The Sinking City - wydawnicza wojna, kto wygra?

The Sinking City - wydawnicza wojna, kto wygra?

Krzysztof Grabarczyk | 04.03.2021, 22:30

W połowie 2019 roku wydano bardzo ciekawy, detektywistyczno - przygodowy tytuł osadzony w uniwersum H.P. Lovecrafta. Literatura przedstawiająca to co straszne i nieuniknione, od zawsze fascynowała czytelników oraz twórców jako możliwość własnej interpretacji tej mrocznej, przygnębiającej atmosfery. 

Ukraińskie studio Frogware zdecydowało się opracować grę, której tematyka podejmie się wizualizacji nurtu wypracowanego przez legendarnego autora. The Sinking City jest zdecydowanie pozycją o mniejszym budżecie, o czym świadczy nierówna jakość techniczna produkcji, lecz jako tytuł w pierwszej kolejności stawiający na szukanie poszlak w rozwiązywaniu spraw, sprawdza się zgodnie z założeniami gry detektywistycznej. A mimo tego, twórcy gry właśnie przekonują graczy, aby "nie kupować ich gry". Spór z wydawcą, firmą Nacon stał się obiektem ciekawej dyskusji w branży. 

Problematyczna konsolidacja

The Sinking City - wydawnicza wojna, kto wygra?

Gry to potężny biznes. Niezależnie od szerokości geograficznej na jakiej powstają, wiążą się z nimi często pokaźne sumy. Mniej więcej od połowy lat 80., tuż po wielkim krachu sektoru interaktywnej rozrywki. Za firmę, która stworzyła branżę gier powszechnie uważa się Atari. W historii stanowiła bodaj pierwszy podmiot wydawniczy, ustalając wewnętrzną hierarchię, która jest wypadkową pracy zespołu odpowiedzialnego za grę, działu marketingu oraz promocji. Do czego zmierzam? Przede wszystkim, w tej branży roi się od ludzi piastujących stanowiska, w dość pazernym stylu. Nie jest to oczywiście przyklepywanie takowej metki wszystkich wydawcom. Kiedy na jaw wychodzi konflikt na stopie studio - wydawca, często jednoznacznie określić, która ze stron ma większą słuszność. 

Z reguły jednak, wszyscy jesteśmy bardziej przychylni deweloperom, którzy ciężko pracując, starają się dostarczyć produkt zgodny z oczekiwaniami. Wydawca to podmiot z góry skazany na wizerunkową porażkę, przynajmniej w oczach odbiorców. W tym przypadku jednak, twórcy mają słuszność. Nacon, które stanowi efekt konsolidacji dawnego BigBen Interactivie, znanego z produkcji urządzeń peryferyjnych i akcesoriów do konsol, zostało oficjalnym wydawcą The Sinking City. Sam kiedyś grałem na padach sygnowanych logiem tej firmy, konkretniej, ich autorskich kontrolerów do Nintendo GameCube. Początki istnienia BigBen Interactive według źródeł opiewają na 1981 rok. Pierwsze kroki w branży stawiali we współpracy z Segą podczas wypuszczania dodatkowych akcesoriów dla konsoli Dreamcast. Rok 2002 to również ich wydawniczy debiut, którym okazało się Evil Twin: Cyprien's Chronicles

Firma odpowiada za wydanie sporej liczby gier, na niemal wszystkie platformy jakie od tamtej pory trafiły na rynek. BigBen Interactive było filią należącą do Bigben Group, podobnie jak będąca pod nadzorem grupy firma Nacon. 11 lutego, 2020 roku macierzysta firma ogłosiła fuzję obu podmiotów, pod wspólną nazwą Nacon. Jak na ironię, od tego momentu napięta sytuacja między Frogware a wydawcą zaczynała osiągać punkt kulminacyjny. 

Próg zaufania

The Sinking City - wydawnicza wojna, kto wygra?

Nie jestem osobą pracującą typowo w branży gier od przysłowiowej "kuchni". Nigdy nie miałem bezpośredniej styczności z segmentem wydawniczym, więc nie do końca znam na się wszelkiego rodzaju prawnych regulacjach w tym zakresie. Całą sprawę poruszyło Frogware, które na tle sporu jest zdecydowanie stroną poszkodowaną. Mowa o ingerencji ze strony wydawcy, który bez porozumienia z twórcami, dokonał zmian w kodzie gry. Nie jest to rzecz jasna jedyny powód oburzenia Frogware. Tych jest więcej. w przygotowanym dla społeczności otwartym liście, autorzy sugerują liczne problemy napotykane podczas współpracy z Nacon. Umowę na mocy licencji zawarto w 2017 roku, wówczas projekt znajdował się od dwóch lat w aktywnej produkcji.

