Dlaczego targowaliśmy się o każdego orena w Wiedźminie 3?

Dlaczego targowaliśmy się o każdego orena w Wiedźminie 3?

Mateusz Wróbel | 17.03.2021, 21:30

Targowanie się w Wiedźminie 3 to świetna sprawa - dlaczego? O tym w rozwinięciu!

O zadanym w tytule pytaniu można by się rozwodzić godzinami. Każdy z nas jest osobą, która do danych sytuacji podejdzie inaczej, niż jego rówieśnik - to tylko działa na naszą korzyść, bowiem gdyby każdy człowiek miał te same poglądy, a co ważniejsze, uwielbiał te same gry, co my, to świat byłby po prostu... nudny. A tego przecież nikt nie chce, nieprawdaż?

Nudno byłoby także w Wiedźminie 3, gdyby rodzimi twórcy nie zaoferowali targowania. Nie ulega wątpliwości, że niemalże każdy posiadacz tytułu CD Projekt RED brał udział w minimum jednym zleceniu - czy to tym skupiającym się na ubiciu potwora, czy też takim, w którym główną rolę odgrywali ludzie. Po zerwaniu kartki na tablicy ogłoszeń i zagadaniu - najczęściej - do wieśniaka, zawsze przychodził czas na dogadanie się w kwestii pieniężnej. Negocjacje w początkowej fazie rozgrywki były twarde, lecz z biegiem czasu stały się wręcz zabawnym elementem gry - dlaczego?.

Gdzie się podziały moje pieniądze?

Po pierwsze, każdy fan RPG-ów doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo ważna jest ekonomia w najbardziej rozbudowanym gatunku gier wideo. Na ruszt można tutaj wziąć chociażby Mass Effect 2, w którym zawsze brakowało odpowiedniej ilości funduszy, aby nabyć odpowiednie ulepszenia pancerza, tudzież statku kosmicznego. Nie inaczej jest w pozycji od Polaków, bowiem w niej bez grubej forsy często nie możemy pchnąć niektórych wątków do przodu. Jako przykład warto posłużyć się strażnikiem X, który przepuścić nas do miasta Y może jedynie wtedy, gdy go przekupimy lub zlokalizujemy, a następnie zabierzemy specjalny papier pozwalający nam swobodnie podróżować.

Dlatego też zabierając się za pierwsze zlecenia w Białym Sadzie tak ważne było, aby zdobyć jak najwięcej orenów. Zastrzyk gotówki płynął także z odsprzedawania zebranych itemów w trakcie eksploracji, lecz za nie - nie oszukujmy się - początkujący handlarze nie byli skorzy zbyt dużo płacić. A w sytuacji, gdy przypadkowo pozbyliśmy się przedmiotu, którego mieliśmy zamiar używać, to już w ogóle mogliśmy zapomnieć o grubej sakiewce, bowiem jego odkupienie zazwyczaj kosztowało pięć razy więcej niż sprzedaż. No ale na to cierpi niemalże każdy rozbudowany RPG.

Niestety, ale im dalej, tym łatwiej. Osobiście tylko w w Białym Sadzie (tamtejsi wieśniacy zostali naprawdę oskubani z pieniędzy, z czym nie czuję się dobrze) liczyłem każdego orena z nadzieją, że tysiąc monet wystarczy na podbój Velen. I wystarczyło, z palcem w tyłku. Wykonywanie zleceń i szybkie przeszukiwanie zwłok w kolejnym regionie było tak ekspresową maszynką do zarabiania kasy, że wchodząc do ekwipunku już nigdy nie patrzyłem, jak bogaty jest mój Rzeźnik z Blaviken, który bez żadnego problemu mógłby nabyć kilka prowincji. Nie oznacza to jednak, że zrezygnowałem z targowania się, co to to nie!

Biedni wieśniacy? Oskubmy ich!

W polskim Wiedźminie 3 było coś takiego, co zachęcało do skubania zleceniodawców z forsy, mimo tego, iż biło od nich biedą - smród unoszący się z ich zniszczonych zębów i niemytych od kilku miesięcy włosów było wręcz czuć zza monitora. Bezduszny Geralt nie miał skrupułów i każde obelgi w jego stronę, jak i wypełnione po brzegi sakiewki przyjmował z uśmiechem na twarzy. Trudno się temu dziwić, ponieważ jest to w końcu jego praca, dzięki której może podróżować po szlaku i wypić tyle kufli piwa w pobliskich tawernach, ile tylko mu się wymarzy. A ten, kto orenów od wieśniaków nie bierze, nie może nazywać się łowcą potworów. Jedna osoba z Velen przekonała się o tym na własnej skórze.

Do tej pory pamiętam jedno ze zleceń (co tylko potwierdza, jak świetną robotę wykonali tutaj pisarze questów), w którym mocno zdenerwowany sołtys pewnej wsi zaczął wyzywać Białego Wilka od najgorszych już przy pierwszym wymienieniu spojrzenia. Powód? Pomylił go z innym wiedźminem, który zarzekał się, iż nie weźmie żadnych pieniędzy od swojego zleceniodawcy pod jednym warunkiem - udostępni mu chatkę i zaoferuje jadło na minimum kilka dni. Sołtys też tak postąpił, a rzekomy łowca potworów (później okazało się, iż jest nim zwykły wieśniak) nawet nie zainteresował się hienami cmentarnymi znajdującymi się tuż obok wioski, bo jego celem od samego początku była córka zleceniodawcy, która w niespodziewany sposób straciła dziewictwo. Cóż, teraz przedstawiciel wsi będzie na pewno wiedział, że wiedźmini za darmo nie pracują.

Grosz do grosza

Trzeci powód, dla którego targowaliśmy się w Wiedźminie 3, to fakt, iż po prostu uwielbiamy to robić także w realnym życiu. Nie odkryję Ameryki mówiąc, iż rodzimi odbiorcy kochają brać udział w twardych negocjacjach, o ile tylko jest taka możliwość. Czy to w trakcie kupowania nowego samochodu (ci, którzy się w tym specjalizują, potrafią ugryźć nawet i parę tysięcy złotych, a te przecież piechotą nie chodzą), czy nawet pudełkowej wersji gry. W tym drugim przypadku można śmiało powiedzieć: grosz do grosza i po paru zakupionych tytułach kolejny mamy wręcz za darmo.

Tak też wyglądało to w wziętym na warsztat dzisiaj tytule - w jego przypadku także z dodatkowych, wytargowanych orenów mogliśmy w przyszłości kupić nowe miecze, zbroje, czy nawet kusze, a niektórzy mogli je nawet przeznaczyć na wyprawy do kurtyzany Katarzyny, nie czując przy tym zbyt dużej straty pieniędzy. Więc tak - i w realnym i w wirtualnym świecie warto się targować, bo to zawsze wyjdzie nam na dobre.