Blog użytkownika Sendo1910

Sendo1910 Sendo1910 17.12.2020, 18:51
20 niezapomnianych gier
250V

20 niezapomnianych gier

Przedstawiam Wam 20 gier, które wpłynęły na mnie najmocniej podczas wieloletniej przygody z wirtualną rozrywką.

W ponad 20-letnim stażu gracza poznałem wiele mainstreamowych hitów, sporo dobrych gier ukrytych w cieniu tych pierwszych, w końcu masę średniaków przewijających się non stop w slotach i napędach konsol oraz PC. Kilka z tych gier ma w moim sercu specjalne miejsce, bowiem znalazły się tam nie przez przypadek, dając mi wiele ciekawych doświadczeń. I choć wielu z Was stwierdzi że to zestawienie obfituje w niespecjalnie porywające gry, będę mógł tylko przybić wirtualną „piątkę”. A tak na serio będzie to tylko znak, że każdy z Nas czerpie z gier inne doświadczenia i zwraca uwagę na odmienne elementy. Bez zbędnego przedłużania zapraszam Was do zestawienia dwudziestu najważniejszych gier mojego growego życia. Kolejność gier nie ma znaczenia.

Giants: Obywatle Kabuto – Pokusa eksploracji

Giants: Obywatele Kabuto zawładnęło moją wyobraźnią w okolicach 2002 roku, gdy otrzymałem płytkę z wersją demo. W niej wcielając się w jednego z dwóch kosmonautów z blasterami w dłoniach należało znaleźć trzodę niejakiego Burszurasa. Do dyspozycji gracza oddano również jetpack, który pozwalał pokonywać góry i doliny w ciekawym, jak na tamte czasy, środowisku 3D. Właśnie wspomniane otoczenie, wespół ze swobodą eksploracji, ciekawymi broniami czy systemem zniszczeń budynków tak bardzo mnie zafascynowało. Zwykła swoboda działania, coś co w dzisiejszych "piaskownicach" jest czymś naturalnym, wtedy było cenną wartością dodaną. Wiele lat później zakupiłem oryginalny egzemplarz tej gry w wydaniu big box i z wielkim zapałem przeszedłem wszystkie trzy dostępne kampanie – dla każdej ze stron konfliktu.

Army Men RTS – wirtualne bitwy żołnierzyków!

Bitwy żołnierzyków, szczególnie w zbudowanym w trawie otoczeniu, były nieodłącznym elementem mojego dzieciństwa. Gdy pierwszy raz zobaczyłem u kolegi wersję demo z CD-Action, strasznie zaciekawiła mnie konwencja RTS-a z plastikowymi żołnierzykami, budowaniem baz i walką z przeciwnikiem w grządkach, piwnicy czy domowym salonie – oczywiście ostatnie dwa miejsca już w pełnej wersji gry. Ta ostatnia lokacja szczególnie zapadła mi w pamięci, ponieważ energię (jeden z surowców dostępnych w grze) można było czerpać z konsoli PlayStation 2. Oczywiście przedmiotów do czerpania surowców było dużo więcej - ot latarki czy baterie, jednak konsola Sony w grze robiła swoje. Co ciekawe, w wersji PC i PS2 obiektem w salonie była właśnie kultowa „czarnula”, zaś w wersji na GameCube’a bliżej nieokreślony magnetowid! Byłaby niezła draka, gdyby fani Mariana mogli na legalu grillować "peesdwójki" na swoich Game Cube'ach! Sama kampania również dostarczyła mi sporo frajdy, a rozwalenie głównego antagonisty w grze, z berłem będącym patyczkiem z kawałkiem lizaka, było dużą satysfakcją.