W ramach wsparcia finansowego ze strony wydawcy, Frogware zaoferowało możliwość sprzedaży gry z ramienia Nacon na czterech platformach dystrybucji. Sklepy PlayStation, Xbox oraz Steam, zaś na końcu, Epic Games Store. Własność intelektualna Frogware nadal miała pozostać nienaruszona. Studio w ramach zawartego porozumienia, miało uzyskać gwarancję własności tworzonych gier oraz kwestii licencyjnej. Od chwili rozpoczęcia współpracy, problemom nie było końca. Oczywiście na stopie finansowej, jak zawsze. Doszło więc do typowego konfliktu interesów. Studio zamiast uzyskać niezbędne wsparcie, borykało się z celowym opóźnianiem regulacji finansowych od Nacon. To smutne, że producent ambitnej gry napotykał tak wiele utrudnień aby pomyślnie ukończyć projekt. Sinking City, choć tworzone jako gra kategorii AA, oferuje ciekawy klimat i rozgrywkę.

Tymczasem stosowne przelewy za dotrzymywanie terminów przez Frogware pojawiały się z przeszło 40-dniowym opóźnieniem. Można się tylko domyślać z jak lekceważącym podejściem mamy do czynienia. Kilkukrotnie studio było zmuszone do wystawienia stosownego pisma w kierunku Nacon. Tym bardziej, ekipie należy się szacunek za ukończenie naprawdę dobrej gry, pomimo tak wielu przeszkód. Na domiar złego, wydawca postanowił zakupić inne studio zajmujące się również produkcją pozycji opartej o uniwersum Lovecrafta. Frogware miało udostępnić na żądanie kod źródłowy The Sinking City, czego oczywiście nie uczyniło. W ramach odmowy, Nacon wstrzymało wypłaty na ponad cztery miesiące. Sytuacja wręcz patologiczna i kolejna kłoda pod nogi słabszego finansowo dewelopera. 

Bezgraniczna pazerność

Mimo wszystko, Frogware udało się ukończyć The Sinking City. Podczas premiery gry nikt nie zdawał sobie sprawy, z jakim ciężarem emocjonalnym borykali się szefowie i pracownicy studia. Każdy finansowy cios wydawcy z pewnością odbijał się na nerwowej atmosferze, a przecież tam pracują ludzie, mający na utrzymaniu rodziny, po kilkanaście godzin w okresie crunchu. To rzecz jasna, nie koniec tej smutnej historii. Studio nie miało wglądu na umowy sprzedażowe zawarte ze sklepami. Co oznacza, że nie mogli do końca przewidzieć, jaki będzie finalny próg sprzedaży. Jedynie kontrakty z Epic Games Store dawały gwarancję podglądu wyników finansowych gry. Po premierze gry, zespół otrzymał stosowne pismo, w którym wydawca sugerował brak zysków na rzecz studia, ponieważ gra nie ukazała się w terminie. Czy można być bardziej bezczelnym? 

To mogło skończyć się tylko pozwem sądowym. Frogware rozpoczęło oficjalną walkę z wydawcą. Wojna trwa do dzisiaj. Warto jeszcze wspomnieć o usunięciu logo studia w niektórych fizycznych wydaniach gry, podobnie jak braku informacji o własności intelektualnej. Obecnie trwa walka o zaległy milion euro, które winny jest pokryć wydawca. Oprócz tego, edycja gry jaka ukazała się ostatnio za pośrednictwem Steam, jest inna niż ta zatwierdzona przez studio. Deweloperzy nawołują aby nie kupować ich gry, ponieważ dokonano w niej "infiltracji". Na oficjalnej stronie można znaleźć informację o kanale dystrybucji pecetowej wersji gry, która należy do samych twórców. 

Swoją drogą, ciekawe jak niekompetentne osoby zostały oddelegowane w szeregach Nacon aby zajmować się "współpracą" z Nacon. Zupełnie jak bezduszni inwestorzy, którzy bardzo przedmiotowo traktują słabsze finansowo zespoły, często stawiające na jedną kartę. Czy Frogware uda się ostatecznie wywalczyć swoje należności? Być może tego typu sprawy ciągną się latami, lecz tyle trwa przecież produkcja dobrej gry. Twórcy nie zamierzają odpuścić. Pozostaje kibicować na drodze wygrania sprawy, z pozoru oczywistej - wydawca zlekceważył ambicje deweloperów oraz szacunek. To najbardziej karygodna z praktyk. A jak wiadomo, karma lubi wracać. Plus całej tej sytuacji jest jeden - o grze zrobiło się głośno. 

cropper