W świecie gier nie ma sprawiedliwości, o czym wie chyba każdy gracz. Często uznanie zdobywają produkcje, które tak naprawdę na to nie zasługują i vice versa, mamy całą gamę pozycji niesłusznie niedocenionych. Istnieje jednak jeszcze jedna kategoria - gry znienawidzone. Wstydzą się ich fani poszczególnych serii i nie tkną nawet kijem. Tytuły przeklęte, które w oczach miłośników elektronicznej rozrywki z takich czy innych względów w ogóle nie powinny ujrzeć światła dziennego. Wyparte ze świadomości i skazane na wieczne zapomnienie.
Tak właśnie wielu wielbicieli cyklu Wild Arms traktuje część drugą. Czy słusznie? Czym sobie na takie traktowanie zasłużyła? Może to wina kiepskiego PR? Niestety nie znajdziecie tutaj odpowiedzi na wszystkie pytania, bowiem ten tekst jest jedynie próbą wybielenia nieco tego czarnego obrazu i to nie jego zdanie potwierdzać bądź obalać narosłe mity. Osoby liczące na kolejny szkalujący artykuł niech poszukają sobie lepiej innego zajęcia.
Lilka Eleniak
Przyznaje, prawda to, że scenariusz WA2 odstaje nieco, od jakości tego z poprzedniczki, ale suma summarum diabeł wcale nie jest taki zły jak go malują. Gra oferuje całkiem strawną opowieść z ciekawymi postaciami, czyli nic odbiegającego od normy in plus czy in minus. Po raz drugi trafiamy na niespecjalnie przyjazną do życia planetę zwaną Filgaią, ale wbrew pozorom większych związków fabularnych z częścią pierwszą nie uświadczymy. Tło historyczne wspomina o pewnej pani (nawiązującej chyba do Joanny d'Arc) nazywanej tutaj Sword Magess, która z pomocą magicznego miecza i towarzyszącego jej wilka przegnała ze świata demony wraz z ich przywódcą. Niestety sam arcydemon nie został jednak pokonany, tylko zapieczętowany i z pewnością kiedyś się przebudzi. W przeciwieństwie do większości jRPG mieszkańcy Filgai dla odmiany zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które może powrócić równie dobrze jutro jak za 1000 lat. Fakt ten destabilizuje nieco sytuację w trzech istniejących państwach, gdzie wszyscy rządzący w oczach ludu wydają się nie przejmować zagrożeniem. Politycznie poczęła wykorzystywać ten fakt nowopowstała organizacja - Odessa dążąca do przejęcia władzy nad światem, nie wahająca się korzystać z terrorystycznych metod. W chwili powstania gry pewnie była to rzeczywiście niewinna bajeczka, dzisiaj, po tylu latach, nie jest już nam za bardzo do śmiechu, skoro współcześnie globalny terroryzm stanowi poważne zagrożenie. Twórcy gier po raz któryś świadomie bądź nie przewidzieli przyszłość.

Kadr z intro.
