Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 24.09.2018, 09:07
Tomassowa Kronika Biegowa #19
110V

Tomassowa Kronika Biegowa #19

„Nic, co ludzkie, nie jest mi obce” - powiadał rzymski komediopisarz Terencjusz. Podczas mojej krótkiej, lecz ostatnimi czasy intensywnej, amatorskiej kariery biegowej zdarzało mi się borykać na trasach z różnymi problemami natury fizjologicznej.

Nie raz chciało mi się pić, a czasami nawet jeść. Zdarzało się odczuwać silne ciśnienie w pęcherzu lub nazbyt wzmożoną pracę jelit. Nigdy jednak nie miałem nudności, co zmieniło się na biegu w Miłosławiu. Ale to, czy zwymiotowałem na trasie, czy udało mi się pawia dowieść do mety przekonacie się pod koniec tekstu. Życzę miłej lektury. 

III Miłosław Biega Bieg Powstańca odbył się 2 września i kończył zmagania w ramach Grand Prix Powiatu Wrzesińskiego. W podróż do oddalonego niezbyt daleko Miłosławia wyruszyłem z kolegą z sekcji biegowej Grzegorzem. Wdzięczny mu jestem za okazanie dobrej woli i zabranie mnie na zawody. Na miejscu spotkaliśmy Łukasza i Magdalenę. Reprezentacja Polonii była zatem skromna, ale nie liczy się ilość, a jakość. Zawsze daję z siebie co najlepsze i ogólnie jestem boski, dlatego o jakość naszego występu w ogóle się nie bałem. Przygotowania do zawodów zaczęliśmy od wspólnego pamiątkowego zdjęcia, co by nasz kieras Leszek nie musiał wyzywać, że nie ma co do kroniki klubowej włożyć. 

Następnie przyszła pora na odbiór pakietów startowych. W biegu wziąć miała udział skromna liczba biegaczy (ok. 150 osób), dlatego nie spodziewałem się najmniejszego zamieszania w biurze zawodów. Pakiety udało nam się odebrać w bardzo sprawny sposób. Były one bogate. Jeśli wziąć pod uwagę, że kosztowały zaledwie 35 zł to można zaryzykować stwierdzenie, że były wręcz królewskiej jakości. No może trochę przesadzam, ale nie da się zaprzeczyć, że stosunek jakości do ceny był bardzo dobry. Każdy startujący zawodnik w swoim pakiecie znalazł batonik od Anny Lewandowskiej, piwo Miłosław z browaru Fortuna (niestety bezalkoholowe), mix zbóż ekspandowanych do chrupania, mały ręcznik do rąk oraz frotkę. Zważywszy na fakt, że na mecie na każdego biegacza, który ukończył zawody, czekała pieczona pyra z gzikiem oraz pajda chleba ze smalcem i ogórkiem kiszonym, to było to moim zdaniem najlepiej wydane 35 zł w życiu. 

Trzecia edycja biegu w Miłosławiu dostała w tym roku nazwę „Bieg powstańca”. Miało to na celu uczczenie 170 rocznicy bitwy pod Miłosławiem, która była największą bitwą Powstania Wielkopolskiego w 1848 roku będącego częścią ogólnopolskiego planu powstania narodowego w czasie europejskiej Wiosny Ludów. Bitwa z Prusakami okazała się dla Polaków zwycięska, ale owe zwycięstwo nie zostało przez Polaków wykorzystane operacyjnie. Miłosław został zdobyty, ale wskutek poniesionych strat w ludziach polskie oddziały nie były w stanie dogonić uciekających z miasta Prusaków. Sama bitwa oraz jej ofiary zostały upamiętnione przez umieszczenie na Grobie Nieznanego Żołnierza tablicy z napisem: ”MIŁOSŁAW 30 IV 1848”. Na numerze startowym umieszczono reprodukcję obrazu Juliusza Kossaka pt. „Bitwa pod Miłosławiem”. Ten sam motyw znalazł się na pamiątkowym medalu. Jest to znakomity przykład tego, jak kultura fizyczna może rozszerzać horyzonty oraz przyczyniać się do lepszego poznawania naszej historii. Przed zawodami w ogóle nie słyszałem o tej bitwie, a teraz mogę Wam choć parę zdań o niej opowiedzieć, aby kultywować pamięć naszych bohaterskich przodków. 

Zdarza mi się często narzekać na numery startowe, które przydziela mi organizator. Mam jakąś dziwną sympatię do liczb parzystych, tymczasem nader często przychodzi mi startować z numerem nieparzystym. Szczególną odrazą darzę „jedynkę”, gdy jest ostatnią cyfrą w numerze startowym. Zaburza mi ona moje oryginalne poczucie estetyki. Czy komuś może w ogóle podobać się liczba „261”, 591”, czy „731”? Chyba tylko jakimś niewrażliwym na piękno parzystych liczb psychopatom. Możecie mnie nie zrozumieć, zdaję sobie z tego sprawę, ale taki już jestem. Mnie się nie rozumie, mnie się po prostu lubi. Gdy w Miłosławiu ujrzałem, że po raz kolejny przyjdzie mi biegać z numerem kończącym się cyfrą jeden ogarnęła mnie delikatna wściekłość. Jednak po chwili namysłu uświadomiłem sobie, że liczba „21” jest całkiem spoko. To w końcu oczko! Składają się na nią trzy cyfry siedem, a jak wiadomo, to szczęśliwe cyfry. Czy zatem na biegu mogłem się spodziewać aż potrójnego szczęścia? Takie miałem przewidywania i chęci, ale wyszło trochę inaczej. 