Batman Returns – perfekcyjne przełożenie filmowych treści na realia gry

Przygodę ze SNES-em zacząłem stosunkowo niedawno,  jednak magia tego sprzętu ujęła mnie niemniej niż szczęśliwych właścicieli tej konsoli w latach 90. Absolutnie jednym z must-have’ów był dla mnie Batman Returns – gra stworzona na podstawie filmu Tima Burtona z 1992 roku (swoją drogą to świąteczny film!).  O ile gry na filmowych licencjach w tamtych czasach były przeważnie przeciętne (w sumie jak obecnie), tak Batman to pierwsza liga w gatunku beat’em up. Klimat tej gry świetnie oddaje mroźne Gotham i wydarzenia związane z Pingwinem i Catwoman. Rozgrywka to również kawał dobrej roboty od speców z Konami. Nasza postać jest silna i twardo rozprawia się ze sługusami Pingwina. Ciosy są soczyste, widać  że gramy prawdziwym kozakiem a nie lamusem który dopiero zdobywa skilla jak to bywa w wielu grach. Miłym urozmaiceniem jest etap za sterami batmobila czy fragmenty z użyciem linki (płonący budynek – miodzio!). To gra wymagająca, ale cholernie satysfakcjonująca.

Batman Arkham Asylum – spełnienie marzeń wieloletniego fana Batmana

Gdybym miał wskazać najlepszą „egranizację” filmu z superbohaterem, byłby to bez wątpienia Batman Returns w wersji na Super Nintendo. W kwestii najlepszej gry z superbohaterem palmę pierwszeństwa dzierży u mnie inna gra z Nietoperzem – Batman Arkham Asylum. Jest to dla mnie perfekcyjne wykorzystanie bogatego uniwersum jednej z największych ikon popkultury w realiach nowoczesnej gry wideo. Arkham Asylum zachwycił mnie wieloma elementami, jednak najbardziej trafił w mój gust system walki i gadżety. Batman w tej produkcji to kawał koksa, którego ciosy można niemal poczuć, gdy spuszczeni ze smyczy degeneraci z Azylu Arkham dostają sowitego łupnia. Bat-zabawki to również kapitalna sprawa i są na swój sposób oryginalne, jeśli weźmiemy pod uwagę inne tytuły action-adventure. Największe zaskoczenie? Starcie z Bane'em i etapy ze Strachem na Wróble. Finałowy pojedynek z Jokerem jest dla mnie tylko poprawny.

Tomb Raider – Przygoda absorbująca na całego

Gra - legenda, dla mnie wzór do naśladowania w kwestii umiejętnego balansowania pomiędzy action a adventure. Prawdziwa definicja wirtualnej przygody, gdzie skazani na własne umiejętności musimy pokonać niebezpieczne grobowce, świątynie, skalne korytarze czy wodne przeszkody. To również spory przełom w ówczesnym sterowaniu, które w przypadku Lary Croft jest na swój sposób logiczne, a do tego precyzyjne. Często wracam pamięcią do chwili, gdzie po pokonaniu wodospadu, wilków i skalnych przeszkód wychodzi się na polanę,  na której w akompaniamencie nastrojowej muzyki wyłania się z PSX-owej mgły… T.Rex! Przy pierwszym przechodzeniu tej gry dostałem opadu szczeny i przyśpieszonego bicia serca, bo w końcu nie na co dzień walczy się z 7 tonowym przodkiem kury!

Max Payne – Klimat, który można kroić nożem

W kwestii klimatu chyba na zawsze pierwsze miejsce będzie zajmował w mojej głowie Max Payne. Jakie to było dobre! Począwszy od skutego mroźną zimą Nowego Jorku, morderstw bliskich tytułowej postaci czy związanej z tym sprawy narkotyku Valkiria. Czuć w tej grze na każdym kroku, że amerykańska metropolia skąpana w mroku nocy nie jest przyjaznym miejscem. Każdy stoi przeciwko tobie, prawo tak naprawdę nie istnieje a niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku. Te niesprzyjające warunki świetnie nadają się do krwawej vendetty przy użyciu zmyślnie dobranego arsenału i systemu bullet time, który rozsławił tę grę w całym świecie. 

