Recenzja MIO: Memories in Orbit oczami łowcy osiągnięć.
Moi drodzy dzisiaj wziąłem na warsztat bardzo fajnego indyczka. Metroidvania dla fanów, którzy ukończyli Hollow Knighta i szukają sensu w życiu. Ten tutaj tytuł Was zaspokoi i usatysfakcjonuje i nie tylko Was, oddanych fanów, ale też inne osoby które chcą po prostu pograć w ten gatunek. Zapraszam do recenzji.
Fabularnie i konstruktywnie jest bardzo dobrze, bowiem ta gra wyłamuje bariery skupiające się na dopingowaniu bohatera z biegiem czasu. Historia i fabuła gry skupia się na ratowaniu naszego świata. Statku kosmicznego, który słabnie wraz z naszą grą. Statek składa się z oczu, serca, realnego kręgosłupa i to naszym zadaniem, jako iskierki, jest żeby przejąć ostatnie drgania tych ważnych organów zwanych potocznie "głosem" i z tą siłą móc wreszcie odnaleźć idealną planetę zwaną "ziemią obiecaną", czyli czymś co od epok próbuje uzyskać ów okręt.
Czym jest zatem słabnięcie statku kosmicznego wraz z grą. Otóż tym się wybija ta metroidvania, że nie stajemy się silniejsi z biegiem gry i czasu. Tutaj wraz ze statkiem umieramy też my, więc nagle, losowo, ubywa nam życia. Nasza iskierka nagle w losowym momencie pada i traci jeden punkt życia dosłownie tak jak po mocno zakrapianej imprezie. Tyle, że jest to uzasadnione fabularnie. Umiera cały statek, pokład a więc dosłownie wszyscy, którzy tam egzystują. Tak jak Ty tracisz punkty życia tak z Tobą tracą przeciwnicy, NPC czy nawet bossowie. Każdy z nich fabularnie z biegiem gry traci ułamek życia. Jest to smutne zjawisko, bo NPC z którymi przed chwilą rozmawiałeś faktycznie obumierają i z czasem spotykasz wyłącznie ich ciała, których nie da się uratować, ale musisz to zaakceptować.
Chwyta to za serce i samo to powinno dla wielu graczy być powodem pogrania w to metro, ale spójrzmy teraz surowo na technikę gry i to co ona reprezentuje nie tylko dla casuala, ale też wytrawnego gracza.
Casual ma do wyboru trzy asysty:
- odnawialny jeden punkt energii gdy stoisz na płaszczyźnie dłużej niż 10 sekund. (Jest to cholernie dobre rozwiązanie w przypadku etapów platformowo-zręcznościowych)
- boss Cię pamięta (boss z którym walczysz jest osłabiany przy każdej porażce)
- pacyfista (nikt Cię nie atakuje dopóki sam nie zaatakujesz)
Sam korzystałem z dwóch pierwszych. Nie mam takiej wyobraźni jak twórcy, którzy nie raz mnie zaskoczyli finezją w etapach platformowych. Iść sucho, bez odnawiajlnej energii to czysty hardcore. Zrobisz kilka błędów umierasz i zaczynasz przy punkcie zapisu. Mając ten jeden punkt energii wystarczy, że poczekasz i jedziesz dalej. Gra gloryfikuje Twoje stąpnięcia na płaszczyźnie i resetuje Cię w tym konkretnym miejscu gdy polegniesz a nie od checkpointu.
Co do pamięci bossów przydaje się to gdy nie jesteś darksoulsowym graczem czyli nie czujesz utraty czasu przy kolejnych porażkach. Przy każdej przegranej jest napis, że boss jest osłabiony co daje Ci znak, że kolejne walki powinny pokazać jakieś owoce.
Pacyfistę użyłem na końcu kiedy dobijałem ostatnie osiągnięcia i zwyczajnie nie chciałem by ktokolwiek mnie atakował.
Ta metroidvania jest o tyle fajna, że masz 3/4 mapy odkryte, pokonasz potencjanlego ostatniego bossa, ale to nie koniec. Jest cała masa obszaru do odkrycia korzystając z Twoich przyswojonych dotychczas umiejętności i jasne... jest jeszcze drugie zakończenie.
Sam do calaka potrzebowałem poradnika, map, wytycznych, ale nie było najgorzej. Wkurza jednak człowieka gdy ma zebrane czegoś 36/40 i szukaj wiatru w polu. Powinny się jednak ujawnić te miejsca już pod koniec gry, zbierania.
Samą grę oceniam na bardzo dobrą. Fabularnie z obumieraniem całego świata to majstersztyk. łza mi się ukręciła nie raz gdy pewien NPC nie żył.. choć rozmawiałem z nim parę minut temu o sprawach statku... Polecam dosłownie każdemu fanowi Hallow Knighta. Gra jest w Game Pass.
Gra posiala polską lokalizację (napisy).