Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 12.03.2018, 08:06
Tomassowa Kronika Biegowa #2
163V

Tomassowa Kronika Biegowa #2

Każdy miesiąc przynosi nowe szanse i okazje do startów. Generalnie strasznie nie lubię biegać jak na dworze panują warunki dyktowane przez Dziadka Mroza. Trzeba się wtedy ubrać cieplej, co wiąże się z dłuższym czasem przygotowania do biegu. O jajka trzeba dbać. Muszą mieć odpowiednią temperaturę, żeby mogły w przyszłości przyczynić się do zapłodnienia jakiejś kokoszki.

Nie planowałem żadnego startu w lutym, ale gdy trafia się bieg na swoim podwórku, to nie ma zmiłuj. Choćby nie wiem jak było zimno, to i tak trzeba przywdziać biegowe ciżemki i wyruszyć na trasę ku czci i chwale Najjaśniejszej Gminy Środa Wielkopolska. Drugim powodem mojego ochoczego udziału w Trzecim Średzkim Biegu Pamięci Żołnierzy Niezłomnych był fakt, że bieg, dzięki wsparciu Gminy Środa Wielkopolska oraz Powiatowi Średzkiemu, był całkowicie darmowy. Pomimo braku opłaty startowej dla każdego uczestnika biegu przewidziany był pamiątkowy medal oraz porcja grochówki i ciepła herbata na mecie. Typowy Janusz. Jak dają, to się bierze, a jak biją spierdala.

Było to już moje trzecie podejście do udziału w tym cyklicznym wydarzeniu. Jak widać powiedzenie, że do trzech razy sztuka sprawdza się w życiu. Nie było mi dane wystartować w pierwszej edycji biegu, gdyż w tym samym czasie miałem w lutym 2016 roku nauki przedmałżeńskie, które w efekcie okazały się tak potrzebne, jak żydowi napletek, a muzułmaninowi stado świń. Do ślubu nie doszło, a mnie ominął fajny medal do kolekcji. W 2017 roku miałem mocne postanowienie startu w drugiej edycji. Nie dlatego, że jakoś bardzo utożsamiam się z ideologią żołnierzy wyklętych lub niezłomnych. Ich historia nie jest tak jednoznaczna, jak to prawa strona sceny politycznej i niedarzeni przeze mnie sympatią narodowcy próbuje nam przekazać. Było wśród nich dużo bohaterów, ale także dużo zbrodniarzy, którzy żałowali, że wojna dobiegła końca i nie będą już mogli bezkarnie mordować i rabować. W żadnej grupie społecznej nie ma samych dobrych ludzi.W każdej grupie są osoby pozbawione empatii i szacunku dla drugiego człowieka. Dlatego gloryfikować trzeba zachowania konkretnych ludzi i analogicznie piętnować jednostki, których zachowania były skandaliczne. Życie nie jest czarno - białe. Ma ono zdecydowanie wiele odcieni szarości. Tylko od naszych czynów zależy, w którą stronę palety barw zabrniemy.

Zamiast jednak wystartować w biegu w roku 2017 wybrałem randkę z zapoznaną w internecie Magdaleną. Pamiętam, że na miejsce spotkania wybrała genialną w smaku restaurację "La Calma" w Lesznie. Nie żałowałem, bo było fajnie. Wiedziałem, że jeszcze będzie mi dane wystartować w którejś tam edycji  Średzkiego Biegu Pamięci Żołnierzy Niezłomnych. Rzadko się mylę i tak też było w tym przypadku. Rok 2018 był dla mnie łaskawy i pozwolił mi wystartować w edycji oznaczonej numerem trzy.

Biuro zawodów mieściło się w restauracji "Max Marina" nad Średzkim Jeziorem. Numery startowe wydawały miłe panie będące sympatyczkami lub członkiniami sekcji biegowej klubu Polonia Środa. W "Max Marinie" jak zawsze było czysto, schludnie, ciepło i przyjaźnie. Jest to idealne zaplecze na organizację zawodów. Restauracja oferuje mnóstwo wygodnych miejsc do siedzenia oraz spory wybór ciepłych dań i napojów bezalkoholowych, jak i alkoholowych. Jest to jedyne miejsce w Środzie, gdzie można raczyć się każdym piwem z oferty Browaru Fortuna z pobliskiego Miłosławia. Uwielbiam ich trunki. Zwłaszcza ciemną Fortunę, która wygląda jak cola. Jest też słodka i niezwykle aromatyczna. Na letnie kulturalne znietrzeźwienie się pasuje jak ulał.