Vandal Hearts – Kwintesencja gry turowej

Nie jestem, delikatnie mówiąc, fanem J-rpgów. Nigdy nie miałem weny i samozaparcia, aby brnąć dziesiątki godzin w grach z serii Final Fantasy i tym podobnych. Szukając taktycznej turówki, do moich rąk trafił niespodziewanie Vandal Hearts, który umilił mi wiele wieczorów przy poczciwym PlayStation. Choć fabuła i możliwości rozwoju drużyny w tej grze nie powalały, tak wciągnęła mnie jak w bagno rozgrywka. Każda postać w Vandal Hearts jest ważna, czy to rycerz, medyk lub mnich. Jak mało kiedy w grach jakoś związałem się z ferajną kierowaną pod przewodnictwem Asha i Eleni. Urzekła mnie również bardzo archaiczna już oprawa graficzna w formie sprite’ów, stylowych w swej karykaturalnej formie i kolorystyce. W mało której grze tak odczuwałem satysfakcję z wygrania bitew i wychodzenia z sytuacji beznadziejnych. Perełka z PSX-a. Dwójka moim zdaniem kompletnie straciła magię pierwszej części.

Zork – Owładnięty własną wyobraźnią

Zork to dla mnie gra komputerowa z najlepszą grafiką w dziejach wirtualnej rozrywki. Serio. Pobudzanie wyobraźni tekstowymi komendami  typu „podnieś klucz i wsadź go do drzwi” może nie brzmi w teorii równie fajnie, co wyrzynanie Szarańczy w Gears of War. Ale istotniej absorbuje uwagę równie mocno, co podany na tacy obraz w 4K. Pamiętam pierwszy kontakt z tą grą i sukces, jakim było dla mnie wydostanie się z domu! Dla mnie to fenomenalne, jak prostymi środkami można stworzyć interesującą grę bez masy pikseli przygrywających melodii.

Flatout – chwile radości po wystrzeleniu ragdolla przez przednią szybę

Destruction Derby będzie w moim sercu na zawsze. Kultowe wyścigi związane z demolką aut zna chyba każdy posiadacz PSX-a. Dla mnie jednak w tematyce frajdy z rozwałki pierwszeństwo ma sporo młodszy Flatout, który oczarował mnie swego czasu intensywnością wrażeń! Pierwszy „dzwon" w przydrożny kamień spowodował coś, czego w grach jeszcze nie widziałem - kierowca wyleciał przez przednią szybę i leciał hen daleko, aż w końcu zawinął się na pobliskim drzewie. Pięknie latały te ragdolle. Sam system zniszczeń również działał na wyobraźnię, bo auta można było konkretnie zezłomować. Gra z gatunku „jeszcze jeden wyścig i wyłączam”, gdzie bardziej od wyniku rajcowało wysyłanie kierowcy w kolejny przelot krajoznawczy.

Bloodborne – chęć umierania w imię odkrywania

Nie ukrywam, że Bloodborne był moją pierwszą grą od studia From Software i jednym z argumentów za kupnem PlayStation 4. Zainteresowany recenzją w PSX Extreme, po której w mojej głowie narodziła się wizja gry-zagadki, wyzwania dla nielicznych czy wręcz przygody której się nie zapomni, sięgnąłem po ten tytuł. I bach! Moje zamiłowanie do odkrywania było wprost nieproporcjonalne do liczby zgonów. W innych grach już bym odpuścił i zaliczył z trzy inne tytuły, ale tutaj zadziałał mechanizm „jeszcze jednego podejścia”. Bloodborne mnie oczarował, począwszy od intuicyjnej mechaniki aż po level-design wzorowany m.in. na twórczości H.P. Lovecrafta, którego oczytałem się w życiu sporo. Grę pamiętam do dzisiaj w wielu szczegółach, włącznie z miejscami-pułapkami, co świadczy że w Bloodborne’a nie tylko grałem, ale go też na swój sposób przeżywałem. Włącznie z hektolitrami potu po walkach z bossami.

