RetroSzmelc

polygonom i shaderom mówimy stanowcze "NIE"!

lghost lghost 01.11.2015, 16:33
Shadow Warrior (3D Realms, 1997)
472V

Shadow Warrior (3D Realms, 1997)

I znowu stary FPS, o którym napisałem zdecydowanie zbyt dużo słów. Tytuł pewnie fanom gatunku znany, ale warto przypomnieć sobie, dlaczego azjatycki kolega Duke Nukema dostał parę lat temu drugą szansę od warszawskich developerów. Banzai!

by polymental69

To był rok 1997, kiedy w wakacyjnym numerze CD-Action (tak, kiedyś w lecie był publikowany numer łączony) na płytce CD znalazłem demo tajemniczej gierki nazwanej Shadow Warrior. Krótka notka w menu płyty wspominała, że to produkcja dla fanów Duke Nukema, więc tym chętniej ją zainstalowałem, no bo kurczę blade, przecież jestem fanem Duke'a, odkąd tylko go zobaczyłem na wymiatajacym Pentium 166MHz kumpla. Demko rozpakowało się na twardziela się szybko, i w końcu moje 9-letnie oczęta ujrzały krwistoczerwony ekran, z ying-yang na środku, który po chwili został przecięty mieczem przez łysego, muskularnego koleżkę. Tak się zaczęła apokalipsa, a skończyło moje "sielskie, anielskie" dzieciństwo. Niczego nie żałuję.

Shadow Warrior tym się szczyci, że był ostatnim liczącym się na rynku DOSowym FPSem wydanym w roku, kiedy id kończyło prace nad Quake 2, a akceleratory graficzne dla komputerów przestawały się pokazywać w prasie jako ciekawostka dla bogaczy, a pożądane akcesorium dla poczciwego peceta. Epoka takich wynalazków, jak DOS4GW czy innych prób wyciśnięcia ostatnich soków z MS-DOSa kończyła się, robiąc miejsce dla "mulmimemialnych" produkcji następnej generacji.

Lo Wang jest wojownikiem cienia - klasą samą dla siebie pośród ninja. W przyszłości każda korporacja posiada na swych usługach takiego zawodnika - do cichego uciszania konkurencji i dbania o interesy firmy. Lo Wang pracuje dla Zilla Enterprises - ale już niedługo. Wielki Szef firmy zaczyna bawić się w czarną magię i planuje przejąć władzę nad światem przy pomocy przyzwanych demonów. Lo Wang nie może czegoś takiego zaakceptować, i jako człowiek honoru, odchodzi ze służby. To doprowadza zarząd Zilli do szału, i zleca demonicznym sługom pierwsze zadanie - zabić jednego człowieka... zabić Lo Wanga.

On sam raczej z trudem nadaje się na pozytywnego bohatera - z manuala wynika że to wiedziony kodeksem honorowym wojownik, w praktyce jednak wychodzi z niego rasistowska karykatura-amalgamat bohaterów filmów Johna Woo i Godfreya Ho (tak, wiem jakie tu nazwiska łączę, ma to sens!). Z jednej strony Lo Wang posługuje się równie sprawnie mieczem, co parą pistoletów maszynowych, granatnikiem czy artefaktami czarnej magii, z drugiej - rzucane przez niego na modłę Duke'a grepsy, wypowiadane z ciężkim, pseudoazjatyckim akcentem. Owszem, pomiędzy dziesiątkami one-linerów jest kilka faktycznie zabawnych, ale przyznam, że w pewnym momencie po prostu wyłączyłem w ogóle gadkę bohatera, by nie czuć się jak na planie miernego kabaretu. Ale wróćmy do gry.

Shadow Warrior to 22 poziomy azjatycko-mistycznego piekła. Pierwsze cztery etapy to zaledwie zwiastun tego, co się dzieje dalej - Lo Wang odwiedzi stację metra, skąd dojedzie do jednej z kopalni Zilla Ent., gdzie przy pomocy portalu trafi do siedziby swego mistrza Leapa, a stamtąd - w bardzo gorące podziemie zamieszkane przez demony. Właściwa kampania gry to następne 18 leveli które też rozpieszczają urozmaiceniem - mamy wioski z pagodami, tętniące życiem miasto stylizowane na Hong Kong, z mnóstwem barów i straganów, lotnisko (razem z katastrofą lotniczą), rafinerię paliw, azjatyckie wille, port marynarki wojennej, łaźnię i dziesiątki innych, ciekawych lokacji.

