Piotrek Kamiński Piotrek Kamiński 22.11.2021
Pogromcy duchów. Dziedzictwo (2021) - recenzja filmu [Sony Pictures]. Niby znowu to samo, ale... [spoilery]
1559V

Pogromcy duchów. Dziedzictwo (2021) - recenzja filmu [Sony Pictures]. Niby znowu to samo, ale... [spoilery]

Dawno porzucona córka otrzymuje stary dom w spadku po ojcu, Egonie Spenglerze, dawnym pogromcy duchów. Świat nie widział duchów od trzydziestu lat, lecz teraz nowe pokolenie musi stawić czoła starym problemom. Czy uda im się powtórzyć sukces dziadków?

"Ten film podzieli widzów", mówi chyba najbardziej oklepane powiedzenie w historii kinematografii, ale, kurde balans, pasuje do nowych Duchołapów jak ulał! Poszedłem na seans z siedmioletnim synem i żoną. Wszyscy bawiliśmy się doskonale - młody podskoczył parę razy w fotelu, my się śmialiśmy, a na koniec z oczu pociekło nawet kilka łez. Czysto rozrywkowo film po prostu działa, bez dwóch zdań. Reżyser, Jason Reitman (syn twórcy oryginału), do niemalże każdej sceny napchał tyle odniesień do oryginału ile tylko się dało. Są stare gadżety - nawet głupi papierek po czekoladzie, którą Venkman dał Egonowi w jedynce - odniesienia do postaci, ciuchy, powraca niemała część dawnej obsady. Fanserwis pełną gębą i tak jak nie widziałem w nim nic złego przy okazji "Przebudzenia mocy", tak nie mam z nim problemu i tutaj. Kręcąc kontynuację ukochanego przez masy hitu sprzed lat trzeba dać fanom poczuć, że to wciąż ten sam świat. Niestety jest i druga strona medalu. Ale to za chwilę.

Pogromcy duchów. Dziedzictwo (2021) - recenzja filmu [Sony Pictures]. Skoncentrowany, emocjonalny scenariusz

Rodzina Egona Spenglera nie ma lekko. Naukowiec był całkowicie pochłonięty pracą, więc nigdy nie było go w domu, a w późniejszych latach zupełnie odciął się od córki. A może ona odcięła się od niego? W każdym razie teraz, po jego śmierci, Callie (Carrie Coon) dostaje w spadku jego dom - rozpadającą się ruderę, w której nie ma najprawdopodobniej absolutnie nic o rzeczywistej wartości (poza tą sentymentalną). Ponieważ już od jakiegoś czasu boryka się z problemami finansowymi, jest niejako zmuszona zamieszkać na upadłej farmie ojca, na której i tak ponoć nigdy nic nie wyrosło. Jej syn, Vincent (Finn Wolfhard) nie jest z tego powodu zachwycony, bo musi zostawić całe swoje dotychczasowe życie żeby mieszkać w jakiejś zabitej dechami dziurze (ale z Wallmartem!), ale córka, Phoebe (Mckenna Grace) z zainteresowaniem odkrywa kolejne sekrety z życia dziadka, którego nigdy nie poznała. Dobrze, że chociaż udało jej się poznać dziwacznego, nastoletniego podcastera, o wdzięcznym imieniu... Podcast (Logan Kim). No dobra, tak naprawdę to tylko ksywka, ale nigdy nie dowiadujemy się, jak dzieciak naprawdę ma na imię, więc wiesz. Gorzej, że szkoła do której musi uczęszczać nie zachwyca poziomem, że tak to ujmę. 

Nauczyciel dyżurujący przez lato, pan Gooberson (Paul Rudd), nie jest zainteresowany przekazywaniem wiedzy dzieciom, które ma za raczej mało bystre, więc po prostu puszcza im stare horrory, a sam siedzi po prostu i czeka na koniec dnia. W międzyczasie Vincetowi wpada w oko młoda kelnerka z przydrożnego burger baru, Lucky (Celeste O'Connor), więc postanawia postarać się o pracę tam żeby może lepiej ją poznać. A mama ma gdzieś obok siebie kieliszek w niemalże każdej scenie, w której się pojawia. Wszystkie te przyziemne problemy przestaną jednak istnieć, kiedy Phoebe, Podcast i pan Gooberson przez przypadek uwolnią z pułapki na duchy demonicznego psa, który powinien wyglądać bardzo znajomo dla wszystkich fanów oryginału.

