Blog użytkownika Evo24

Evo24 Evo24 12.09.2020, 14:31
Muzykowo i krzykowo #2
655V

Muzykowo i krzykowo #2

Trochę czasu minęło od mojej małej odskoczn, a nazbierało mi się tyle nowych kawałków i albumów, więc w sumie czemu nie pisać o muzyce dalej? Miłego słuchania.

Asking Alexandria - The Black

  Mój pierwszy kontakt z Asking Alexandria był dość dziwny, gdyż trafiłem na jeden z utworów tego popowego albumu. Nie spodobał mi się, ale byłem ciekaw, jak ten zespół kiedyś brzmiał. Skacząc po piosenkach, zauważyłem, że w tych opublikowanych w 2015 roku jest inny głos. I faktycznie, w tamtym roku wokalistą był Denis Stoff, z którym wydano tylko jeden album. I co mogę o nim powiedzieć? Bardzo go lubię. Brzmieniowo jest w stylu starszych piosenek, choć zamiast elektroniki jest pianino i trochę spokojniejszego grania. Wokal spisuje się naprawdę dobrze. Chłop brzmi bardzo dobrze podczas czystych wokali i screamingu, lecz do growlu trzeba trochę przywyknąć. Ciekawe są za to teksty piosenek, które w dłużej mierze są skierowane do Danny'ego Worsnopa (pierwszego wokalisty). Najlepiej to widać w UNDIVIDED oraz Sometimes It Ends. Mimo to nie mogę się zbytnio przyczepić się do tego albumu z wyjątkiem ostatniej piosenki, której czegoś brakuje i zostawia niedosyt. Mimo to warto sprawdzić.

Ulubione kawałki: Let it Sleep, Sometimes It Ends, We'll Be Ok

Asking Alexandria - Stand Up and Scream

  Początek Asking Alexandrii nie zestarzał się nic a nic. Może nie dosłowny początek, bo był wcześniej inny zespół o tej samej nazwie, ale pierwszy z Dannym jako wokalistą. Odsłuchałem go wolnej nocy i jedno, co mi przyszło po przesłuchaniu to ,,Że co?! To już się skończyło?!". Nie żartuję. Ta płyta strasznie szybko mi zleciała, co nie oznacza, że jest zła. Jest naprawdę dobra. Danny spisuje się fantastycznie w swej krzykliwej i czystej formie. Gitary wpadają w ucho, perkusja jest po prostu w porządku. Elementy elektroniki (album jest połączeniem metalcore oraz electrocore) wypadają całkiem odświeżająco. Teksty są całkiem niezłe i jedno, co mogę zarzucić temu albumowi, to strasznie podobne do siebie utwory. Poza tym? Jest bardzo dobrze. Zdaję sobie również sprawę z tego, że ta AA już nie wróci, ale trochę szkoda, że czegoś takiego ponownie od nich nie dostaniemy. Gdyby tylko Danny nie uszkodził sobie gardła.

Ulubione kawałki: Final Episode, I Was Once, Possibly, Maybe, a Cowboy King, Hey There Mr. Brooks

Linkin Park - Minutes to Midnight

  Od tego albumu zaczęło się eksperymentowanie Linkin Park, które podzieliło podzieliło fanów. Inny nie mogli znieść, że zespół nie jest już nu-metalowy, a inni przyjęli tą zmianę. Ja sam należę do tej drugiej grupy i Minutes to Midnight zwyczajnie mi się podobało. Grupa z Shinodą i Benningtonem na czele dojrzeli pod kątem artystycznym, lecz nie oznacza to, że całkowicie zrezygnowali tu z metalu czy rocka. Mamy jeszcze dwa cięższe kawałki, a mianowicie Given Up (zawierające jeden z najdłuższych krzyków, jakich słyszałem od dawna) oraz No More Sorrow. Bardzo je lubię, jednak w tym albumie dużo bardziej wolę całą resztę. Dużo bardziej melodyjne brzmienie wgniata w fotel. Piosenki są dużo bardziej melancholijne i spokojne, choć gier gitar i perkusji nie brakuje. Idealnym przykładem jest znane fanom Transformers What I've Done. Czy warto sprawdzać ten album? Na pewno bardziej, niż to ,,coś" poniżej, ale odradzam osobom oczekującym wyłącznie metalu. Minutes to Midnight dalej potrafi zaoferować coś ciekawego.