Start oraz meta biegu usytuowane były przed restauracją "Max Marina", która znajduje się vis-a-vis głównej plaży średzkiego kąpieliska, dzięki czemu biegacze mogli skorzystać z infrastruktury sanitarnej obiektu. Możliwość zrobienia siusiu i kupki przed biegiem jest dla biegacza bardzo ważne. Nikt nie lubi biegać z pełnym pęcherzem i balastem w jelitach, a bieganie w mokrych i pełnych fekaliów majtach to już w ogóle koniec świata! Chyba, że to kogoś kręci, więc zwracam honor.  

Podczas treningowego sprawdzenia trasy, które miało miejsce dwa tygodnie przed biegiem, narzekałem trochę na trasę. Wydawała mi się ona zbyt kręta i skomplikowana. Zdawało mi się, że biegacze pomylą się w gąszczu zakrętów.  Moje obawy okazały się bezpodstawne. Na trasie nikt się nie zgubił. Z moją orientacją w terenie nie jest najlepiej, czego dałem wyraz w styczniu w Puszczykowie, ale również i mnie nie udało się zgubić. Trochę szkoda, bo uczucie, gdy człowiek w końcu znajdzie właściwą drogę jest fanatyczne. Można je porównać do radości, jaką przejawia rozbitek na morzu na widok zbliżającego się okrętu. Nawet, gdy statek okaże się być we władaniu somalijskich piratów, to i tak radość na początku jest ogromna.

Oprócz tego, że trasa była kręta, to obfitowała również w liczne podbiegi, które sprawiały, że bieg nie był kaszką z mleczkiem (lubię czystą kaszkę bez syropu malinowego). Wyzwania to ja lubię, dlatego nie narzekałem. Każdy ciężki bieg wzmacnia nas i przygotowuje na kolejne wyzwanie. Mimo dużego mrozu niebiosa nad nami czuwały. Świeciło słoneczko, które trochę niwelowało skutki ujemnej temperatury. W tym miejscu muszę Was rozczarować, bo sam bieg był bez historii. Wpływ na to miała pewnie pogoda. Biegacze nie byli zbyt rozmowni. Nie dziwię się. Nikt nie lubi strzępić ryjka na zimnie. Ze mnie gaduła jest, więc nie mogłem się powstrzymać od kilku rozmów.

Zamieniłem parę zdań z kolegą po fachu Sylwestrem oraz z niedoszłym szwagrem Mariuszem, który ostatecznie na 8 km wyprzedził mnie, a ja nie byłem w stanie go dogonić pomimo spożycia kilku galaretek z kofeiną. Przyczyn mojej porażki dopatruję się w trzech aspektach. Po pierwsze primo moja niskokaloryczna dieta. Wiadomo, że bez paliwa daleko się nie zajedzie. Po drugie primo Mariusz zwany Kosą miał na sobie nowe ciżemki biegowe, a ja stare buty, które mają już kilka dziur, amortyzacja w nich nie istnieje, a swym wyglądem przypominają domowe znoszone bambosze dla nielubianych gości. Po trzecie primo Kosa był na dopingu. Dzień wcześniej doładował się czterema piwami i dwoma setkami. Udało mi się to info uzyskać od jego trenera personalnego. Nie było to łatwe i tanie zadanie. Krzysztof zgodził się jednak za 3 hot dogi z Orlenu z sosem tysiąca wysp zdradzić sekret treningowy Mariusza. Może kiedyś z niego skorzystam.

Czułem podczas biegu, że siła w nogach jest. Z powietrzem w płucach było gorzej. Z wolą walki kiepsko. Głowa za dużo myślała i blokowała ciało. Bieg ostatecznie ukończyłem z czasem 54 m 31 s. W zeszłym roku o tej samej porze byłby to wynik zbliżony do rekordu życiowego. Obecnie jest to średni wynik. Świadczy to tylko o tym, jaki progres zrobiłem w 2017 roku. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to na wiosnę przyjdą dobre wyniki, a sadełko odejdzie w zapomnienie. Dobre wyniki racz dać mi Panie, a od słodyczy uchowaj (na razie).

