Kanada chce ratować BioWare! Rząd utrze nosa EA i wpompuje miliardy dolarów?
Zamknięcie BioWare przez Electronic Arts odbiło się tak potężnym echem, że sprawa wylądowała na biurkach polityków. Kiedy z Edmonton popłynęła wiadomość o zwolnieniu wielu osób i pogrzebaniu legendarnego studia, w Kanadzie zawrzało.
Głos zabrał Avi Lewis z tamtejszej Nowej Partii Demokratycznej, który bez owijania w bawełnę skrytykował bezduszne korporacyjne mechanizmy. Polityk zaapelował wprost do władz federalnych, by te nie stały z boku i pomogły pracownikom odkupić studio z rąk EA, tworząc z niego w pełni niezależną firmę zarządzaną przez samych twórców.
Plan na papierze brzmi jak wymarzony scenariusz dla każdego gracza. Pomysł polega na tym, by kanadyjski rząd wyłożył publiczne wsparcie finansowe i umożliwił deweloperom przejęcie sterów we własnym domu. Lewis przekonuje, że to właśnie szeregowi pracownicy najlepiej wiedzą, jak robić świetne gry i jak kierować zespołem bez korporacyjnych nacisków z góry.
Zamiast patrzeć, jak kolejna ikona lokalnego sektora technologicznego znika z mapy po tym, jak wielki wydawca przeżuł ją i wypluł, państwo mogłoby pomóc uratować cenne miejsca pracy i unikalny dorobek kulturowy.
W rzeczywistości jednak cała ta akcja przypomina porywanie się z motyką na słońce. Przede wszystkim Electronic Arts wcale nie pali się do sprzedawania czegokolwiek, a już na pewno nikt nie wie, czy korporacja w ogóle zgodziłaby się oddać prawa do marek takich jak Mass Effect czy Dragon Age.
Bez tych dwóch uniwersów odkupienie samej nazwy i pustych biur w Edmonton mija się z celem, bo to właśnie te światy stanowiły prawdziwą wartość studia. Do tego dochodzą głosy podatników, którzy słusznie pytają, czy rząd powinien pompować miliony z budżetu w ratowanie prywatnej spółki z branży rozrywkowej.