Netflix przejął HIT Disney+. Jedni chwalą, kolejni krytykują, a film rozbudowuje genialne uniwersum
Netflix kolejny raz rozwija swój katalog przez produkcję konkurencji. Dzisiaj na zainteresowanych czeka mocno kontrowersyjna opowieść z bogatego uniwersum.
Netflix na dobry początek tygodnia wykonuje całkiem przyjemny ruch. Platforma po raz kolejny rozbudowuje katalog o głośną propozycję konkurencji... i to taką, która potrafi rozpalić dyskusję do czerwoności, bo jedni ją kochają, a inni do dziś nie mogą wybaczyć twórcy tej historii.
Od dzisiaj na Netflix widzowie mogą odpalić film „Prometeusz”. Do tej pory ta opowieść była dostępna w Disney+, więc część osób pewnie nawet nie zauważyła jej „przesiadki” - a szkoda, bo to tytuł, który wciąż robi robotę, jeśli macie ochotę na sci-fi z mroczniejszym pazurem.
„Prometeusz” to amerykańsko-angielski horror science fiction z 2012 roku w reżyserii Ridleya Scotta, ze scenariuszem Damona Lindelofa i Jona Spaihtsa. Film miał pierwotnie być prequelem „Obcego” z 1979 roku, ale w trakcie prac twórcy odeszli od tego pomysłu - finalnie wydarzenia z „Prometeusza” tylko pośrednio nawiązują do postaci i fabuły klasyka, bardziej budując własną mitologię w tym samym świecie.
I właśnie dlatego „Prometeusz” tak mocno podzielił publikę. Film jest polecany przez 73% dziennikarzy i 68% widzów, ale wciąż nie brakuje głosów, że to „najgorszy projekt z uniwersum ‘Obcego’”... a z drugiej strony równie głośno wybrzmiewa narracja, że „to najlepsze, co mogło spotkać to IP”. Krytycy wypominali nielogiczne decyzje bohaterów, słabszy scenariusz, zmianę tonu serii czy kontrowersyjny wątek Davida, ale fani i część recenzentów kontrują: wizualnie to klasa premium, klimat jest gęsty, a podejście do uniwersum – unikalne i odważne.
Mimo wszystkich kontrowersji „Prometeusz” i tak wygenerował ponad 400 mln dolarów w kinach. To jeden z tych przypadków, gdzie opinie mogą się gryźć, internet może się kłócić latami, ale prawda jest prosta: ten film wciąż wraca jak bumerang, ilekroć pojawia się w dużym streamingu.