Konsole jako śliczne wojowniczki o boskich mocach.

BLOG RECENZJA GRY
734V
Konsole jako śliczne wojowniczki o boskich mocach.
Astarell | 17.04.2014, 10:42
Poniżej znajduje się treść dodana przez czytelnika PPE.pl w formie bloga.

Czy można stworzyć dobry tytuł będący satyrą na świat gier i ogólnie kulturę gamingu oraz wszystko, co z nim związane? Cóż, na przestrzeni lat powstawały różne produkcje przedstawiające w krzywym zwierciadle branżę elektronicznej rozrywki, niestety żaden nie zapisał się na dłużej w pamięci masowej graczy.

Nie deprymuje to jednak twórców, którzy od czasu do czasu wyskakują z nowym pomysłem w tym temacie. Dobrze rozwijająca się współpraca teamu NIS, Idea Factory, Compile Hearts i GUST mającego na swoim koncie, ciepło przyjęte przez fanów, Cross Edge i Trinity Universe postanowiła powołać do życia żeńskie personifikacje naszych ulubionych maszynek do grania oraz wielkich koncernów samych sobie zarazem. Zobaczmy, co się dzieje, gdy konsole naprawdę stają się boginiami.

 

 

 

 

Ruchome kontynenty świata Gameindustri rozparcelowane zostały pomiędzy 4 boginie nazywane tutaj Console Patron Units (CPU). Planeptune to domena Neptune (SEGA), na Lastation rządzi Noire (SONY, Playstation), nad Leanbox panuje Vert (Microsoft, Xbox) natomiast o Lowee dba Blanc (Nintendo, Wii).  Z drugiej strony, dlaczego dzielić się tortem skoro można mieć cały dla siebie? W każdym razie wszystkie CPU większość czasu spędzają w swojej niebiańskiej siedzibie tj. Celestii gdzie od niepamiętnych czasów toczą ostrą walkę o dominację chcąc zdobyć miano „Prawdziwej (jedynej) Bogini”. Pewnego dnia trójka panien zmówiła się i wspólnie postanowiły wyrzucić z zawodów tą najmniej rozgarniętą, czyli Neptune. Młoda dziewczyna spadając z nieba z impetem uderza o grunt, przez co jak to zwykle bywa traci pamięć. Nieprzytomną odnajduje młoda pielęgniarka imieniem Compa i zabiera do swojego domu. Odzyskując świadomość dowiaduje się, iż tu na dole również nie dzieje się najlepiej, bo jak wiadomo, gdy kota nie ma myszy harcują. Ogólnie rywalizacja pomiędzy wielbicielami poszczególnych konsol jest przedstawiona tutaj, jako konflikt religijny. Wyznawcy poszczególnych bogiń próbują na swoją stronę przekabacić ludzi przeciwnika, co sprzyja tworzeniu sekt na obcym terytorium a to prowadzi do krwawych starć i pogromów. Nep-Nep rzecz jasna mimowolnie stanie się przyczyną zachwiania z trudem wypracowanej, kruchej równowagi. Dodatkowo coraz bardziej zwiększa się aktywność potworów (analogia do piractwa), która uniemożliwia ludziom normalne życie i nie ma na nią skutecznego remedium. Główna bohaterka optymistycznie podchodząca do życia poczuwa się w obowiązku coś z tym zrobić, więc wraz z Compą i IF (kolejna lolitka dołączająca do teamu w trakcie fabuły) wyrusza w podróż, by walczyć ze złem. To nie wszystko, przypadnie jej też zadanie uwolnienia istoty nazywającej siebie Histoire, więzionej przez niegodziwą Arfoire.

 

 

 

 

Jak widać po w/w przydługim wstępie opowieść nie jest wprawdzie specjalnie skomplikowana, ale płytką też bym jej nie nazwał. Określiłbym ją słowem „wyważona”. Epickich wydarzeń nie uświadczymy, lecz nikt nie powinien narzekać na brak ciekawych zwrotów akcji oraz wątków pobocznych. Wszystko to podszyte sporą dawką humoru i satyry. Ciekawostką jest fakt, iż żartów seksualnych jak na tak do bólu japoński tytuł pojawia się niewiele. W każdym razie nie wciśnięto ich na siłę i nachalnie. Niestety pewien problem sprawia fakt, iż fabuła jest niesamowicie hermetyczna. Zawiera potężną ilość odniesień do wydarzeń na rynku (przeważnie japońskich) gier z lat 90-tych XX wieku. Ogranicza to ilość graczy, którzy dobrze będą się bawić przy tym tytule, bowiem brak rozeznania odnośnie branży tamtego okresu sprawa, iż większość dialogów zamienia się w niezrozumiały bełkot. Szczęśliwie trudno coś więcej zarzucić, zwłaszcza że twórcy nie mięli wygórowanych ambicji w tym temacie. Kreacja bohaterek też stoi na dobrym poziomie, każda posiada unikalny charakterek, dzięki któremu naprawdę przyciąga uwagę. Osobiście nie odniosłem wrażenia by jakaś została wrzucona na siłę. Wprawdzie w wielu grach jRPG podobnych postaci znajdziemy na pęczki, lecz tutaj bazowanie na schematach jakoś nie wywołuje odruchu wymiotnego.

