Nie bądź frajerem! Opowieść o żonie
Historia jak każda inna, a jednak wcale nie taka zwyczajna. Zapytasz dlaczego? Posłuchaj. Kiedyś byłem normalnym człowiekiem. Wstawałem rano, jadłem śniadanie, mówiłem dzień dobry sąsiadom. Chodziłem rutynowo do pracy, wracałem o ludzkiej porze i oglądałem zachód słońca z balkonu jak bohater reklamy herbaty.
Nic nadzwyczajnego, prawda?
Też tak uważałem. Aż przyszedł w końcu ten dzień… dzień sądu ostatecznego, nadejścia mesjasza — wykupiłem PS Plus. A później ktoś jeszcze powiedział: Weź jeszcze Xbox Game Pass, bo szkoda nie brać. No i wziąłem. Bo przecież szkoda było nie brać. Człowiek rozsądny nie odmawia takiej okazji. I właśnie wtedy wszystko się zaczęło.
Na początku to wyglądało niewinnie. Pobiorę jedną grę, zobaczę o co chodzi. Może dwie. No dobra, pięć, ale tylko żeby porównać. Przecież trzeba sprawdzić jakość usługi. Jestem odpowiedzialnym konsumentem. Problem pojawił się w momencie, gdy zorientowałem się, że mam więcej gier niż wolnego czasu, więcej backlogu niż planów na życie i więcej aktualizacji niż snu w tygodniu. To właśnie wtedy obie konsole zaczęły patrzeć na mnie z wyrzutem. Ikonki gier rosły szybciej niż rachunki. A ja? Prosty człowiek. Nie odmawiam. Nie sprawiam przykrości. Więc grałem. Gram do dziś. Nie zatrzymuję się. W końcu po coś ta subskrypcja była kupiona, he? Nie po to płacę, żeby nie korzystać. Ja jestem człowiek zasad.
Teoretycznie zgoda, tylko że żona jeszcze wtedy była. Stała w drzwiach i mówiła, że obiad stygnie. Odpowiedziałem spokojnie, że nie mogę teraz podejść, bo zostały mi dwa trofea do platyny. Zrozumiałaby, gdyby to były trzy trofea, ale dwa to już była sprawa honoru. Przecież mam PS Plusa i Game Passa — ona to rozumie, prawda? Każda kobieta rozumie swojego męża i jego hobby. To naturalna rzecz. Następnego dnia wyniosła walizki. Router zostawiła. Wiedziała, że jestem w trakcie ważnej misji. Cóż, zdarza się. Ludzie tak żyją. Ważne, że mam PS Plusa i Game Passa. I to nie byle jakiego, tylko oryginalnego, legalnego, nie z Brazylii ani z Turcji — prosto od korporacji, która dba o to, żebym się przypadkiem nie nudził ani przez sekundę życia.
Ale wiecie co?
Następnego dnia, już pogodzony z odejściem żony, odkryłem coś nowego i to dzięki subskrypcji rzecz jasna — mikrotransakcje. Najpierw kupiłem jedną skórkę. Taką małą, symboliczną. Pięć złotych, przecież to nawet nie kawa. Potem battle pass. Potem premium battle pass. Potem ultra premium battle pass z animowanym smokiem, który świeci w nocy, kiedy eliminuję wrogów i świeci jeszcze jaśniej, kiedy ignoruję rachunki. Zabawne, bo nawet bank zadzwonił zapytać, czy ktoś nie ukradł mojej karty. Odpowiedziałem, że nie — to ja buduję postać. Uwierzyli. Chyba byli graczami.
W międzyczasie przestałem zauważać różnicę między dniem a nocą. Kurier dzwonił do drzwi, ale nie otwierałem, bo byłem w rajdzie. Sąsiad zapytał, czy wszystko w porządku, a ja odpowiedziałem, że tak, tylko jeszcze jeden boss i wychodzę. To było trzy tygodnie temu. Boss dalej stoi. Najgorsze jest to, że te gry nie znikają. One patrzą. One czekają. Każda z nich mówi: zagraj we mnie tylko chwilę (od razu przypomniała mi się żona). A potem wychodzi aktualizacja. Dodatek. Tryb sezonowy. Edycja rozszerzona. Edycja definitywna. Edycja jeszcze bardziej definitywna niż poprzednia definitywna i nagle jest trzecia w nocy, a ja nadal negocjuje z własnym snem jak z NPC-em bez dialogu do pominięcia (już nie myślę o żonie). Nie ma, że boli. I tak to się kręciło kilka miesięcy z rzędu, aż straciłem mieszkanie przez mikrotransakcje, żonę przez platynę, a kontakt z rzeczywistością przez katalog gier, który rośnie szybciej niż moje poczucie kontroli nad życiem. Ale przynajmniej mam dostęp do kilkuset tytułów. I do subskrypcji. I to w cenie jednego obiadu miesięcznie, którego i tak już nie jem, bo jem tylko checkpointy. To wystarcza. To jest dobre. Naprawdę dobre.
