Recenzowałem grę, której nie mam (i co mi zrobicie?)
Cześć, czołem, hej, uszanowanie!
Nie bywam często po tej stronie barykady.
Zazwyczaj wygrywa brak czasu - zamiast pisać blogi, wolę po prostu grać... A czy wynika to też z moich umiejętności formatowania tekstu na tej stronie?
- Tak, zdecydowanie tak
Lubię jednak czasem zajrzeć i poczytać co inni skrobią. A skrobią dużo. I skrobią różnie.
Przeglądając więc ostatnio komentarze i blogi, złapałem się na jednej myśli: skąd ci wszyscy ludzie biorą na to czas? Serio.
Grają we wszystko, wszystko robią na 100%, a do tego siedzą 24/7 na portalu, opisując swoje wrażenia i tocząc niekończące się batalie w komentarzach...
I nie ukrywam - byłem pod wrażeniem.

Byłem pod wrażeniem do tego stopnia, że przez chwilę zacząłem się zastanawiać, czy moje życie wygląda tak, jak powinno...
No bo u mnie to wygląda prosto: praca, powrót do domu, trochę czasu z lubą, coś pogram i… dzień się kończy.
Koniec. Game over.
Więc albo żyję w jakiejś alternatywnej rzeczywistości....
Albo niektórzy faktycznie osiągnęli wyższy poziom egzystencji i odblokowali tryb „nieskończony czas + brak potrzeby pracy”
Zazdro...

Jeśli chodzi o same granie u mnie - nie narzekam.
Nawet jestem z siebie zadowolony.
Kupka wstydu co prawda rośnie w tempie, które zaczyna budzić spory respekt
(Gdybym na niej stanął, moglibyście zwiedzać moje nowo powstałe zakola gdzieś między Starfieldem a No Man’s Sky) - ale nowości staram się ogarniać na bieżąco.
Zbieram też fizyczne wydania - co miesiąc wpada kilka nowych lub starszych tytułów i zrobiła się z tego całkiem przyjemna zajawka.
Dobra… nie o tym miało być. (Ale pochwalę się, a co)

Wracając do fenomenu.
Mam wrażenie, że niektórzy użytkownicy tego portalu zaburzają czasoprzestrzeń.
I mówię to całkiem serio.
Bo wiecie, czas dla nich ewidentnie nie istnieje.
Grają we wszystko (bo potrafią skrytykować każdą grę, jaka tylko wyjdzie), mają każdy możliwy sprzęt, a czasami nawet potrafią wyrobić sobie opinię o grze, która… jeszcze nie miała premiery.
Podróże w czasie?
Bardzo możliwe.
Najlepsze jest jednak to, kiedy ktoś recenzuje grę, a potem zaglądasz na jego profil i… tej gry tam nie ma.
Magia? Ukryty tryb stealth? A może gra jest tak dobra, że sama się usuwa z biblioteki, żeby inne tytuły nie czuły się gorsze?

Nie wiem. Ale podziwiam.
Szczególnie było to widać przy okazji Starfielda.
Gra działała na niektórych jak płachta na byka - każdy miał coś do powiedzenia. KAŻDY.
A jednocześnie… nie każdy grał.
Ja akurat ograłem Starfielda na premierę i bawiłem się dobrze. Takie solidne 7-8/10 - nic, co zmienia życie, ale bardzo przyjemna przygoda.
I teraz najlepsze..
Czytając opinie w internecie, miałem momentami wrażenie, że mam jakąś chorobę...
Ludzie pisali, że czegoś w tej grze nie ma, w momencie gdy ja… właśnie na to patrzyłem na ekranie.
Więc albo:
- moja wyobraźnia weszła na poziom „tworzę content w locie”
- albo gra była tak słaba, że mózg zaczął mi ją sam naprawiać.
Trzeciej opcji nie widzę.

I to nie jest odosobniony przypadek
Podobne historie powtarzają się przy wielu premierach - szczególnie jeśli gra pochodzi z „tego” albo „tamtego” obozu.
Chociaż nie, przepraszam - obozów już przecież nie ma.
Teraz są po prostu „gry Microsoftu” Teraz się zgadza.
Więc koniec końców… trochę zazdroszczę.
Może powinienem rzucić granie w cholerę i też zacząć pisać opinie o grach, w które nie grałem?
- Brzmi jak plan.
Byłbym trochę jak prowadzący Top Gear bez prawa jazdy - ktoś, kto nigdy nie siedział za kierownicą, ale z pełnym przekonaniem recenzuje nowe Porsche na podstawie zdjęć i opisu kolegi.
Sensowne?
No pewnie.
Ale póki co chyba jednak zostanę przy swoim trybie: mniej pisania, więcej grania.
Może nie jestem mistrzem zarządzania czasem, może nie ogarniam wszystkiego naraz - ale przynajmniej wiem, w co faktycznie grałem.
A to w dzisiejszych czasach… wcale nie jest takie oczywiste.
Pozdrawiam serdecznie cieplutko wszystkich grających, niech Todd będzie z Wami