 

 

 

 

Wizualnie widać, że produkcja miała dość ograniczony budżet, ale twórcom mimo wszytko udało się go jakoś dopiąć bez większej szkody dla gracza. Grafika właściwie niewiele się różni od tego, co zaprezentowano w siostrzanej Trinity Universe, wiele elementów zapożyczono także z serii Agarest: Generations of War jak choćby modele napotykanych przeciwników, czy dla odmiany ładne, ruchome, pseudo-trójwymiarowe sylwetki głównych postaci widoczne podczas rozmów. Oczywiście moe i fanservisu nie brakuje, lecz bez przesady. Do plusów należy zaliczyć odmienność krajobrazów odwiedzanych kontynentów: na Planeptune króluje wysokorozwinięta technologia; Leanbox to stylizowana na średniowiecze, zielona kraina z cichymi wioskami i potężnymi zamkami; Lastation dla odmiany preferuje steam-punk z fabrykami na pierwszym planie natomiast Lowee należy określić, jako typowy, pełen atrakcji, zimowy kurort. Wszystkie lądy dostępne są dzięki interfejsowi przypominającemu nieco przeglądarkę internetową. Tła 2D widziane podczas scenek przerywnikowych, zawierają sporo szczegółów i naprawdę przyjemnie się je ogląda. Zastrzeżenia mam jedynie do awatarów NPCów na belkach dialogowych. Czarne sylwetki, mimo uzasadnienia fabularnego nie sprawiają dobrego wrażenia. Zwiedzane lochy bądź inne lokacje są już w pełnym trójwymiarze, aczkolwiek prezentują się dość ascetycznie. Więcej detali by nie zaszkodziło.  Z drugiej strony nie zostały też zrobione na odczepnego a ponadto ich różnorodność jest nawet spora (chociaż efektu deja vu nie uniknięto). Nasze wojowniczki podczas eksploracji/walk wyglądem także przyciągają oko, o ile rzecz jasna nie przyglądamy się im zbyt dokładnie, bo wtedy na jaw wychodzi pewna sztuczność grafiki. Inna sprawa, iż purystom i tak się nie spodoba, więc nie ma co nad problemem dłużej dywagować. Moim zdaniem lekko komiksowy styl nadaje dziewczynom uroku, chociaż wiem, że wielu się ze mną nie zgodzi. Animacje walk początkowo są dość sztywne, z czasem jednak stają się bardziej widowiskowe i często skorzystamy z opcji ich pominięcia. Niestety efektownych wizualizacji ataków specjalnych jest niewiele, nawet wliczając transformację i summoning. Na marginesie pewna wisienka. Zaimplementowano możliwość transferu własnych obrazków/zdjęć, dzięki czemu możemy je przywołać w trakcie bitwy, a jeśli chcemy to nawet samego siebie.

 

 

 

 

Zwykle produkcje budżetowe posiadają dość nijaką ścieżkę dźwiękową połączoną z kiepskim dubbingiem (o ile jest), lecz tym razem poczułem się mile zaskoczony. W grze jest kilka przyzwoitych utworów muzycznych, które da się nawet przyjemnie słuchać. Co ciekawe raczej nie znajdziemy tu energetycznych rytmów, większość wydarzeń podkreślanych jest przez melodie o wolniejszym tempie. Oczywiście, nie ma co ukrywać, że znajdziemy kawałki wywołujące u niektórych odruchy wymiotne a we znaki może dawać się spora powtarzalność melodii, ale brak większych powodów by rwać włosy z głowy. Angielski dubbing również jest zastanawiająco dobry jak na tego typu produkcję. Każda bohaterka posiada własny, charakterystyczny dla siebie głos i osiągnięto to bez nadmiernych pisków czy ekspresji. Wprawdzie panny nie mają specjalnie skomplikowanych osobowości, ale miło jest posłuchać zadziornej Neptune (oczywiście w wersji CPU jej głos się zmienia), użalającej się Compy czy statecznej IF.