Cóż, wszystko, co dobre ponoć się kiedyś kończy. I to prawda i to taka złota! W końcu odcięli mi prąd, bo wszystkie moje oszczędności pożarł PS Plus razem z Game Passem. Zabrali wszystko: platyny, gry, pieniądze… no i żonę. Została tylko rozpacz, ubolewanie i lekka gorączka backlogowa. Objawia się tym, że człowiek widzi minimapę nawet w lodówce. Żeby zbytnio nie zanudzać, przejdźmy te kilka miesięcy dalej... ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem coś, co dziś można by nazwać cudem.
Cudem nad Wisłą.
Okazało się, że tu jednak jest jakieś życie. Tu da się funkcjonować. Da się jakoś prosperować w tym szarym świecie offline. Można rano wstać i iść do pracy bez daily questa. Można zobaczyć słońce bez HDR-a. Można rozmawiać z ludźmi bez mikrofonu z wyciszonym szumem tła. Można liczyć pieniądze, kiedy wpływają na konto, zamiast patrzeć, jak znikają w sklepie z walutą premium.
Rozumiecie mnie?
Przestałem płacić za subskrypcje. PS Plus i Game Pass już nie są mi potrzebne, bo okazało się, że istnieje coś takiego jak życie. Skoro ono jest i nie trzeba za nie płacić co miesiąc, to mogłem w końcu pójść do baru mlecznego i wydać te 30–40 złotych na coś namacalnego, pachnącego i — o zgrozo — rzeczywistego. Kotlet. Ziemniaki. Kompot. Bez DLC. Koniec. Nie będę już płacił za subskrypcje. To zło wcielone, które nie jest warte kolejnych podwyżek. Nawet jeśli kazaliby płacić w lirach, peso albo kapslach z Fallouta — i tak nie warto. Basta.
Moje życie się odmieniło. Oszczędzam. Mam więcej czasu. Żyję. Ale nie w Matrixie katalogu gier, tylko na planecie razem z innymi ludźmi. Jest błogo. Miło. Spokojnie. Normalnie. Tylko żony trochę szkoda.
Ale podobno wraca w przyszłym miesiącu. W abonamencie.
Myślałem, że to już koniec mojej walki z systemem. Ale wtedy przyszły promocje, sezonowe: -70%, -80%. OSTATNIA SZANSA, TYLKO DZIŚ, OFERTA PERSONALNA DLA CIEBIE. Skąd oni wiedzieli, że to dla mnie? Stałem nad klawiaturą jak człowiek nad przepaścią. Już wpisywałem dane karty. Już słyszałem dźwięk instalacji. Już widziałem pasek pobierania. Ale się nie dałem.
No… nie do końca.
Postanowiłem, że nie będę już wydawał pieniędzy na PS Plus i Game Pass. Zamiast tego zarejestruję się na portalu o grach. I nie tylko. Szukałem długo. Naprawdę długo. Wszędzie. Nawet na słupach między ogłoszeniem o zaginionym rowerze a korepetycjami z matematyki. I wiecie co?
Znalazłem.
PPE.pl stało tam całe na biało. Wybawienie. Przeznaczenie. Znak z nieba. To było dokładnie to, czego potrzebowała ta mała, niespokojna cząstka mnie. Nie zastanawiałem się długo. Szybka rejestracja i od razu zacząłem pisać blogi pożegnalne. Kij, że nikt mnie tam nie znał. Publiczność lubi dramatyczne odejścia. Nawet jeśli to odejścia z miejsca, do którego dopiero co się przyszło. Ale to nie wszystko. Potem wpadłem na jeszcze lepszy pomysł, żeby pisać o subskrypcjach.
O Panie.
Moja popularność wystrzeliła jak patch w dniu premiery. Każdy czytał. Każdy komentował. Każdy chciał wiedzieć, jak to jest zrezygnować z PS Plusa i Game Passa i przeżyć. Stałem się symbolem. Legendą. Przykładem dla młodych pokoleń. W sumie to jestem nią do dziś. Mam nawet kilka multikont — tak dla porządku statystycznego. Żeby podbić własne blogi. Bo czemu nie? Nikt się przecież nie połapie. A jak coś, to powiem, że to popularność sama się klikała. Zdarza się najlepszym. Powiem więcej — jadę na tym portalu równo. Kij, że istnieją inne. Może bardziej rzeczowe. Może bardziej profesjonalne. Ale skoro nie mam już subskrypcji, to muszę mieć jakiś cel w życiu. A ten łańcuch od tej budy trzyma mnie tutaj całkiem solidnie, więc się realizuję twórczo.
Jest pięknie. Jest zabawnie. Jest dynamicznie. Nawet bez abonamentów.
A zanim żona wróci, planuję jeszcze przetestować kilka rzeczy polecanych przez społeczność, bo publika chwali, eksperci piszą, insiderzy potwierdzają, a komentarze — jak wiadomo — nigdy się nie mylą. Topki papierów toaletowych i urządzeń erotycznych, to dopiero przedsmak. Tyle tu się dzieje. Tyle nowości. Tyle przecieków. Tyle informacji.
I najważniejsze: wszystko całkowicie za darmo.
BTW. Żona wróciła, właśnie robi obiad.