Avatar: Ogień i popiół mimo sukcesu notuje słabsze wyniki. Kolejne części zagrożone?
Cztery tygodnie od premiery nowej odsłony „Avatara” wystawiły twórcom rachunek zysków i strat. Mimo że „Avatar: Ogień i popiół” nadal generuje ogromne sumy, dane wskazują na niższe wpływy w porównaniu do poprzednich części serii.
Fani, krytycy, a przede wszystkim analitycy finansowi, z niepokojem obserwują trend spadkowy, który sugeruje, że magia Pandory może nie działać już tak magnetycznie na kinową publiczność jak dekadę temu.
James Cameron, znany z „łamania rekordów”, tym razem musi zmierzyć się z rzeczywistością malejącego zainteresowania sequelami. Pierwszy film był zjawiskiem bezprecedensowym, a „Istota wody” podtrzymał dynamikę. Obecna część, choć wizualnie oszałamiająca, notuje wolniejszy przyrost przychodów. Winne mogą być przesyt rynku oraz rosnąca konkurencja ze strony streamingowych gigantów, którzy skuteczne oduczyli widzów wychodzić z domów.
Porównując okres czterech tygodni, różnice w kasie są zauważalne. Wpływy są niższe niż u poprzedników, co jest sygnałem alarmowym dla studia 20th Century Studios. W erze inflacji i drogich biletów kinowych, widzowie stają się bardziej wybredni, wybierając tylko te tytuły, które gwarantują absolutnie wyjątkowe przeżycie. Czy nowy film Jamesa Camerona sprostał temu wymaganiu w stu procentach? Liczby sugerują pewne rozczarowanie skalą sukcesu.
Niemniej jednak, mówienie o porażce byłoby dużym nadużyciem. Wciąż mamy do czynienia z jedną z najbardziej kasowych produkcji roku, która zwróciła inwestycje i przyniosła zysk. Jednak dla projektu o budżecie rzędu setek milionów dolarów, „trochę mniej” niż rekord może być postrzegane jako kompromitacja w oczach inwestorów oczekujących nieustannego wzrostu.
Ostateczny rezultat zależy od tego, czy film utrzyma się na listach przebojów mimo nowości w kinach. Jedno jest pewne - era bezwarunkowego kultu Avatara powoli przechodzi do historii, zastąpiona przez chłodną kalkulację biznesową i liczbę sprzedanych biletów.