 

 

 

 

Grę pod względem mechaniki należy zakwalifikować, jako dungeon-crawler, bowiem sensem zabawy jest przemierzanie kilkunastu instancji (z czasem podzielone na piętra) i wykonywanie tam zleconych zadań zarówno fabularnych jak i pobocznych. Wspomniane miejscówki wprawdzie są całkiem małe, ale przynajmniej nie frustrują sztucznie skomplikowanym układem. Tutaj pewna ciekawostka, misje scenariuszowe wykonujemy swobodnie natomiast podczas tych dodatkowych towarzyszy nam licznik czasu. Im szybciej się wyrobimy tym większa zapłata i wyższy ranking (chociaż zdobycie maksymalnego rzadko kiedy sprawia kłopoty). Częstotliwość odwiedzana takich czy innych lochów ma pewien wpływ na dialogi z CPU zarządzającymi poszczególnymi kontynentami. A propos kontynentów, pomiędzy nimi też przemieszczamy się jakby „tunelami”, co nieco irytuje, bowiem niepotrzebnie wydłuża zabawę.

 

 

 

 

Jeśli chodzi o sprawy bitewne to nie zastosowano w zasadzie nic oryginalnego aczkolwiek nie jest to również typowa turówka. System przypomina ten zastosowany chociażby w Xenogears wykorzystujący punkty umiejętności do tworzenia łańcuchów ciosów tutaj nazywanych po prostu Combami. W sumie do jednego worka wrzucono ataki z bliska oraz z dystansu także summoning, pseudo-magię czy transformację. Wrogów jak to zwykle bywa nie widzimy przed walką. Nie chcąc czekać na ich atak możemy sobie sprawę ułatwić korzystając z dzwonka Compy. Do bitwy stają przeważnie 3 wojowniczki, ale jeśli zwerbowaliśmy dodatkowe możemy nimi obsadzić tylną linię (czyli max 6 postaci) i w razie potrzeby je wymieniać. Każde wykorzystane Combo zużywa odpowiednią pulę punktów AP danej postaci. W jednej chwili wybieramy jedno z trzech dostępnych odpowiednimi przyciskami na padzie. Podczas jednego ciągu łączymy cztery ciosy, co może zaowocować pewnymi bonusami. Gdy nie możemy już wykonać żadnego ruchu kolejka przechodzi na przeciwnika bądź inną postać, co można śledzić na specjalnym pasku u góry ekranu. Na początku gry cały ten system wydaje się toporny, ale z czasem staje się naprawdę dynamiczny. Największa jego wada to mało intuicyjny (a właściwie czasochłonny) interfejs gdzie zarządzamy combosami oraz źle przygotowany, tutorial kiepsko wyjaśniający niuanse rozgrywki.  Pewną ciekawostką jest fakt, że w boju nie używamy żadnych przedmiotów, tylko zbieramy kolorowe buteleczki, które automatycznie syntezują się w wybrany efekt. W większości przypadków, rzecz jasna, chodzi o natychmiastowe uleczenie w ustalonych przez nas warunkach. Może ono następować np. po znaczonym spadku HP, po zakończeniu kolejki/walki, w trakcie zmiany postaci itp. W specjalnym menu za pomocą punktów ustalamy szansę aktywacji danego efektu. Czy ustawimy jeden, dwa na 100%, czy kilka z mniejszym prawdopodobieństwem to już zależy od nas. Rozwiązanie takie początkowo irytuje, lecz później sprawdza się znakomicie oszczędzając nam masę kłopotu. Bohaterki zbierają punkty doświadczenia i awansują zgodnie z ustalonym schematem. Ekwipunek raczej słabo rozbudowany nie licząc jednak CPU gdzie możemy modyfikować każdy z jej/ich komponentów zmieniając przy okazji wygląd bogini.

 

 

 

 

 

 

 

Oceń bloga:
0

Atuty

  • ciekawy temat gry
  • fabuła i humor
  • ładne portrety głównych postaci
  • śliczne tła podczas dialogów
  • udany angielski dubbing i ścieżka dźwiękowa
  • dość oryginalny system leczenia obrażeń

Wady

  • trochę ascetyczna grafika 3D
  • czarne sylwetki NPCów podczas dialogów
  • raczej dla graczy kojarzących tytuły z lat 90-tych XXw.
  • toporny interfejs zarządzania umiejętnościami
  • okazjonalne błędy techniczne

Astarell

Pierwsza Neptunia to łatwy i przyjemny tytuł z dwoma zakończeniami. Wprawdzie nie zachęca do ponownego przejścia, lecz mimo wszystko warto przynajmniej pożyczyć go od znajomego i dać jej szansę. Z drugiej strony gra raczej dla wąskiego kręgu graczy.

7,0

Komentarze (4)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper