Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 28.11.2017, 12:34
Rybka musi pływać
377V

Rybka musi pływać

Rybka musi pływać. Niech Was ten tytuł nie zmyli.  Nie będzie to kolejny tekst o sporcie narodowym Polaków i o głównej rozrywce patologicznej części naszego społeczeństwa. W tytule piję do… będąc Polakiem jednak nie da się nie nawiązać do picia. Zacznę zatem jeszcze raz...

Tytuł nawiązuje do mojego znaku zodiaku. Urodziłem się na końcu lutego, a więc jestem zodiakalną rybą. Los bywa przewrotny i potrafi być zabawny. Rybka nie potrafi pływać. Ostatni raz samodzielnie dryfowałem w brzuchu mojej matki. Sytuacja nie posiadania umiejętności pływania przypomina mi moją sytuację zawodową. Pomimo braku prawa jazdy zajmuję się podatkiem od środków transportowych. Pan Bóg ma jednak poczucie humoru.

Wracając do pływania. Po 31 latach unikania wody i stąpania wyłącznie po suchym lądzie postanowiłem zostać wilkiem morskim. Nie wiem, czy wpływ na to miały wyczyny Jack’a Sparrow z ostatniej części „Piratów z Karaibów”, czy chęć walki ze swoimi słabościami i stawania się coraz lepszym człowiekiem. Mówiąc szczerze od jakiegoś już czasu irytowało mnie to, że nie potrafię pływać. Przez większą część swojego życia unikałem wyzwań i rozwiązywania problemów. Wolałem udawać, że wszystko jest ok. Ale tak nie było. Nigdy nie było wszystko ok. Jednak od pewnego czasu jestem innym człowiekiem. Staram się nie zamiatać problemów pod dywan tylko dzielnie stawiać im czoła. 

Fakt, że nie potrafię pływać doskwierał mi coraz bardziej. Zacząłem zazdrościć osobom, które świetnie się bawią w parkach wodnej rozrywki. Czułem, że omija mnie jakaś część życia. Czułem, że wegetuję, a nie żyję! Długo zbierałem się w sobie zanim zapisałem się na pierwszą lekcję pływania. Zawsze udawało mi się znaleźć jakąś wymówkę żeby nie rozpocząć kursu: a to nie mam czasu, bo biegam, a to basen za daleko lub po prostu zacznę od nowego roku. To były moje najczęstsze wymówki. Sytuacja zmieniła się diametralnie pewnego wrześniowego dnia.

Byłem wtedy w pracy. Akurat zmierzałem szybkim krokiem korytarzem w kierunku toalety, gdyż mózg informował mnie, że pęcherz przeholował z gromadzeniem w sobie płynów i należy go niezwłocznie opróżnić. Też tak macie, że w takich momentach ktoś lub coś akurat od Was chce? Człowiek zwyczajnie chce się kulturalnie odlać, ale nie może. W moim przypadku telefon przerwał mi wyprawę do pisuaru. Dzwonił kolega Tomasz. Specjalista wszelakich badań medycznych z wykorzystaniem promieniowania. Nie uwierzycie, ale chciał iść na basen! Pomyślałem sobie, że to znak od niebios żeby rybka nauczyła się pływać. Bez wahania się zgodziłem. Pozostało jeszcze tylko ustalić termin z jakimś ratownikiem, który zechce wziąć pod swoje skrzydła takiego niepływającego wieloryba jak ja. Moja podświadomość od razu podsunęła mi na myśl mojego ostatniego dietetyka i zarazem ratownika, kolegę z czasów LO - Michała. Nie zawiódł i podjął trud nauczenia mnie brykania w wodzie. Pierwsza lekcja miała się odbyć już za kilka dni - w najbliższy poniedziałek. Osoby zmartwione stanem mojego pęcherza informuję, że udało mi się dotrzeć do toalety w suchych portkach.

Przed pierwszą lekcją, o dziwo, nie czułem strachu tylko podekscytowanie jak przed długą podróżą. Kolega Tomasz przyjechał po mnie punktualnie i jego niemieckim kombi udaliśmy się na średzki basen. Plan był taki, że on sobie popływa spokojnie na jakimś wolnym torze, a ja z nauczycielem Michałem będę stawiał pierwsze kroki w wodzie. Uwielbiam kiedy wszystko idzie zgodnie z planem.

Wody od zawsze unikałem jak ognia. Przerażała mnie. Bałem się, że się utopię. Będąc nad morzem lub jeziorem co najwyżej zamoczyłem kostki lub kolana. Strach wzbudzała we mnie myśl, że stracę kontakt z gruntem. Nawet grając w gry na konsoli nie przepadałem za takimi, gdzie występowały etapy, które wymagały od nas pływania. Nie wiem, czy to jakiś lęk pierwotny człowieka, czy został mi on wpojony przez nadopiekuńczą matkę, która zawsze ostrzegała mnie żebym nie wchodził do wody, bo utonę. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zmarnowałem wiele lat. Nie mogłem już sobie pozwolić na kolejne marnotrawstwo czasu. Postanowiłem, że będę raz w tygodniu uczęszczał na lekcje pływania aż do momentu, gdy rybka w końcu zacznie pływać!