Po krótkiej rozgrzewce przyszedł czas na start, który nastąpił prawie punktualnie, bo parę minut po godzinie 10.00. Dystans 10 km był cały czas nadal przede mną, ale nie robił on na mnie wielkiego wrażenia. Nie raz dawałem mu już radę. Na pierwszych metrach trasy towarzyszyły biegaczom dźwięki bijących dzwonów, które dobiegały z pobliskiego kościoła. Uznałem to za dobry znak. Niebiosa nad nami czuwały. Ale jak to zwykle bywa nie każdy na taką boską opiekę się załapał. 

Od początku postanowiłem sobie, że zacznę bieg powoli, aby potem przyśpieszyć. Zegarek ustawiłem sobie na 53 min, aby w zbliżonym do tego wyniku czasie ukończyć zawody. Początkowo szło mi bardzo dobrze. Czułem, że nogi niosą mimo delikatnego bólu ścięgna Achillesa w prawej nodze. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie silny i zimny wiatr, który wiał nam prosto w twarz. Wiedziałem, że szybko nie ustąpi i będę musiał się z nim zmagać przez całe 5 km, aż do momentu nawrotu na trasie i powrotu na metę. Jako, że nie umiem kontrolować warunków pogodowych, pozostało mi jedynie je zaakceptować. Zacisnąłem zęby i biegłem mocno przed siebie. Udało się dogonić Grzegorza, a nawet go na paręnaście metrów przegonić. Biegłem w założonym tempie i czułem, że dam radę je utrzymać do końca. Wtedy jednak nastąpiła nawrotka i wiatr, który do tej pory wiał mi w twarz i schładzał przed palącym jak wrzesień słońcem, zaczął wiać mi w plecy. Biegło mi się niby lżej, bo wiatr nie stawiał mi już oporu, a wręcz przeciwnie, pchał mnie w kierunku mety. Ale wtedy też słońce zaczęło mocniej świecić, a jego żar poczułem na swym ciele. I wtedy też wzięły mnie nudności. 

Napiszę to bez upiększania i kolorowania rzeczywistości... Zwyczajnie na 6 kilometrze zachciało mi się rzygać niemiłosiernie. Na początku myślałem, że było to spowodowane żelem energetycznym, który zjadłem ok. 10 min. wcześniej. Było to raczej mało prawdopodobne, bo był to żel, który stosuję już od ponad roku i nigdy mi jeszcze nie zaszkodził. Zacząłem analizować przyczyny moich nudności i doszedłem do wniosku, że ich powodem może być zbyt małe śniadanie, które zjadłem zbyt wcześnie rano, bo nagle strasznie zaczęło mnie ssać w żołądku. Ostatecznie uznałem jednak, że głównym winowajcą zaistniałego stanu rzeczy był silny i zimny wiatr, którego zwyczajnie się „nałykałem” i to on spowodował u mnie nudności. 

Aby nie wymiotować musiałem znacznie zwolnić. Wiedziałem, że zakładany czas ukończenia przed biegiem jest już nierealny do osiągnięcia. Pragnąłem jedynie dobiec do mety i puścić pawia. W miarę upływu czasu mój stan się poprawiał, ale nie był on idealny. Nudności raz się pojawiały, by po chwili zniknąć. Trwało to dobre 15 minut. Dopiero będąc na 8 kilometrze trasy nabrałem pewności, że jest ze mną i z moim żołądkiem lepiej. Delikatnie przyśpieszyłem, ale nie byłem w stanie powtórzyć tempa z pierwszej części dystansu. Gdy jednak zobaczyłem gdzieś w oddali metę załączył mi się instynkt do walki o jak najlepszy czas. Ostanie 600 metrów biegłem ile sił w nogach. Problemy żołądkowe całkowicie ustąpiły. Byłem dumny z siebie, że udało mi się przezwyciężyć zaistniałe trudności. To na pewno zaprocentuje na przyszłość. 

Bieg ukończyłem na 120 miejscu z czasem 56m07s. Nie był zły, gdy weźmie się pod uwagę moje niespodziewane nudności. Bieg można opisać żartobliwym hasłem: ”Wiater wiał, kwiaty pachły, ona mnie odepchła.” Owe hasło wymaga jednak pewnego wyjaśnienia, aby stało się jasne i klarowne. Wiecie, że wiatr wiał, bo o tym pisałem. Kwiaty nie pachniały, ale na wsi czuć było obornik, a dla niektórych osób stroniących od kąpieli to jedno i to samo. Żadna kobieta mnie nie odepchnęła, ale za to jakiś idiota podstawił nogę Łukaszowi, który wskutek czego cały się poobdzierał.

Tagi:

Oceń notkę
+ +10 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +99 -
Tomasso_34
Ranking: 136 Poziom: 62
PD: 31580
REPUTACJA: 17340