Gracze skarżą się na kluczowy element Assassin's Creed. Od Black Flag został on "popsuty" do dzisiaj
Choć Assassin’s Creed 4: Black Flag powszechnie uznaje się za jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą odsłonę cyklu, to właśnie ta piracka przygoda pozostawiła po sobie dość kłopotliwe dziedzictwo.
Od premiery gry minęło już 13 lat, a fani wciąż wytykają Ubisoftowi błąd, który narodził się wraz z historią Edwarda Kenwaya. Chodzi o drastyczne obniżenie lotów w segmentach rozgrywających się w czasach współczesnych. O ile wcześniejsze części budowały intrygującą opowieść wokół Desmonda Milesa, o tyle Black Flag zamieniło ambitną narrację na rolę bezimiennego stażysty Abstergo, serwując nam nudny „symulator chodzenia” po biurze.
Ten trend bezdusznej współczesności stał się prawdziwą plagą, która zainfekowała kolejne części, takie jak Unity czy Syndicate, gdzie gracz stał się jedynie trybikiem w maszynie, pozbawionym twarzy i głosu. Nawet wprowadzenie Layli Hassan w nowszych, erpegowych odsłonach nie przywróciło tym fragmentom dawnego blasku - w Origins czy Valhalli wątek współczesny sprawiał wrażenie dopisanego na kolanie, a w najnowszych odsłonach po prostu... go nie było.
Ubisoft najwyraźniej stracił pomysł na to, jak połączyć historyczną fikcję z globalnym spiskiem w XXI wieku, co dla wielu weteranów serii jest sporym rozczarowaniem.
Obecnie, gdy na horyzoncie majaczy potwierdzony już remake zatytułowany Assassin’s Creed 4: Black Flag Resynced, plotki sugerują rozwiązanie radykalne: całkowite wycięcie fragmentów rozgrywających się poza Animusem. Byłby to ostateczny dowód na to, że deweloperzy uznali te sekcje za zbędny balast.
Szkoda, bo potencjał tkwiący w konflikcie Asasynów z Templariuszami w dzisiejszym świecie jest ogromny, ale od czasów Desmonda nikt nie potrafił go sensownie wykorzystać, zmieniając intrygujące przerywniki w irytującą konieczność, która tylko odrywa nas od ciekawej historii historycznej.