Ulubione kawałki: Valentine's Day, What I've Done, Shadow of the Day

Linkin Park - One More Light

  One More Light było moim przekleństwem właściwie od premiery. Próbowałem dać temu albumowi szansę, głównie ze względu poziom tekstów pisanych przez Chestera oraz przez sam fakt, że to ostatni krążek Linkin Park z nim jako wokalistą. I przyznaję, w kilku momentach naprawdę chciałbym polubić One More Light, ale to prawdopodobnie najsłabszy krążek w całej dyskografii. Cały brzmi, jakby robił go dopiero raczkujący popowy zespół. I nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi mi o to, że to nie jest metal. Mogę polubić popowe piosenki, naprawdę. Problem leży w tym, że nawet i taką muzykę należy robić dobrze, a Linkin Park tego nie robi. Wokalnie co prawda dalej to wysoki poziom, ale wydaje mi się nie mieć w sobie żadnej mocy. Definitywnie Mike Shinoda wypadł zdecydowanie lepiej, gdyż jego rapy nie wypadły z formy. Co mnie bardzo wkurza, to te zmiany tonacji dźwięku na kreskówkowy i dziecięcy. Słyszałem to już tysiąc razy w wielu piosenkach i naprawdę ich nie cierpię. Posłuchacie Nobody Can Save Me to zrozumiecie, o czym mówię. Muzyka jest mdła, momentami nudna, gitary i perkusja wypadają tak sobie. Część piosenek wydaje się mieć zmarnowany potencjał. Tytułowe One More Light ma naprawdę poruszający tekst i jawnie kochałbym ten kawałek, gdyby był choć troszkę żywszy instrumentalnie. Good Godbye mógł być naprawdę dobrym kawałkiem, gdyby tylko nie postanowiono zaprosić innych muzyków, którzy nie dorównują Shinodzie w rapowaniu do pięt. Talking To Myself jest prawdopodobnie najlepszy na całej liście, ale jakoś super wybitny nie jest. Brzmi w porządku i to chyba jedyny rockowy utwór na płycie. Nie mam pojęcia, co strzeliło Chesterowi do głowy, że postanowił pójść w pop w taki sposób. Tekstowo naprawdę nie jest źle. Może trochę depresyjnie, ale dalej to solidny kawał pisania, tylko szkoda, że są wkomponowane w pop niskiej jakości. Nie wiem, czy to będzie obraźliwe, lecz wydaje mi się, że Amo od Bring Me The Horzion dużo lepiej ogarnęło stronę popową. Nie tylko teksty były dobre, ale i instrumentalnie były wykonane solidniej i wpadały w ucho (mocno krytykowane przez fanów Medicine długo siedziało mi w głowie). Tymczasem One More Light to po prostu popłuczyny po reszcie naprawdę dobrych albumów, gdzie tylko A Thousand Suns mnie nudziło. Jeśli kiedykolwiek Linkin Park powróci, a ma wrócić, to oby lepiej ogarnęli stronę popową lub udali się w lepiej znane im rejony, jak rock, elektronika czy nu-metal.