Pierwsze dwa akty nowych Pogromców Duchów, to zasadniczo po prostu odkrywanie kolejnych tajemnic dziadka i eksperymentowanie z technologią. Albo inaczej: bardzo wyraźne przygotowanie na finał, w którym wszystkie te elementy będą musiały zagrać razem, aby uratować świat. I trzeba przyznać, że Reitman (i współscenarzysta, Gil Kenan) przygotowali sobie grunt całkiem sprawnie. W zasadzie każda scena przybliża nas w jakiś sposób do finału. Mimo że film trwa lekko ponad dwie godziny, w scenariuszu nie ma miejsca na niepotrzebne zapchajdziury - od czasu do czasu zdarzy się stricte humorystyczny moment, jak znane ze zwiastuna mini piankusie, lecz zawsze jest to tylko mały element ważnej, większej sceny. Tempo nie zwalnia ani na moment i zanim widz się obejrzy, film jest już właściwie na samym finale. 

Niestety, cierpi na tym trochę charakteryzacja postaci, która w zasadzie nie istnieje ponad to, co wiemy o nich od samego początku. Callie jest samotną matką bez pieniędzy, lubi wypić i podoba jej się Paul Rudd (jak wszystkim samotnym matkom). Phoebe odziedziczyła po dziadku miłość do nauki i kompletny brak widocznych emocji, który dałoby się pewnie zaznaczyć gdzieś na spektrum autyzmu. Vincent jest nastolatkiem i kręcą go auta i dziewczyny. Gooberson jest nauczycielem fizyki i podniecał się Duchołapami, kiedy był mały. Tyle. Żadna z postaci nie ewoluuje w żaden sposób, nie ma niczego do zrobienia, nie mści się, nie realizuje żadnych postanowień. Z jednej strony sprawia to, że bohaterowie są trochę jednowymiarowi, z drugiej dokładnie tacy byli również i Venkman, Ray, Winston i Egon, więc można powiedzieć, że film po prostu hołduje oryginałowi i tak miało to wyglądać. Scenarzyści po prostu skupili się na wydarzeniach, a nie postaciach.

Pogromcy duchów. Dziedzictwo (2021) - recenzja filmu [Sony Pictures]. Z dziurami, które ubodą fanów

[spoilery dotyczące ostatniego aktu filmu]
Lekko płascy bohaterowie to jednak nie jedyny problem scenariusza "Pogromcy Duchów. Dziedzictwo". Najgorszym winowajcą jest pewnie boleśnie odtwórczy konflikt, opierający się w dużej mierze na elementach, które już znamy. Można niby powiedzieć, że to tylko kolejne odniesienia do oryginału, stworzone dla fanów, lecz byłoby to niedopowiedzenie. Jeśli uważasz, że Jar Jar Abrams przegiął z kopiowaniem oryginalnych "Gwiezdnych wojen" w siódmym epizodzie, lepiej nie podchodź nawet do nowych Duchołapów. 

Trzeci akt jest tak wyładowany echami jedynki, że pewnie dałoby się go przemontować tak, żeby go odtworzyć. To już nie jest mruganie do fanów, tylko bezczelne kopiowanie. Nie dało się stworzyć czegoś nowego? W zasadzie każdy pełnometrażowy film o pogromcach duchów jest kalką samego siebie. Zmieniają się pewne detale, ale to w kółko to samo. Jeśli napisanie zupełnie nowej historii w tym świecie jest niemożliwe, to może warto by przestać próbować? Dobrze, że przynajmniej na płaszczyźnie emocjonalnej dostajemy piękne zwieńczenie trylogii (bo film, bardzo słusznie, udaje, że wersja z Melissą McCarthy nigdy nie powstała). Szczerze mówiąc, nawet mimo wszystkich jego niedociągnięć, bawiłem się na dzisiejszym filmie bardzo dobrze. Byle tylko nie kręcili kolejnych części.