Przeciwko nam staje całkiem pokaźny garnitur sług Zilli. Na początku życie uprzykrzają nam szeregowi ninja, którzy swoimi uzi i okazyjnie rzuconym shurikenem stanowią zagrożenie tylko w grupie. Później pojawiają się ich bardziej wycwanieni koledzy, którzy potrafią sprzedać Lo Wangowi rakietkę, granacik, błyskdymkę, a najbardziej przerażająca ich odmiana używa kamuflażu oraz wali potężnymi salwami ognia. Często im towarzyszą zmutowani kulisy, którzy dźwigając skrzynie pełne dynamitu, biegną nam na spotkanie by radośnie wybuchnąć - zabierając najczęściej Lo Wanga ze sobą na tamten świat. A gdy się nie uda - pospiesznie wskrzeszony duch skutecznie uprzykrzy życie swoimi pociskami. Wciąż po demonicznej stronie armii Zilli, atakują nas rozpruwacze - gorylopodobne monstra, które wydając nieludzkie odgłosy skaczą po okolicy, by za chwilę znaleźć się przy Wangu i wyrwać mu serce. A żeby było śmieszniej, jest też ich większa i silniejsza odmiana, którą żeby powalić, potrzeba huraganowej siły ognia. W porównaniu z czymś takim skromny jaszczurzy wojownik z mieczem i ziejący ogniem z oczu nie robi wrażenia, tak samo jak skąpo odziana panienka z wężową paszczą i kuszą, którą potrafi się sprawnie posługiwać, tak samo jak przylepnymi bombami. A bossowie? Co powiecie na czterorękiego węża, posługującego się czarną magią? Albo ogromnego sumo, gdzie samo jego poruszanie się potrafi zabić Wanga? To i tak wszystko jest dziecinadą przy spotkaniu z samym Zillą - tu już pomoże tylko arsenał bezpośrednio importowany od armii.

Skoro już poruszyłem temat broni... zaczynamy z podstawowym wyposażeniem, w skład którego wchodzi miecz, który kilkoma cięciami potrafi pokroić na filety nawet bardzo silnych przeciwników. Do tego dostajemy zapas shurikenów - metalowych gwiazdek, które bardzo boleśnie wbijają się w tkankę miękką. Amatorzy bezpośrednich starć mogą zamienić miecz na gołe pięści, które stłuką szczęki każdemu frajerowi po korespondencyjnym kursie wojownika ninja. Po drodze wpadnie nam do łapek całkiem bogaty arsenał: automatyczna strzelba, której salwa nie raz uratuje życie; uzi, pojedyncze lub podwójne; wyrzutnia rakiet z trzema trybami strzału, w tym mini-pociskiem nuklearnym; granatnik, w sam raz do sprawdzania, kto się czai za węgłem; bomby samoprzylepne, które przyczepiają się do ciał prześladowców, by po chwili wybuchnąć (identycznie jak w Halo); rail gun, który niczym zabaweczka z "Egzekutora" ze Schwarzeneggerem, jednym strzałem kończy życie istot po drugiej stronie lufy; odcięty łeb jaszczurzego wojownika, który na trzy sposoby potrafi zionąć ogniem (coś podobnego było w Painkiller Overdose, nay?); i nareszcie, najobrzydliwsza broń wszechczasów - serce rozpruwacza, które bezlitośnie ściśnięte tworzy klona Lo Wanga, który od razu rzuca się do walki. Takie rzeczy tylko w starych FPSach.