Jeśli chodzi o bohaterów dramatu to wprawdzie jest ich kilku, lecz najważniejsza jest trójka z nich, którym stworzono osobne prologi, obowiązkowe wprawdzie, ale można przechodzić je w dowolnej kolejności. Jeden z nich wprowadza nas w losy niebiesko-włosego młodzieńca imieniem Ashley. Koleś jest zawodowym żołnierzem królestwa Meria Boule. Niestety poświęcając swój czas służbie zaniedbuje swoją dziewczynę. Poznajemy go, gdy uczestniczy w akcji odbicia zakładnika. Bieg wydarzeń sprawia jednak, iż za niesubordynację zostaje zamknięty w areszcie domowym. Jakie jest jednak jego zdziwienie, kiedy zamiast spodziewanej kary otrzymuje awans na członka elitarnego oddziału ARMS (coś jak nasze grupy szybkiego reagowania). Niestety podczas uroczystego bankietu dochodzi do tragedii. Wszyscy na nim obecni zamieniają się w krwiożercze potwory, jakimś cudem tylko Ashley pozostaje przy zdrowych zmysłach. Uchodząc cało z opresji spotyka pewnego wielmożę, tworzącego nowe ARMS do walki z Odessą odpowiedzialną za cały incydent, a młodzik zgadza się zostać częścią wspomnianego oddziału. Nie wie, że przyjdzie mu walczyć nie tylko z ludzkim wrogiem, ale też ze złem, które zagnieździło się w nim samym. Następna osoba to dziewczyna o swojsko brzmiącym imieniu Lilka. Pochodzi ze słynnej rodziny Eleniak, która wydała na świat wiele utalentowanych czarodziejek. Lilka idąc w ślady swojej siostry również chce zostać czarodziejką, ale chwilowo średnio jej to wychodzi. Praktykując magię przenosi się w różne części świata, często pomagając napotkanym ludziom. Los i ją wpycha w opiekuńcze ramiona ARMS. Trzecia postać to były bohater wojenny Brad, dawniej fetowany, teraz ścigany jako najgorszy przestępca. Typowy karko z tajemniczą przeszłością. Miano herosa mu nie służy, bowiem gdy takowy gdziekolwiek się pojawia zawsze ściąga kłopoty, więc władze profilaktycznie wolą wtrącać ich do więzienia. Oczywiście Brada też będzie trzeba z pudła wyciągnąć.

Wizualnie wygląda lepiej niż w jedynce.
Opisywana trójka otrzymuje za zadanie nie tylko walkę ze złą organizacją, ale przekonanie istniejących państw do wspólnego działania. Nie będzie to łatwe, bowiem granice nie mają tutaj jedynie znaczenia geograficznego, ale także mentalne, właściwie traktowane są jak religijna świętość. Jak z tym wszystkim poradzi sobie trójka tak odmiennych charakterów? Oczywiście z czasem dołączą do nich inni towarzysze broni (m.in. wampirzyca), ale mają oni już nieco mniejsze znaczenie. Ogólnie rzecz to biorąc to prawda, iż wszystkie postacie nie grzeszą oryginalnością, ale da się ich nawet polubić. Oprócz wątku głównego zaimplementowano również nieco zadań pobocznych.
Spacerek po Mapie Świata.
Element wizualny gry jak na warunki konsoli PSX i rok wydania wyszedł twórcom całkiem nieźle. Wprawdzie nie wywołuje opadu szczęki, ale narzekać specjalnie też nie ma na co, oprócz zastosowanej czcionki w dialogach/menusach. Niestety ciężko mi było przyzwyczaić się do jej kroju. Prawie cała oprawa graficzna jest w 3D, nie licząc rzecz jasna ładnych dwuwymiarowych sprite'ów podczas eksploracji. Ogólnie jednak widać poprawę w stosunku do części pierwszej, jedynie mapa świata wciąż pozostała dość ascetycznie wykonana. Przeważnie dominuje pustynia upstrzona symbolami lokacji, lecz otrzymaliśmy także sporą dozę obszarów lesistych. Miasta i inne osiedla wykonano bez zarzutu, mają odpowiednie rozmiary i dość sporo mieszkańców. Mniejszą różnorodność wykazują ruiny, lochy i inne pieczary, ale za to są dość rozbudowane. W czasie eksploracji kamerą obracamy dowolnie. Podczas walki zastosowano również pełny trójwymiar z dużymi, szczegółowymi figurkami walczących postaci jak i wrogów. Trudno im cokolwiek zarzucić, może jedynie małą ilość polygonów patrząc z perspektywy czasu. Z przeciwników rzecz jasna najlepiej prezentują się bossowie, posiadają nawet więcej detali niż postacie główne. Do czego by się tu naprawdę przyczepić? Jedynie chyba do dość ubogiej palety barw. Więcej kolorów z pewnością by nie zaszkodziło. W każdym razie osoby odpowiedzialne za grafikę solidnie wykonały swoją pracę, mimo iż nie byli specjalnie nadgorliwi.

Walka - w turach rzecz jasna.