Gdy pierwszy raz wszedłem do basenu serce zaczęło szybciej bić. Poziom stresu podniósł się błyskawicznie, mimo tego, że był to płytki tor przeznaczony do nauki pływania. Woda zrobiła na mnie wrażenie. Człowiek wchodząc do basenu dostrzega, jak nie przystosowany jest do pływania. Jednak kiedy patrzy się na osoby pływające w stopniu dobrym dopiero widzi się jaki potencjał drzemie w ludzkiej naturze. Mimo tego, że jest on istotą lądową, to dzięki swojemu uporowi i zaparciu jest w stanie okiełznać nieprzyjazne mu środowisko. Położenie się na plecach i swobodne dryfowanie wymagało ode mnie solidnej dawki odwagi. Po chwili oporów zaufałem swojemu nauczycielowi i położyłem się na tafli wody. Było to dziwne uczucie. Zarazem stresujące i relaksujące. Stresowałem się, że się utopię, ale sam fakt przebywania w wodzie mnie uspokajał. Czułem się jak niemowlak przebywający w brzuchu matki. To uczucie sprawiło, że jeszcze bardziej zapragnąłem posiąść umiejętność pływania.

Dalej nie było już kolorowo i miło. Po tym kiedy nauczyłem się bezpiecznie stawać w basenie na nogach z pleców i brzucha, co nie przyszło mi łatwo, gdyż stres napina mięśnie, a to nie ułatwia żadnej aktywności fizycznej, nawet tej łóżkowej, przyszła pora na pierwsze zachłyśnięcie się wodą, pierwsze topienie się w basenie. Zaliczyłem swoją pierwszą akcję ratunkową. Szkoda, że byłem w roli topielca jednak to zawsze akcja ratunkowa, a fakt, że czytacie teraz o tym w tekście mojego autorstwa świadczy, że akcja zakończyła się powodzeniem. Rybka nie utopiła się. Nadal żyje i pisać będzie.

Pragnę jeszcze na chwilę powrócić do mojej pierwszej nieudanej próby utopienia się. Jakoś tak wyszło, że tak zwany "makaron", który ułatwia naukę pływania, wypadł mi z rąk. Okręciłem się nagle na bok i poszedłem na dno. Spanikowałem. Głowa poszła pod wodę. Odruchowo chciałem złapać oddech, ale że byłem pod wodą, to napiłem się jej. Chlor mi nie smakuje. Teraz to wiem na pewno. Byłem pod wodą dosłownie 2 sekundy, ale dla mnie to była cała wieczność. Nigdy w życiu nie czułem się tak bezradny. Desperacko chciałem złapać oddech i wydostać się na powierzchnię. To była krótka chwila, której nie zapomnę do końca swoich dni. Nigdy nie miałem w sobie takiej woli życia, jak w momencie kiedy się topiłem. Całe życie nie przeszło mi przed oczami, ale myślałem o tym, ile jeszcze życia przede mną. Ile jeszcze mogę osiągnąć. Nie mogę zginąć w tak głupi sposób. Kurwa! Mam jeszcze maraton do przebiegnięcia i triathlon do zaliczenia. Tyle podróży do odbycia. Tak wiele żarcia, którego jeszcze nie próbowałem. PS4 mam kupić na święta! Moment, w którym Michał mnie wyciągnął i powiedział: "Wracaj" zapamiętam na długo. To było jak dostanie drugiego życia. Dla mojego nauczyciela była to sytuacja rutynowa, ale dla mnie traumatyczne przeżycie, które nie zniechęciło mnie jednak do pływania. Ba! Zmotywowało mnie bardziej do nauki.

Wiecie jednak, co jest najgorsze w nauce pływania? Nie to, że można się utopić. Nie to, że można zginąć. Najgorsze jest to, że  desperacko próbujesz utrzymać się na powierzchni wody. Ledwo ci to wychodzi, ale jesteś z siebie dumny, aż tu nagle jakiś mały szczyl lat maksymalnie 9 przepływa obok ciebie z prędkością torpedy wystrzelonej przez radziecki atomowy okręt podwodny robiąc przy tym falę większą niż tsunami u brzegów Japonii. Wskutek całego tego zajścia tracisz koncentrację, nabierasz wody w usta. Desperacka próba utrzymania się na wodzie zamienia się w jeszcze bardziej desperacką próbę uniknięcia pójścia na dno. Mały gówniarz, jakby nigdy nic, odpływa sobie spokojnie dalej. Masz ochotę go zwymyślać od najgorszych, ale tłumisz w sobie nerwy. Wiesz, że kiedyś go dorwiesz na mieście i w bardziej dla ciebie komfortowym środowisku pokażesz mu kto tu rządzi. "Nu pagadi... mały szczylu"!

Na kolejnych lekcjach nauczyłem się robić wydechy pod wodą. Próbuję pływać z "makaronem". Ciężko mi to idzie, bo mam wadę postawy. Na powierzchni lądowej jakoś daje sobie radę, ale woda jest bezlitosna i piętnuje wszystkie nasze wady sylwetki. Mam problem z nabieraniem oddechu podczas wynurzeń. To wszystko przez stres, ale jest on z lekcji na lekcję coraz mniejszy. Nie poddaję się. Przebieram w wodzie girkami i jakoś posuwam się do przodu z treningu na trening. Progres jest mały, ale nie liczę na cuda. Nie pływałem przez 30 lat swojego życia, więc przez miesiąc się nie nauczę. Jestem dobrej myśli. Wierzę, że do lata nauczę się sunąć w wodzie. W końcu będę mógł bez większego stresu oglądać "Titanica" i śmiać się z Leo Dicaprio jaki z niego kiepski pływak. Będę mógł mu bez skrępowania powiedzieć: "Leonardo! Co Ty kurwa wiesz o pływaniu?! Ty jakaś kijanka jesteś. Nie to co ja... tygrys morski."

Tagi:

Oceń notkę
+ +14 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +99 -
Tomasso_34
Ranking: 141 Poziom: 62
PD: 30471
REPUTACJA: 17423