Najciekawszym momentem z całego biegu był start. Sygnał do rozpoczęcia zawodów dał wystrzał armatni. Machinę wojenną obsługiwał członek Bractwa Kurkowego. Start nastąpił tak szybko i niespodziewanie, że nie mieliśmy z Sylwkiem okazji zrobić sobie selfie. Moje fanki oraz wielbicielki mojej niespotykanej i zajebistej urody pragnę uspokoić... selfie zrobiłem sobie sam. Będziecie mieć zatem nowe fotki do wzdychania i podziwiania. Tomasz mądra głowa - myśli o wszystkim.

Po biegu, gdy już medal zawisł na mojej szyi od razu udałem się do restauracji, aby się trochę ogrzać i posilić grochówką. Na miejscu spotkałem sympatycznych biegaczy z Gniezna. Wymieniliśmy się opiniami o różnych biegach i życzyliśmy sobie udanych startów w 2018 roku. Na uwagę zasługuje fakt, że III Średzki Bieg Pamięci Żołnierzy Niezłomnych  przyciągnął do mojego ślicznego miasta wielu biegaczy z różnych miejscowości. Była to niewątpliwe bardzo dobra promocja dla Środy Wielkopolskiej, dla której dobra codziennie pracuję ściągając podatki. Polecam każdemu tę imprezę w przyszłym roku. Piszę to szczerze, a nie tylko dlatego, że nie robi się kupy do własnego gniazda. Gdyby nie było dobrze, to bym nie zachwalał. Nie lubię mówić źle o swoim mieście, ale jeśli trzeba, to nie ma zmiłuj.

Na koniec mała dykteryjka. Śmiać się można z wszystkiego i wszystkich, a zwłaszcza z ludzkiej głupoty, bo tę zawsze trzeba tępić. Ważne jest tylko, aby żarty były subtelne, a ich autor miał wyczucie dobrego smaku. Kiedyś, w bliżej nieokreślonej przeszłości, szefowa programu "informacyjnego" Wiadomości w reżimowej i do szpiku kości propagandowej telewizji publicznej Marzena Paczuska porównała "gwiazdy" disco polo do żołnierzy wyklętych. Chwaliła się, że dzięki mediom narodowym muzyka disco polo w końcu wyszła z cienia i przestała być wyśmiewana. Według tej pani "artyści" disco polo byli szykanowani, nie pozwalano im występować, a telewizje nie transmitowały koncertów wykonawców uwielbianych przez Polaków. Wszystko zmieniło się, gdy do władzy doszła dobra zmiana. Wyobraziłem sobie oto taką sytuację. Szykanowani "artyści" disco polo siedzą smutni w lesie. Nie mogą publicznie występować. Wiedzą, że ludzie kochają ich "muzykę", ale nie mogą dać swoim fanom radości, bo ściga ich wrogi aparat władzy. Jest wieczór. "Wyklęci" discopolowcy zgromadzili się wokół ogniska. Nagle Marcin Miller z zespołu "Boys" cichym i smutnym głosem zaczyna śpiewać a capella:

-„Niech żyje wolność, wolność i swoboda. Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda”.

Następuję chwila ciszy. Pozostała część zespołu "Boys" odpowiada śpiewająco swojemu liderowi:

-„Jesteś szalony mówię Ci. Zawsze nim byłeś. Przestań wreszcie śnić. Nie jesteś aniołem mówię Ci, jesteś szalony”.

Widać, że Marcina zabolały te słowa. Nagle zza krzaka wyłania się Zenek Martyniuk wracający z załatwiania fizjologicznej potrzeby. Zaczyna głośno śpiewać. Zwraca się do Marcina Millera tymi słowy:

-”To przez moje oczy zielone oszalałeś”.

Na to wszystko wchodzi Sławomir, który mówi, że napiłby się szampana, ale cały jego zapas wylał będąc na akcji dywersyjnej w Zakopanem.

Czekam kiedy jakiś młody i ambitny reżyser nakręci film o wyklętych "artystach" disco polo. Ze swojej strony obiecuję pomóc w tworzeniu scenariusza. Praw autorskich do powyższej sceny jestem w stanie zrzec się w każdej chwili. Tworzę przecież dla sztuki, a nie dla pieniędzy.

Drugi odcinek Tomassowej Kroniki Biegowej dobiegł końca. W marcu mam zaplanowane dwa starty, które oczywiście z wielką przyjemnością dla Was dokładnie opiszę.

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +9 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +98 -
Tomasso_34
Ranking: 136 Poziom: 63
PD: 31808
REPUTACJA: 17341