Odnośnie udźwiękowienia postanowiono pójść trochę na łatwiznę, więc takowe niewiele się różni od tego z WA1, co dla fanów będzie raczej plusem. Znów otrzymaliśmy charakterystyczne dla serii typowe pogwizdywania czy melodie kojarzącą się filmami przygodowymi. Brak wprawdzie czegoś zapadającego w pamięć (no może oprócz utworu z intro), lecz muzyka jest całkiem miła dla ucha i dobrze spełnia swoją rolę, odpowiednio podkreślając klimat tam gdzie potrzeba. W sumie ścieżka dźwiękowa jest dość wolna, na szczęście staje się bardziej energetyczna podczas potyczek. Niestety brak jakiegokolwiek dubbingu. Inną wada, ale związana z zawartością merytoryczną, to kiepski przekład na język angielski. Nawet posiadając minimalną wiedzę o tym języku z łatwością wychwycimy kupę błędów gramatycznych i stylistycznych. Cóż, widocznie poskąpiono środków na dobrych tłumaczy.
Członkowie naszej drużynki.
Wild Arms 2 można zaliczyć do wymarłego już gatunku "adventure-(j)RPG". Mimo ciekawej fabuły gros rozgrywki polega na przemierzaniu różnorakich miejscówek i przebijania się przez znajdujące się tam łatwiejsze bądź trudniejsze łamigłówki. Najczęściej oparte zostały na posiadanych przez postacie narzędziach i sporej ilości dźwigni. Oczywiście przeszkadzać im będzie cała gama potworów. Wprawdzie przed walką ich nie widać, ale nim ona nastąpi pojawia się "!", a my mamy sekundę bądź dwie by uciec, W przeciwnym razie zostajemy przeniesieni na osobny ekran potyczki, która przebiega tak jak w typowym jRPG, czyli w systemie turowym. Do boju staje trójka bohaterów. Podczas własnej kolejki możemy zaatakować wrogą grupę zwykłym atakiem, umiejętnością specjalna/magią bądź przyzwać Strażnika. Nasze ciosy zużywają jednak kule i w razie przedłużającego się starcia należy broń przeładować. Potyczka jest dobrze animowana, co jednak sztucznie ją przy okazji przedłuża. Ciekawie rozwiązano walki z bossami. Tacy przeciwnicy zbudowani są segmentowo, zabierając się od razu za główną wprawdzie szybciej wygrywamy, ale za pokonanie ich po kawałku otrzymujemy więcej punktów doświadczenia. Wprawdzie poziom trudności starć do wysokich nie należy, jednak potyczki to tylko jeden z kilku elementów zabawy (i wcale nie najważniejszy), wiec nie ma co kręcić nosem. Za pokonanych wrogów otrzymujemy trochę pieniędzy i od czasu do czasu jakiś łup, lecz nie ma tego wiele.

Ekwipunek i umiejętności bohatera.
Wielu ucieszy pewnie fakt, że Wild Arms mamy pewną kontrolę nad rozwojem naszych bohaterów. Po każdym levelu oprócz wzrostu statystyk otrzymujemy jeden punkt specjalny. Jeśli uzbieramy ich wystarczająco, udajemy się do odpowiedniego sklepu oferującego różnorakiego wspomagacze. Jedne dodatkowo zwiększają nam statystyki, inne wpływają na nasze umiejętności, a jeszcze kolejne oferują ochronę przed różnorakimi statusami. Jest jednak pewien haczyk. Maksymalny poziom doświadczenia do zdobycia to 99 i tyle też punktów specjalnych da radę zdobyć. Niestety jest to liczba niewystarczająca na kupno wszystkich "dopalaczy", więc należy je dobierać mądrze. Jeśli chodzi o magię, to kolejne zaklęcia odblokowuje się umieszczając znalezione herby (crests) na specjalnej tablicy. W razie potrzeby można zmienić jeden czar na inny.
Jeden z wielu bossów.
Wild Arms 2 to solidna produkcja, która powinna zadowolić wszystkich wielbicieli jRPG. Wprawdzie zauważalnie gorsza od swojej poprzedniczki, ale nie na tyle by grę omijać szerokim łukiem. Wszystkie elementy zostały wykonane dobrze bądź przynajmniej poprawnie i dziwi mnie ogólna niechęć do tej pozycji. Prawda, tytuł nie należy do pierwszej ligi gier na PSX, ale i tak warto wygospodarować trochę czasu na zabawę z WA2.