak, nawet niezamierzenie, nasze umysły zakłamują rzeczywistość, aby ją wybielić.

Candyman (2021) – recenzja filmu [Forum Film Poland]. Powtórz jego legendę innym

Reżyserka i jednocześnie scenarzystka, Nia DaCosta, doskonale bawi się formą i oczekiwaniami widza. Długi czas broni się przed jednoznaczną odpowiedzią, czy Candyman jest prawdziwy, czy nie. Najdawniejsze wydarzenia z historii demona oglądamy za sprawą szalenie klimatycznego teatru cieni, za który odpowiadała cała grupa kukiełkarzy. W intrygujący i nie opierający się na prostym wykorzystaniu klipów z oryginału sposób przypomina widzom, kim jest Candyman i co zrobił - lub też, co ludzie myślą, że zrobił. Kiedy w pierwszej, rozgrywającej się w przeszłości scenie widzimy jak Candyman wychodzi z dziury w ścianie (swoją drogą, niesamowicie klimatyczny, ale przy tym głupi widok, bo czemu ta dziura w ogóle tam jest i dlaczego nikt nie pomyślał żeby do niej zajrzeć, skoro szukają niebezpiecznego człowieka), nie mamy wątpliwości, że oto siły zła przedostały się do tego świata. Później historia zostaje dokończona i już aż tak pewni być nie możemy. Może mamy do czynienia z niewiarygodnym narratorem, a cały ten rozlew krwi da się wytłumaczyć w bardzo prosty, przyziemny wręcz sposób?

Drugim ciekawym zabiegiem jest wykorzystanie faktu, że Candyman ukazuje się swoim ofiarom w lustrze. W znacznej większości wszystkich ujęć występują tak zwykłe lustra, jak i wszelkiej maści inne obiekty, w których można się przejrzeć. Patrząc w ekran, często nie jesteśmy nawet świadomi, że gdzieś w którymś z tych odbić czai się wielka postać w żółtym płaszczu. Przynajmniej dopóki nie postanowi ruszyć się i wyjść z kadru. Dopiero wtedy do naszego mózgu dociera, co przez cały czas widział (później, kiedy już się do tego przyzwyczaimy, to wręcz frajda, szukać ukrytego gdzieś w kadrze Candymana). Do tego część z bardziej nacechowanych grozą scen przyjdzie nam oglądać właśnie w odbiciu zwierciadła - najczęściej jakiegoś małego, jak lusterko do makijażu. Dostrzeżenie czegokolwiek w tak małym przedmiocie jest praktycznie niemożliwe, co tylko potęguje uczucie napięcia, rosnącego w widzu.

Niestety, nie każda scena z udziałem Candymana ma tak samo mocny wydźwięk. Kiedy wydarzenia dzieją się wokół naszych bohaterów, lub ich bliskich, łatwo jest wczuć się w klimat i martwić o ich zdrowie/życie. Niezależnie od tego, czy ostatecznie dochodzi do konfrontacji z potworem, czy nie. Niestety, mimo że za scenariusz do filmu odpowiadają aż trzy osoby, nie udało się wypchać go samymi tylko istotnymi dla fabuły scenami. Przynajmniej dwa razy ciężko jest nie odnieść wrażenia, że twórcy serwują nam scenę gore tylko dlatego, że dawno już żadnej nie było i idą po linii najmniejszego oporu, wrzucając po prostu garść dzieciaków, którzy dla jaj postanawiają sprawdzić, co stanie się, gdy stanąć przed lustrem i powiedzieć "Candyman". Można by spróbować podciągnąć to pod chęć pokazania, że legenda raz jeszcze staje się żywa, ale brakuje choćby jednej sceny, która potwierdzałaby, że więcej i więcej ludzi w całym mieście ginie w tajemniczych okolicznościach. Całość wydaje się po prostu wyrwanym z szerszego kontekstu przerywnikiem, chwilą krwawego spektaklu, ku uciesze widowni.

Najnowsze wcielenie "Candymana" wypada zaskakująco dobrze jako film grozy, komentarz socjopolityczny, a miejscami nawet komedia. Strach, jak wiemy, jest czymś intymnie subiektywnym, więc nie mam zamiaru choćby próbować wmawiać komuś, że film jest, albo nie jest straszny. Widać, że kolejne sceny kręcone były z pomysłem i, że reżyserka wie jak przez długi czas budować klimat. Jeśli ktoś jest wrażliwy na tego typu zabiegi, to film powinien zrobić na nim wrażenie. Ci, którym horrory się już opatrzyły, powinni za to docenić pracę włożoną w samo budowanie klimatu. Grunt, że DaCosta nie idzie w banał i mierne próby straszenia widza nagłym wyskoczeniem kogoś zza kadru.  Jej ujęcia są odpowiednio długie, a kamera nigdy nie próbuje brać widza z zaskoczenia. Nowy "Candyman" powinien być nie lada gratką dla fanów, ale konstrukcja scenariusza sprawia, że i osoby zupełnie niezaznajomione z tematem powinny się dobrze bawić.

Atuty

  • Długie, klimatyczne ujęcia;
  • Krwawy i obrzydliwy jak diabli;
  • Dobrze wykorzystany fakt, gdzie pojawia się Candyman;
  • Gościnny występ jednego aktora;
  • Historia przedstawiona za pomocą teatru cieni.

Wady

  • Kilka scen spokojnie można by wyciąć;
  • Zakończeniu brakuje trochę mocy (chociaż sam finał robi robotę).
Darek

Piotrek Kamiński

"Candyman" kontynuuje trend udanych sequeli starych horrorów, zapoczątkowany kilka lat temu i robi to z największą, jak dotąd, klasą. Świeżo, z poszanowaniem oryginału i jednocześnie poruszając istotne tematy.

8,0

Komentarze (29)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper