Brad Pitt znów wsiądzie do bolidu? Apple potwierdza, że powstaje sequel F1
Silniki jeszcze nie ostygły po zeszłorocznym szaleństwie, a Hollywood już szykuje się do kolejnego okrążenia. Po oszałamiającym sukcesie kasowym i artystycznym filmu „F1”, producent Jerry Bruckheimer oficjalnie potwierdził to, o czym plotkowano od miesięcy - trwają prace nad kontynuacją motoryzacyjnego hitu Apple.
Wiadomość ta spadła na fanów jak grom z jasnego nieba podczas tradycyjnego lunchu przed ceremonią rozdania Oscarów. Bruckheimer, pytany przez dziennikarzy o przyszłość projektu, uciął wszelkie spekulacje krótkim, ale znaczącym: „Pracujemy nad sequelem”. To naturalna konsekwencja wyników finansowych - „F1” zarobiło na świecie ponad 630 milionów dolarów, detronizując „World War” i stając się najbardziej dochodowym filmem w karierze Brada Pitta.
Decyzja o kontynuacji budzi jednak pewne kontrowersje w samym zespole twórców. Jeszcze niedawno Lewis Hamilton, siedmiokrotny mistrz świata i współproducent filmu, publicznie ostrzegał przed pośpiechem. Brytyjczyk podkreślał, że większość sequeli jest gorsza od oryginału i sugerował, aby pozwolić dziełu „odetchnąć”. Wygląda jednak na to, że presja ze strony studia, dla którego jest to największy kinowy sukces w historii, okazała się silniejsza.
Na ten moment szczegóły fabuły owiane są tajemnicą. Nie wiadomo, czy Brad Pitt ponownie wcieli się w rolę Sonny’ego Hayesa jako kierowca, czy może zobaczymy go w roli mentora lub szefa zespołu APXGP. Pewne jest natomiast, że poprzeczka zawieszona jest niezwykle wysoko. Pierwsza część nie tylko rozbiła bank, ale też walczy w tym roku o Oscara w kategorii Najlepszy Film, co dla kina sportowego jest ewenementem.
Dla Apple Original Films sequel „F1” to szansa na zbudowanie potężnej franczyzy, która może rywalizować z takimi gigantami jak „Top Gun”. Pytanie tylko, czy twórcy zdołają utrzymać ten sam poziom realizmu i adrenaliny, który zachwycił widzów na całym świecie, bez wpadania w pułapkę wtórności.