Advance Wars – bo strategia na konsoli przenośnej miała sens

O tej małej-wielkiej strategii dowiedziałem się niespodziewanie w jednym z numerów CD-Action z 2003 roku. Tam też dwie strony poświęcono pojedynkowi N-Gage vs Game Boy Advance SP. To chyba wtedy na dobre zakochałem się w handheldach – jedną miłość odchorowałem, posiadając trzy GBA w różnych wersjach, zaś N-Gage… cóż, nie udało się. Niemniej redakcyjna ekipa chwaliła japońską konsolę za gry – głównie przewijał się Golden Sun i Advance Wars. Ta druga gra zaciekawiła mnie po wzmiance, że to strategia pełną gębą której GBA wstydzić się nie musi. Strategia na tak prostym sprzęcie? Wiele lat upłynęło, zanim przekonałem się na własnej skórze, że tak, ta formuła ma rację bytu nawet na GBA. Seria stała się jedną z moich ulubionych, w pierwszą  i drugą część zagrywałem się godzinami, tocząc bitwy w fikcyjnym konflikcie kilku armii.

Sim City 4 – mokry sen burmistrza w kapciach

Od wielu lat interesuję się tematami związanymi z urbanizacją, nie omieszkałem swego czasu spróbować Sim City 4. Po doświadczeniach z edycją 3000, czwórka spełniła moje oczekiwania, a ilość godzin spędzonych przy tym tytule będzie pewnie minimalnie ustępować Heroes of Might & Magic 3. Sama idea braku narzucenia zadań, tylko wolna twórczość bardzo mi się spodobały. Oprócz wszelkich urozmaiceń (w tym wyboru czterech stylów architektonicznych), Maxis dodało opcjonalną możliwość stworzenia Sima i dołączenia go do społeczności miasta. Sim jeździł do pracy, miał auto którym mogliśmy sterować po nowo wybudowanym mieście, w końcu dało się też wykonywać zadania Doktora Vu. Czwarta część Sim City w pełni uwolniła moje wizje odnośnie zbudowania miasta marzeń! Nie dość, że można było zbudować wymarzoną metropolię, to dodatkowo istniała możliwość zbudowania całej aglomeracji miast na jednej z wybranych map.

Messiah – Pierwsze spotkanie ze spolonizowaną grą

W okolicach 2003 roku otrzymałem od rodziców CD-Action z kilkoma pełniakami. Jednym z nich był  tajemniczo brzmiący tytuł Messiah. Ale że Mesjasz? Gra religijna? Po szybkim zainstalowaniu moja wizja co do religijnej gry prysnęła niczym bańka mydlana, choć  fabularnie wszystko zgadzało się. Bo oto wcielaliśmy się w małego kupidyna, który mógł przejmować kontrolę nad postaciami. Sam patent jest bombowym, wtedy byłem trochę słaby w te klocki i gra była dla mnie za trudna. Najbardziej jednak zapamiętałem polonizację i pierwsze „Ku*wa” usłyszane w grze komputerowej. Zawsze przewijałem przerywniki filmowe, gdy nieopodal byli rodzice, żeby nie wprowadzać dziwnej atmosfery – podobnej, jak podczas wspólnego oglądania TV, gdzie nagle pojawiała się scena łóżkowa!