No i druga sprawa, czyli niedopieczone budowanie świata i dziwne zachowania postaci. Przez to pierwsze mam na myśli fakt, że znaczna część postaci w filmie zdaje się nie wierzyć w duchy, mimo że część z nich (na pewno mega nieproporcjonalnie niesympatyczny szeryf, grany przez Bokeema Woodbine'a) była już na świecie, kiedy oryginalni pogromcy duchów ratowali świat przed zagładą. W 2021 to powinien być istotny element książek do historii i szerokie zagadnienie na lekcjach fizyki, a nie jakiś tam mało wiarygodny mit. Z drugiej strony część postaci reaguje na zobaczenie ducha (albo inny dowód jego obecności) w sposób niemalże naturalny, co sugerowało by, że zdają sobie sprawę z faktu, że duchy istnieją. Tworzy to niepotrzebny chaos, wzmacniany tylko kolejnymi przykładami na przestrzeni całego filmu. Pod koniec filmu, który twórcy jak żywo zerżnęli z czwartego Harry'ego Pottera, na ekran raz jeszcze wkracza stara ekipa. Niby spoiler, ale przecież wiadomo było, że powrócą, już trailer zdawał się to potwierdzać. Ale dlaczego w ogóle postanowili się pojawić? Przyszli w strojach żeby uratować sytuację, ale nie mieli przecież plecaków, bo Egon ukradł je dawno temu. Ostatecznie znaleźli je (chyba) w samochodzie, ale przecież nie mogli się tego spodziewać. Jaki właściwie był plan? Fajna, grająca na strunach nostalgii scena, ale trochę bez sensu. Podobnie jak małe piankowe ludziki, o których juz wspominałem. Są urocze i zabawnie samobójcze, ale skąd się tam właściwie wzięły, jakie jest fabularne wytłumaczenie ich obecności?
[koniec spoilerów]

"Pogromcy Duchów. Dziedzictwo" są laurką dla fanów, złożoną przez fana oryginału i jednocześnie osobę związaną z oryginalnym filmem. Ale tylko tych, którzy faktycznie czekali na coś nowego i udanego w wykreowanym przez Ramisa, Aykroyda i Moranisa świecie. Bo ci zmanierowani, zniszczeni przez życie malkontenci (jak ja, zazwyczaj) stwierdzą, że to bezczelny, pozbawiony serca twór wielkiej korporacji i w porównaniu z oryginałem odpada jeszcze w przedbiegach. Jasne, kiedyś filmy kręciło się inaczej, na więcej można sobie było pozwolić, więc każda nowa wersja Duchołapów będzie czymś innym i pod pewnymi względami gorszym. Ale spójrz, jak mizernym żerowaniem na marce była wersja Paula Feiga z 2016 i doceń fakt, że ktoś faktycznie postarał się zrobić coś, co spodoba się fanom. Nie wyszło idealnie, ale to wciąż pełna serca laurka dla entuzjastów oryginału.

Tagi: ghostbusters afterlife opinia Pogromcy duchów dziedzictwo recenzja sony pictures

Pogromcy duchów. Dziedzictwo (2021) - recenzja, opinie o filmie [Sony Pictures]
  • + Czuć ducha oryginału;
  • + Masa oczek puszczonych w kierunku fanów;
  • + Zabawny w taki świadomie sztywny sposób;
  • + Mckenna Grace jest doskonała jako wnuczka Egona;
  • + Dobre tempo.
  • - Znowu to samo;
  • - Kilka dziwnych dziur w fabule i decyzji bohaterów;
  • - Płascy, szablonowi bohaterowie.
7.0
Piotrek Kamiński
Piotrek Kamiński "Pogromcy duchów. Dziedzictwo" to kontynuacja dosłownie niedoskonała. Posiada wszelkie elementy filmu bardzo dobrego, ale odtwórczy scenariusz i jego liczne niedopowiedzenia nie pozwalają jej wybić się ponad tłum. To wciąż dobra rozrywka dla całej rodziny, ale chciałoby się więcej.