Weekendowe granię #24
Biegną konie po betonię, a ja wściekle za nimi gonię. I choćby mrówki mnie pożarły niczym ubitą ćmę, to i tak nie przestanę, bo został mi tylko tydzień do ćwiartki.
Przepraszam za to co powiedziałem o tych mrówkach. Pewnie nie są takie złe jak o nich mówię. Niestety, ale widziałem kiedyś, jak niosły konia. Żywego z kopytami. Niesamowite, że są tak pracowite. Pewnie ich władczyni chciała mieć swojego wierzchowca, co by pomógł jej w bitwach, albo budowie królestwa. Dawno temu, kiedy byłem jeszcze młody udało mi się odwiedzić ich królestwo. Co śmieszne, nie było tam ANI jednego konia. Było to jeszcze zabawniejsze, bo wcześniej spotkałem wiedźmę, która zmniejszyła moje rozmiary. Niestety, tamte mrówki były bardzo agresywne i ciągle musiałem z nimi walczyć. Nieraz nawet wyrwałem sobie całą rękę by rzucić w jedną albo drugą. Na końcu drogi oczywiście walczyłem z ich królową, ale to całkiem inna sprawa. Ta była katastrofalnie niemiła w porównaniu do Elżbiety z innego mrowiska. Po wszystkim bez większego szwanku powróciłem do wiedźmy o raczej nieładnym śmiechu, która przywróciła mnie do mojego normalnego rozmiaru. Nie pamiętam więcej spotkań z mrówkami. Były jeszcze inne sytuacje, w których zostałem pomniejszony. W jednej z nich odwiedziłem małe myszki, które potrzebowały mojej pomocy w uzupełnieniu zapasów. Przesympatyczne stworzenia, naprawdę. Jedna z nich wzięła mnie na swój grzbiet i wspólnie uzbieraliśmy naprawdę wielkie ilości jedzonka. Chciałbym kiedyś to powtórzyć, ale od tamtego czasu odwiedziłem niezliczoną ilość istnień i trochę o nich zapomniałem. Wędrowałem poza ciałem i wchodziłem w ciała innych istot, kierując ich poczynaniami. W zasadzie, przesadą jest mówienie o nich jak o istnieniach. To zwykłe skorupy, które bez mojej obecności nie mają żadnego celu ani powołania. To moja obecność nadaje im sens, sprawia że mają jakieś zadanie. Od nich zależy jedynie jak wiele mam możliwości.

Niestety, jak się okazało ja sam jestem od nich bardziej uzależniony niż mi się wydawało. Oczywiście mógłbym całkiem zrezygnować z ich żyć, które dopełniam idąc ustaloną przez ich los ścieżką - ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Był jednak jeden moment, kiedy sam zostałem prawie wymazany. Bo co jeśli skorupa w której jest moje jestestwo, sama w sobie przestaje istnieć? W tamtym czasie kroczyłem ścieżką ojca, który pragnął ocalić swoją córkę - ta została porwana przez przedstawicieli mojego gatunku. Nie chcę Was zanudzać szczegółami z tej przygody, ale bardzo przywiązałem się do jego osoby. Wszystko co przezywałem w jego powłoce było dla mnie bardzo bliskie, chciałem aby to trwało, chciałem być świadkiem kolejnych wydarzeń. Dlatego najpierw oczarowany patrzyłem na to co się dzieje, jak wszystko co z nim (i ze mną) związane przestaje istnieć. Byłem poruszony i nie myślałem o potencjalnych konsekwencjach jakie mogły się pojawić. Zostałem wyrwany z transu kiedy sam poczułem, że ulatuję w nicość. Niestety było już zbyt późno i znalazłem się tam, gdzie trafili tacy jak ja - ci którzy zatracili się w swoich wędrówkach. Znajdowali się tu ludzie wyzbyci jakichkolwiek uczuć czy świadomości. Myślę, że jednak coś przezywali, ale tylko oni mogli tego doświadczyć - nic dziwnego skoro działo się to wyłącznie w ich umysłach.
Było tu niesamowicie jasno. Poza samymi sylwetkami kilku ludzi bez świadomości była jedynie biel. Mrużyłem oczy i chwilę trwało zanim przyzwyczaiłem się do tej rażącej nicości i mogłem się rozejrzeć. Okazało się, ze nad nami wszystkimi czuwa swego rodzaju strażnik. Nie wyglądał jak pielęgniarz pilnujący czubków - w przeciwieństwie do samego miejsca, osobnik ten wydawał się raczej złowrogi. Nie wiedziałem kim jest. Spoglądał na mnie - choć nie do końca byłem tego pewien, bowiem jego twarz jak i również oczy ukryte były za maską przedstawiającą twarz z uśmiechem wychodzącym poza czaszkę. Nie wiem jak to możliwe ale tak właśnie było. Na przodzie jego karmazynowego stroju widniała liczba 13. Czyżby to oznaczało, że podobnych jemu jest aż trzynastu? Zbliżał się do mnie powolnym krokiem a ja wpadłem w panikę. Co jeśli to on doprowadził tych ludzi do tego stanu?, myślałem gorączkowo. Nie chcę być jak oni! Zacząłem się odsuwać, choć ledwo starczyło mi sił. Niestety niemal natychmiast moje plecy trafiły na ścianę - co wydawało się raczej niemożliwe w tej wszechogarniającej bieli. Niestety, bliskie spotkanie z nim wydawało się nieuniknione.