Ulubione kawałki: One More Light, Talking To Myself, Good Goodbye

Slipknot - Slipknot

  Slipknota chyba nie muszę przedstawiać. Wszyscy mogą kojarzyć ich przez maski noszone przez członków zespołu czy słynny mem pt. ,,People=shit"... swoją drogą niezła piosenka. Mój pierwszy kontakt z nimi był w sumie przypadkowy. Wracając z galerii z ojcem spytał się mnie, czego sobie słucham (byłem wtedy młodszy i słuchałem wyłącznie Linkin Park) i pokazał mi jedną z piosenek Slipknota. Teraz miałem okazję przesłuchać część nowych piosenek z nowego albumu (o nim będzie w następnym blogu) oraz ich pierwszy, który bardzo mi się spodobał. Definitywnie brzmi inaczej od późniejszych albumów (nie licząc lowy). Slipknot to po prostu heavy metal, a nie nu-metal, chociaż trochę tego nu zalatuje w takim Surfacing. Jest szorstko, niepokojąco głośnie i agresywnie. Gitary spisują się dobrze, ale perksuja... ta perkusja. Nie umiem opisać jej doskonałości, chociaż... trochę brakuje do Trivium z 2017 roku. Corey drze się niesamowicie, ale zdarzają się momenty, w których troszkę się uspokaja. A i tak przy okazji... Eyeless to dla mnie najlepsza piosenka Slipknota (change my mind). Z drugiej strony mamy takie Tattered & Torn, które instrumentalnie brzmi niepokojąco, ale również średniawo (a przynajmniej do czasu, gdy gitary i perkusja się rozkręcą). Mogę zaliczyć ten album jako pozycję obowiązkową.

Ulubione kawałki: Eyeless, Surfacing, Diluted

Suicide Silence - Rare Ass Shit

  W momencie pisania tego bloga Suicide Silence wydaje się być już lekko zapomniane przez ten okropny album z Tehee. W sumie nie dziwię się wydania tego małego arcydzieła. Co znajduje się w tej teczce ze starym i nieczytelnym logo? Ano... Mitch Lucker. Tak, nie usłyszymy w tym albumie żadnego krzyku Hermidy, tylko starego, dobrego Mitcha. Sam album to tak naprawdę zbiór niewydanych utworów, dem, wczesnych wersji znanych piosenek i cała EPka (nazwana po prostu Suicide Silence). Jest w niej wszystko, co zadowoli starszych fanów. Te niewydane utwory zawierają wokal nie tylko Luckera, ale i Tannera (drugi wokalista SS, nim odszedł w 2006), który spisuje się bardzo dobrze i szkoda, że tylko to po nim zostało. Jak reszta? Generalnie EPka jest świetna. Zalatuje trochę slamem i grindcorem, ale w tamtych czasach tym był deathcore, póki nie pojawiło się The Cleansing i inne dzieła. Ending is Beginning jest zdecydowanie na szczycie w tej kompilacji. Wczesne wersje No Pity For Coward, Unanswered czy Price of Beaty różnie się zdecydowanie od oryginałów. Są po prostu dopełnieniem EPki, która jest dzika i ostra jak nie wiem. Momentami mogą przebijać oryginał, ale to już kwestia gustu. Jedyne, co mi nie podeszło to same dema z jednego powodu. To jest po prostu grindcore, a tego czegoś po prostu nie cierpię. Aż takiej patoli nie słucham, a tutaj... nawet nie potrafię tego skomentować. Wszystko wydaje mi się zbyt szybkie, a wokale dziwaczne. Może głos Mitcha jeszcze w dniach chwały wydawał się nienaturalny, ale tutaj... po prostu nie jestem w stanie tego stwierdzić. Materiału jest mnóstwo, więc jeśli brakuje wam starego Suicide Silence i Luckera to radzę nadrabiać. Pozostali niech lepiej to pominą. Ja bawiłem się na tym albumie naprawdę dobrze oraz lubię poznawać wczesne życie lubianych przeze mnie zespołów, zatem wszystkie te dema, wczesne piosenki i nowe kawałki to coś dla mnie.