 FIFA World Cup 2002 – Bo grę piłkarską też można zrobić z jajem

Podczas pewnej wizyty w Maku w 2002 roku, w zestawie Happy Meal znalazłem płytkę z wersją demo FIFA World Cup 2002. Jako że komputera jeszcze wtedy nie miałem, płytka poszła w kąt. Dopiero po dostaniu swojego pierwszego PC-ta sprawdziłem, co dokładnie zawierał ten nośnik. Moje zdziwienie było ogromne, bo grafika i cała otoczka mundialu robiła duże wrażenie. Najlepsza była jednak rozgrywka. Z dostępnych trzech drużyn: Niemcy, Francja, Anglia, zawsze wybierałem zespół z Zidane'em na czele. Jako że słynny piłkarz był jedną z gwiazd swojej drużyny, potrafił mocno strzelać. Ale to tak mocno, że piłka jarała się od siły strzału. Jakby przebijała się przez stratosferę. Istny obłęd i wariactwo jak na grę promującą turniej piłkarski. Mnie się jednak bardzo spodobało i gdy z jakiegoś nieokreślonego powodu mam ochotę zagrać w starą fifę, sięgam po edycję turniejową z 2002 roku.

Return to Castle Wolfenstein – Zapadający w pamięci początek gry

Obok Call of Duty i Medal of Honor to dla mnie jedna z najlepszych gier podejmujących wątek II wojny światowej. Klimatyczne miejscówki, nazistowskie eksperymenty i urozmaicony arsenał przykuwały do ekranu monitora na długie godziny. Najbardziej zapadły mi w pamięci początki gry, gdy z nożem zabijaliśmy obłąkanego doktorka, jechaliśmy kolejką linową z zamku do miasta przez gęstą mgłę, oraz wchodziliśmy do katakumb i walczyliśmy z umarlakami. Jak na 2001 rok gra robiła piorunujące wrażenie. A do tego potrafiła wystraszyć.

Operation Flashpoint: Cold War Crisis – Gra która oddziela chłopców od mężczyzn 

Są gry i GRY. Te pierwsze przechodzimy i zaczynamy kolejne, w te drugie gramy po raz kolejny, chcąc zgłębić każdy szczegół w kodzie. Dla mnie GRĄ od zawsze był Operation Flashpoint, dzieło czeskich programistów z Bohemia Interactive. Co sprawiło, że ta GRA tak mnie oczarowała? Przede wszystkim wysoki realizm z racji bycia symulatorem. Postrzelił Cię ruski żołnierz? Wzywaj medyka albo jesteś zdany na łaskę losu. Przesiadka z sielankowych FPS-ów, gdzie można było dostać na klatę parę kilo ołowiu była bolesna, ale cholernie satysfakcjonująca. W Operation Flashpoint grało się jak w szachy, próbując wyprzedzić ruch wroga aby zminimalizować straty. Plusem gry była możliwość sterowania wieloma pojazdami militarnymi znanymi z amerykańskiej i radzieckiej armii. No i edytor, gdzie tworzyłem niezłą popelinę. P.S - ruskie czołgi nie są tak straszne, gdy siedzimy za sterami AH-64 Apache.

Heroes of Might & Magic 3 – najlepszy lokalny coop na peceta

Tyle już zostało powiedziane i napisane o kultowej trzeciej części Heroes of Might & Magic, ze ciężko dodać coś sensownego od siebie. Dla mnie to prawdopodobnie najważniejsza gra życia, z którą wiąże się wiele wspaniałych wspomnień. Wspólne wielogodzinne sesje z kuzynem, kolegami czy siostrzeńcami - tego się nie zapomina. Oprócz intuicyjnego sterowania i wciągającego settingu gry, włącznie ze światem fantasy który poznajemy z opisów misji czy interakcji z przedmiotami oraz miejscami na mapie, „Herosy” są potęgą w kwestii grania w kilka osób za pomocą turowej rozgrywki. Nawet po tylu latach po premierze jest to najchętniej wybierany przeze mnie tytuł do gry na PC ze znajomymi. I chyba już nigdy to się nie zmieni. Brakuje mi takich gier.