- Nie! - krzyknąłem. - Nie jestem taki jak oni! Zostaw mnie!
Moje krzyki raczej na niewiele się zdały, poza tym brzmiały niezbyt przekonująco. W tej bieli i ciszy wszystko zdawało się nie mieć najmniejszego znaczenia. Liczyła się jedynie okrutna beznamiętność i poczucie ogromnej straty - choć to drugie raczej nie ma szans trwać zbyt długo - no chyba, że warzywa coś jednak czują.
- Uspokój się. - powiedział nieznajomy spokojnym głosem. - Nie jestem kimś stanowiącym zagrożenie.
- O czym ty mówisz? Pozwól mi wrócić na moje miejsce! - byłem coraz bardziej zdenerwowany. To w czym uczestniczyłem nie podobało mi się ani trochę.
- Wszystko w swoim czasie. Wpierw zostaniesz postawiony przed wyborem i małym testem. - mówiąc to przybysz zaczął zdejmować swoją maskę. Wiedziałem, że to co mi pokaże nie będzie niczym ładnym. Nie myliłem się ani trochę. To co zobaczyłem, sprawiło że niemal porzygałem się z obrzydzenia. To co powinno być jego twarzą, było mieszanką gówna, zębów, gnijącej skóry i włosów z końskiego ogona. Oczu nie było widać, najwyraźniej pozostały po nich jedynie blizny. Jeśli używał czegoś to jedzenia, to podejrzewałem że tylko obrzydliwego otworu, z którego w tym momencie wydostawała się jakaś obrzydliwa i gęsta substancja, której nie potrafiłem nazwać. Odwróciłem głowę z obrzydzeniem.
- Jesteś słaby. Tak jak oni - powiedział wskazując ruchem głowy na ludzi z pustymi spojrzeniami i ślinotokiem. - Ale przecież tacy właśnie jesteście. Zobaczycie tylko coś co wychodzi poza obszar waszego rozumowania i tracicie rozum, jak durne psy.
- Jesteś obrzydliwy. Czego ode mnie chcesz? - jęczałem.
- Otwieraj oczy! Patrz na mnie! - krzyknął i doskoczył do moich oczu. - Taki jesteś wyjątkowy?! - krzyczał próbując otworzyć mi oczy. - Trochę brzydoty i już się poddajesz?! Chcesz skończyć jak tamci?!
- Nie! - wrzasnąłem i otworzyłem oczy. Jego obrzydliwa twarz wciąż sprawiała, że byłem bliski szaleństwa. Ale nie chciałem zostać warzywem i siedzieć w tej nicości na wieki. Po chwili się uspokoiłem i zmusiłem do spojrzenia w jego oczodoły z zębami.
- Jakoś wątpię, by ci ludzie stracili rozum przez samo patrzenie na ciebie.
- Oczywiście, że nie. Po prostu zdenerwowali mnie tym spojrzeniem pełnym pogardy. Poza tym to co widzisz, nie zawsze jest tym na jakie wygląda. - powiedział i wbił palce w miejsce pod obojczykiem. Chciało mi się wymiotować na widok rozdzieranej tkanki która miała być jego skórą, ale jednocześnie patrzyłem zafascynowany, próbując odgadnąć co to wszystko znaczy. Zrywał z siebie coraz więcej skóry, jakby chciał odsłonić swoją czaszkę. Jednak gdy dotarł do szczęki, okazało się że ta wygląda całkowicie normalnie. To samo tyczyło się reszty twarzy i głowy. Ta obrzydliwa kupa gówna była kolejną maską.
- Reszta wolała wydłubać się osrać i spróbować mnie zabić zamiast patrzeć się na moją maskę. Dlatego nie dałem im żadnego wyboru. Chodź, zapoznam cię z jednym przypadkiem. - mówiąc to zaprowadził mnie do człowieka, który siedział bez najmniejszego ruchu.
- Temu nie dałem żadnego wyboru. Posłałem go od razu na głębokie wody pozwalając się wcielić jedynie w szaleńca poszukującego swojej martwej żony. Nie zniósł tej wycieczki do samego piekła. Po wszystkim był tak wyprany, że następnie potrafił wcielić się jedynie w drzewo. No i jest w tej roli do tej pory.
- Teraz rozumiem. Czemu mnie potraktowałeś inaczej?
- Bo ty jednak wolałeś współpracować. Dlatego ten durny i śmieszny test mamy za sobą. Teraz pora na drugi etap. Wiesz dlaczego tu trafiłeś?
- Wiem - odpowiedziałem. Wszystko stawało się coraz bardziej zrozumiałe. - Zatraciłem się. Ale historia tej skorupy była naprawdę piękna i wciągająca!
- Doskonale cię rozumiem. Sam o mało nie skończyłem jak ci którzy tam siedzą i patrzą na swoje otwarte powieki. Widzisz tego tam? - wskazał na gościa, który skulił się jakby przed ostrzałem. - Wydaje mu się że jest poszukiwaczem przygód i jest w momencie walki z bandą Murzynów z kałachami. Szkoda, że zatrzymał się w tej chwili na dobre. Zadziwiające, że jego mięśnie potrafią wytrzymać przez tyle czasu. Może to dlatego, że kiedyś był górnikiem. Mówili na niego Hantos i ponoć w swoim fachu był najlepszy.
- Może miał za dużo wungla. Mówisz, że sam prawie podzieliłeś jego los? W takim razie nie jesteś władcą tego miejsca?
- Władcą? Nie rozśmieszaj mnie. - odpowiedział ze śmiechem. - Ja tylko sobie czasem odwiedzam tą wesołą gromadkę i zajmuję się przybyszami.
- Myślałem, że zaczynam wszystko rozumieć, ale jednak nie - powiedziałem zmieszany.
- Sam kiedyś maniakalnie wędrowałem poza ciałem, sterując poczynaniami tych skorup. I tak jak ty, prawie wymazałem swoje jestestwo. Trafiłem tutaj i zostałem poddany testowi. Mnie sprawdzał jednak osobnik o wiele bardziej okrutny. Mówili na niego Germanos i za nic miał takie istnienia jak my. Uważał, że najwidoczniej nasze życia są mało ciekawe, skoro wolimy wcielać się w innych.
- No, niezła historia.
- Resztę poznasz w swoim czasie. Teraz musimy przystąpić do drugiego etapu. Np chyba, że wolisz posiedzieć z Hantosem.
- Nie za bardzo. Nie to, żeby wydawał się mało sympatyczny, ale rola drzewa do mnie nie przemawia.
- Dobrze to słyszeć. Mam dla ciebie kilkadziesiąt różnych skorup postawionych w różnych sytuacjach. Zanim jednak dowiesz się jakie to role, musisz pomóc pewnej młodej dziewczynie.
- Zabierajmy się do dzieła w takim razie.
- Dobrze mi to słyszeć. No to dajesz, popaprańcu.
Niedługo po tym osobliwym zdarzeniu znalazłem się w dość skromnej pracowni alchemicznej. Nie za bardzo wiedziałem co i jak, ale szczęśliwie odpowiednie księgi mnie wprowadziły. Moim zadaniem było spełnianie życzeń królestwa poprzez tworzenie różnych przedmiotów czy likwidowanie potworów. Nie mogę Wam powiedzieć zbyt więcej, bo będę zmuszony wejść w ciało robaka rozdeptywanego przez jednego z Was. Poza tym, o tym możecie przeczytać gdzie indziej. Po spełnieniu wszystkich życzeń króla, mogłem wrócić do białego miejsca i wybrać w kogo tym razem się wcielę. Wybór był naprawdę spory. Mogłem doświadczyć apokalipsy z zombie w roli głównej, mogłem wcielić się w podróżnika przemierzającego pustynię, czy człowieka walczącego z dużymi ojcami. Atrakcyjną wydała mi się rola czarnego rycerza - po ostatnich wydarzeniach chciałem poczuć siłę. Jakież było moje zaskoczenie gdy okazało, że wiszę na szubienicy w jakimś teatrzyku. Czułem jak pętla zaciska się na mojej szyi i już myślałem, że mój nowy nauczyciel mnie oszukał. Ale jak się okazało moją rolą było uwolnienie się z tego śmiertelnego uścisku. Rozbujałem morderczą linę i gdy jej nieczułe dłonie puściły mój kark upadłem na deski tego bez wątpienia szalonego teatru, w którym byłem aktorem. Podszedłem do aktora (czy aby na pewno) udającego trupa i wyjąłem z jego ciała miecz. Zaraz po tym poczułem w sobie ogromną moc i żądzę mordu. Wrzasnąłem z całych sił i pobiegłem przed siebie. Na drodze stanęły mi głowy ze skrzydłami, obrzydliwe i grube maszkary, a jeszcze później wilki. Przeraził mnie ich ogromny władca o ludzkiej głowie, ale i jego pokonałem. Moja rola w tej sztuce jeszcze nie dobiegła do końca, ale moi antagoniści są coraz trudniejsi Nie wiem czy podołam, ale w razie czego mogę zmienić skorupę. Pewnie wcielę się w człowieka walczącego z dużymi ojcami.