Ulubione kawałki: Ending is Beginning, No Pity For Coward (Pre-Pro), Swarm

Black Sabbath - Black Sabbath

  Z tego zespołu słyszałem już kilka piosenek, ale moim pierwszym albumem jest ich debiutancka płyta. Ta, w której stworzono taki gatunek metalu, jakim był doom metal. Co mogę tu powiedzieć (to tak ogólnie o zespole), to do głosu Ozzy'ego musiałem trochę się przyzwyczaić. Zawsze wydawało mi się, że ma zupełnie inny głos. W tym albumie słychać, że włożył w ten krążek mnóstwo wysiłku. Większość tych piosenek brzmi całkiem... uspokajająco. Dosłownie nie czułem się tak wychillowany podczas słuchania jakiegokolwiek rockowego/metalowego albumu. Zdarza mi się, że po ciężkim dniu odpalam sobie losowy utwór z tego albumu, rzucam się na łóżko i wypoczywam. Gitary i perkusja grają całkiem przyjemnie. Jedynym wyjątkiem jest utwór tytułowy płyty o tej samej nazwie... zespołu z tą samą nazwą. Śmiesznie się to pisze w wyszukiwarce. Piosenka ma bardzo niepokojącą, wręcz cmentarną atmosferę. Do tego ten tekst... po pierwszym odsłuchaniu zaniemówiłem oraz pokochałem Black Sabbath. Sam miałem mało do czynienia z doom metalem, ale teraz mam ochotę na sprawdzenie innych zespołów z tego gatunku. W tym krążku trochę zawiodłem się Sleeping Vilage, które na początku wydawało się być podobne do pierwszej piosenki, by stać się tym, czym jest cała reszta. Jeśli nie przeszkadza wam podobieństwo piosenek, to gorąco polecam.

Ulubione kawałki: Black Sabbath, Behind the Wall of Sleep, N.I.B.

Drag Me Out - Pressure

  Drag Me Out to nowy zespół drugiego wokalisty Asking Alexandrii, Denisa Stoffa. Na ten moment wydano jeden album, ale Ukraińczyk zapewnia, że następny pojawi się, gdy tylko sytuacja poprawi się na lepsze. Plus będzie znacznie cięższe, gdyż Pressure na pewno metalowe czy metalcore'owe nie jest. Jeśli kojarzycie gościa z AA oraz Make Me Famous i oczekujecie tego samego, to tu trochę się zawiedziecie. Pressure to w głównej mierze elektronika z domieszkami rocka. To coś w stylu That's the Spirit, ale moim zdaniem trochę lepsze i wpadające w ucho. Wokal jest bardzo przyjemny do słuchania, elektronika dobrze wykonana, bębny i gitara również są w porządku. Teksty mogą za to zalatywać trochę tym całym emo, zwłaszcza w I'm Sorry, ale tak bardzo nie kłuje w oczy, jeśli same piosenki się bronią. Dodatkowo uzależniłem się od It Was Easy. Nie mogę przestać tego słuchać. Ogólnie ten album można sobie odpalić podczas jazdy autem z rodzinką czy w czasie jakiejś pracy w domu. Dobrze się tego słucha i jakoś nie dezorientuje podczas pisania czy innych działań. Dodam od siebie, że puszczałem właśnie ten album najwięcej razy podczas pisania tego bloga. Czuć w tym zespole potencjał i mam nadzieję, że Denis nie rzuca słów na wiatr z kolejnym albumem. Ten koleś ma taki problem, że nie potrafi usiedzieć w jednym zespole na dłużej niż rok.

Ulubione kawałki: I'm Sorry, It Was Easy, Drag Me Out

Bring Me The Horizon - Count Your Blessings

  Jako że chcę mieć dyskografię BMTH za sobą, to przyszedł i czas odsłuchać tego cuda, a wiedzcie, że ich poprzedni deathcore'owy albumik bardzo mi się nie podobał. Tutaj jest jakby lepiej, a zwłaszcza gra gitar. Są takie mocne, nie wydają się zniekształcone, a breakdowny brzmia naprawdę super. Perkusja również jest na przyzwoitym poziomie... ale znów muszę przyczepić się do wokalu. Jest poprawa, definitywnie, jednak... ten album może być jednym z lepszych, jak wszyscy fani starszego BMTH mówią, lecz jako album deathcore"owy brzmi po prostu średnio, żeby nie powiedzieć słabo. Growl jest jeszcze spoko, ale dalej mu brakuje do bycia dobrym(całe szczęście się poprawił z czasem u Sykesa), a krzyki, chociaż nie dziwaczne, dalej potrafią być jakimiś popłuczynami. W porównaniu do konkurencji, to jest tutaj po prostu średnio. Jako BMTH? Pewnie, jest spoko, ale jako zwykł byt już niekoniecznie. Count Your Blessings jest u mnie na szczycie muzycznego Guilty Pleasure, bo dalej lubię go słuchać. Do tych krzyków można przywyknąć, gitary brzmią dobrze, a same kawałki mają kopa. Osobiście nie przepadam za Pray for Plagues (no i wymodlił te plagi) - nie cierpię go - chociaż doceniam za dziwaczny teledysk, zaś takie Tell Slater Not To Wash His D**k bardzo lubię, wraz z coverem Eyeless będącym moim pierwszym deathcore'owym utworem (plus to szczekanie w refrenie). W przypadku całej reszty to jedna połowa mi przypadła do gustu, a druga nie, choć i tak ją słucham. To dość dziwna bestia i jeżeli nie jesteście zagorzałymi fanami BMTH, to odradzam. Na swój gatunek jest po prostu średni, a w Deathcorze jest więcej wybitnych artystów z tamtego okresu, jak Whitechappel czy Suicide Silence

Ulubione kawałki: Tell Slater Not To Wash His D**k, Off the Heazy, Eyeless 

Bring Me The Horizon - There Is a Hell, Believe Me I've Seen It. There Is a Heaven, Let's Keep It a Secret

Ewidentnie kogoś pogięło z tą nazwą.

  Jawnie kocham ten album. Przez długi czas walczył u mnie o to, który krążek tego zespołu jest najlepszy. Osobiście uznaję za taki właśnie Sempiternal, ale There is a Hell jest zaraz za nim. Wokale są dużo lepsze niż w poprzednich albumach i nadal agresywne oraz ostre. Niestety ponownie muszę im coś zarzucić, ale to tylko drobnostka. Wydaje mi się screaming nie pasować w takich piosenkach, jak Don't Go, które jest spokojne i smutne. Growlu jest mało, ale sprawdza się w swoich momentach. Perkusja jest super, zaś gitarami nie mogę się zachwycić. Jednak najbardziej uwielbiam ten album za teksty. Są one o życiu z narkotykami, co najlepiej pokazuje It Never Ends, które jest moim ulubionym utworem BMTH w ogóle. Cały album jest strasznie depresyjny, przez co rzadko kiedy piosenki są grane na koncertach (jak wracają do starszego grania). Czuć to bardzo, ale w sumie nadaje to płycie charakteru. Za co jednak muszę skarcić There is a Hell to utwory są strasznie do siebie podobne, co najlepiej widać przy Anthem i Visions, pomimo bycia świetnymi. Mimo to lepiej nie przechodzić obojętnie obok ,,Tu jest Piekło. Widziałem je, uwierz mi". To bardzo dobry kawał metalcore'owego mięcha, który nie nudzi i zawiera w sobie głębszy przekaz, a nie tylko krzyki. Moim zdaniem kolejna pozycja obowiązkowa.

Ulubione kawałki: It Never Ends, Crucify Me, Alligator Blood

Tagi: muzyka

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +14 -

Oceń profil
+ +110 -
Evo24
Ranking: 301 Poziom: 56
PD: 23733
REPUTACJA: 6856