Uncharted 4 – Orgia dla oczu

Nie jestem fanem serii Uncharted, jednak czwarta część przygód Nathana Drake’a spodobała mi się ze względu na grafikę. Piękną grafikę w jeszcze piękniejszych sceneriach, od opuszczonego hiszpańskiego więzienia, przez jazdę terenówką po dzikich stepach, pływanie motorówką wokół archipelagu wysp czy odkrywanie wspaniałej Libertalii. Uncharted 4 to dla mnie synonim świetnie wykonanej wizualnie gry, z level design na najwyższym topie.

Metroid Prime – FPS dla myślących

Metroid to niezwykle ciekawa seria od Nintendo, które przecząc wszelkiej logice inwestuje nikłe środki na rozwój marki. Niemniej pierwszy Metroid Prime urzekł mnie podejściem do gatunku FPS, gdzie więcej niż walki było zagadek logicznych i analizowania labiryntu przejść na danej mapie. Dodając do tego umiejętności głównej bohaterki (zamiana w kulę, działko plazmowe o różnych zastosowaniach), tworzył się obraz gry innej niż wszystkie, niezwykle oryginalnej ale i nie dla wszystkich. Świetną robotę wykonali producenci gry, dostosowując sterowanie do pada od Game Cube’a (system namierzania przeciwnika i sterowanie jednym analogiem). W mojej ocenie wyszło wygodniej, niż na Wii. Technicznie to również majstersztyk bogaty w detale (ot, chociażby odbicie twarzy Samus w szybce kasku), który pokazywał potencjał drzemiący w niepozornej kostce do gry w kolorze czarnym czy innym indygo.

Mafia: The City of Lost Heaven – prawdziwe GTA

Mało portek nie pobrudziłem, jak zobaczyłem w akcji Mafię. Nie mogłem ogarnąć w głowie że powstało coś, co przyćmiewa tak dobre przecież GTA III. I widziałem to na własne oczy! Mafia wyglądała dla mnie na każdej płaszczyźnie lepiej, niż gra od Rockstar – począwszy od klimatu, a kończąc na umownym przecież realizmie. Rozgrywka również robiła robotę. Do dzisiaj nie zapomnę, jak po strzale w szybę staroświeckiego auta odłamki szkła po prostu rozsypały się na ulicy. I sobie tam zostały, jak w prawdziwym życiu. Szczegół tak błahy, a ciężki do uchwycenia w Mafii 3 czy w remake-u wspominanej „jedynki”. Karanie za prędkość czy przejeżdżanie na czerwonym świetle to również było coś nowego. Mafia to gra fenomenalna, z ciekawą historią przedstawioną w urozmaiconych misjach. 

Tak też przedstawia się dwadzieścia gier, które wpłynęły na mnie najmocniej podczas wieloletniej przygody z wirtualną rozrywką. Raczej więcej tu staroci i retro, niż współczesnych produkcji, ale muszę uczciwie przyznać że niezwykle ciężko znaleźć mi coś odkrywczego w nowych grach. Pewnie do tej listy dodałbym The Legend of Zelda: Breath of the Wild, ale tej gry jeszcze nie ograłem, tyle co przez kilka chwil na targach WGW. Świetne, z potencjałem na miejsce w szerszym tego typu zestawieniu, miałoby Gravity Rush za zabawę grawitacją i Alan Wake za patent walki światła z mrokiem. Może jeszcze Fighting Force za genialną rozgrywkę do kooperacji i wykorzystanie elementów otoczenia do walki. Niemniej gdybym stworzył swoją listę najlepszych gier, w jakie grałem, pewnie z jedna czwarta ze wspomnianych tu produkcji zawędrowała by do nowego zestawienia. Bo w końcu niektóre gry takie są i zasługują na uznanie.

Czy macie podobne sentymenty do wspomnianych przeze mnie gier? 

Tagi:

Oceń notkę
+ +21 -

Play for fun, not 4K
Oceń profil
+ +114 -
Sendo1910
Ranking: 127 Poziom: 66
PD: 37229
REPUTACJA: 14313