Sam arsenał jednak może nie wystarczyć - co prawda AI potworów jest biedne, nadrabiają one liczebnością i siłą ognia. Dlatego wtedy warto rozejrzeć się za kolejną ciekawostką w SW - pojazdami! W wielu levelach można znaleźć rozmaite uzbrojone wehikuły, począwszy od motorówek po podnośniki dźwigowe (sic!) i czołg (sic!!!). Czasem też można znaleźć stacjonarne działko małego kalibru, raz też trafi się okazja użycia armaty na pancerniku - każda przewaga się przyda! A gdy w ogniu walki zabraknie czasu na takie rozwiązania, Lo Wang może użyć jednego z kilku gadżetów - różnych rodzajów granatów (gazowe, dymne i błyskdymki) czy przenośnych apteczek, noktowizor też się przyda do wyłapywania niewidzialnych ninja i duchów. Warto jednak pamiętać, że niektórzy ninja też mają dostęp do takich zabawek, a na wyższych poziomach trudności niektóre pomieszczenia są najeżone dodatkowymi pułapkami.

Engine Build3D zastosowany w SW to wersja bardziej zaawansowana niż w Duke3D - wspomniałem już o pojazdach którymi można kierować, a do nowinek trzeba jeszcze doliczyć voxelowe modele broni, przedmiotów i niektórych dekoracji w świecie gry (bardzo podobnie jak w Blood), deformowalne (w ograniczonym stopniu) powierzchnie, true-room-over-room i system portali (mocno oszukany), refleksywne podłogi, półprzezroczysta woda, obsługa trybu VESA dający rozdzielczość do 800x600 i finalnie - obsługę akceleratorów 3Dfx do wygładzania sprajtów.

Wydany w maju 1997 r. Shadow Warrior pozostał tytułem drugoligowym, jako produkt z odchodzącej do lamusa epoki. Już w grudniu id Software zaprezentowało Quake 2, a rok po premierze SW światło dzienne ujrzał Unreal - to tak w ramach skoku technologii. 3D Realms miało wobec Lo Wanga poważne plany, które wszystkie spaliły na panewce. Z trzech zapowiedzianych oficjalnych mission packów, tylko dwa ujrzały światło dzienne, w dodatku po latach i jako darmowe dodatki do pobrania - nigdy nie trafiły na półki sklepowe. Co zabawniejsze, wydane zostały dwie powieści z Lo Wangiem - gdzie chyba słowo "powieść" to nadużycie, a bardziej byłoby stosowne określenie "żenująca grafomania". 3DR zbyt długo za Shadow Warrior nie płakało, bo jeszcze przed jego premierą ogłoszono prace nad Duke Nukem Forever, a od dwóch lat trwały development Prey. Wiemy, jak ta historia się skończyła.

Shadow Warrior po wielu perturbacjach zawitał na serwis GOG w cenie 5,99$ (ok. 20zł), wraz z obydwoma pakietami misji (Wanton Destruction i Twin Dragon - po trzecim, Deadly Kiss, zostały tylko screeny) i pełnym soundtrackiem autorstwa Lee Jacksona. Ta wersja jest ładnie spreparowana z DOSBoxem, dzięki czemu mamy pełną obsługę dźwięku. Stosunkowo niedawno SW pokazał się na Steam - obecnie wersja "classic" (czyli pliki gry wraz z DOSBoxem) jest jako "free to play", natomiast "classic redux", czyli z pełnowymiarowym portem pod Windows i Maca oraz dwoma mission-packami, sprzedawana jest za 9,99e, ale bardzo często (tak jak w momencie, gdy piszę te słowa) ląduje na dużych wyprzedażach.

Oczywiście, gra doczekała się pełnego remake'u, czy też raczej, kompletnego przeobrażenia, w rękach krajan z Flying Wild Hog - od razu przyznam, że w nowy tytuł grałem raczej dość krótko i o ile wygląda bardzo ładnie, to nie do końca jest "to", czego bym po następcy Wojownika Cienia oczekiwał... ale może jeszcze do tego tytułu przysiądę na dłużej i lepiej się z nim zapoznam. A póki co - miłego chlastania.

Tagi:

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +9 -

Oceń profil
+ +17 -
lghost
Ranking: 3446 Poziom: 27
PD: 3135
REPUTACJA: 1420