Weekendowe granie #15

BLOG
681V
kalwa | 03.05.2014, 01:00
Poniżej znajduje się treść dodana przez czytelnika PPE.pl w formie bloga.

Kolejny tydzień dobiega końca, ale tym razem był wolny już od poniedziałku. Tylko co z tego, skoro powodem „wolności” była choroba? Nic się nie chce, wszystko boli, a w gorączce człowiek niewiele ogarnia. Na szczęście to już prawie za mną i już prawie w pełni mogę cieszyć się z wolnego czasu.

Niestety pierwsza wersja bloga została utracona w momencie kiedy była ukończona w 70%, więc ta pewnie będzie krótsza i podejrzewam gorsza, bo już pisana z niecierpliwością.

 

Zaczniemy od tego, że kilka dni temu udało mi się zdobyć pierwszą platynę i jak łatwo się domyślić dotyczy Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots. Paradoksalnie Big Boss Emblem wcale nie był taki najgorszy. Najgorzej zdobywało mi się te niby łatwiejsze związane głównie z kilkukrotnym przechodzeniem gry i liczeniem. Jakieś ponad albo mniej niż 25 kontynuacji, ponad 200 razy się przeturlać z boku na bok, czy poderżnąć gardła ponad 100 przeciwnikom, ale jednocześnie zabić mniej niż 250, żeby zdobyć inny. Zaczynało mnie to męczyć. Specjalnie umierałem żeby nabić ponad 25 kontynuacji, wbiegałem przeciwnikom przed oczy żeby uruchomić alarm itp. W końcu się udało i całkiem fajnie mieć te 100%, ale satysfakcja jednak nie jest tak duża jak się spodziewałem. To chyba dlatego, że i tak wiem, że nie uda mi się posiadać 100% we wszystkich grach, bo ciągle coś kombinują. Najpierw każą zdobywać osiągnięcia w sieci, a potem wyłączają serwery. I nie byłoby z tym problemu gdyby gracze dalej mogli się bawić w sieci bez udziału oficjalnych serwerów. W zasadzie nawet nie wiem czy i w ilu grach istnieje taka możliwość. No i przecież nie odmówię sobie świetnie zapowiadającego się Resistance czy White Knight Chronicles. Najlepiej by było, jakby te trofea nie istniały w taki sposób. Powinno być tak jak do tej pory, wewnątrz gry, do wglądu dla jej właściciela i tych, którym chce się pochwalić. Mimo wszystko, to co będzie można zdobyć, zdobęde.

 

 

Skoro skończyłem już przygodę ze Starym Wężem (jakiekolwiek skojarzenia to nasuwa) wróciłem do zdobywania wszystkiego w Final Fantasy X na PlayStation 2. Ogólnie muszę sobie przypomnieć co jeszcze przede mną do zdobycia. Ponad 100 godzin na liczniku, a zapis zrobiony na Bikanel Island ze sferą Cactuara w dłoni Tidusa. Czyli zdobywamy Mercury (?) Sigil co by Rikku mogła używać Godhand w najlepszym wydaniu. Wiem, że dla kilku bohaterów pozdobywałem najlepsze bronie i całkowicie je rozbudowałem, oraz że zebrałem wszystkie potwory do Monster Areny w Calm Lands. Nie pokonałem jednak wszystkich, są trochę trudne. Nie pokonałem również jeszcze Dark Aeonów, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Teraz muszę znaleźć jeszcze cztery albo trzy biegające kaktusy.

 

 

Idąc za radą naszego portalowego i wiecznie roześmianego kolegi, zaopatrzyłem się w cyfrowy egzemplarz wspaniale zapowiadającego się jRPG jakim jest Ni no Kuni: Wrath of the White Witch. Trudno oderwać mi się od gry i ogólnie od samego początku widać, że ta historia będzie piękna i wzruszająca. Ciągle czegoś mi jednak brakuje. Może dlatego, że na każdym kroku porównuję ją do Dragon Quest: Journey of the Cursed King. W sumie nie powinno to dziwić, w końcu to pierwsza gra Level-5, z którą miałem do czynienia. I to jeden z tych pierwszych razów, który był piękny. Ni no kuni w moich oczach bardzo traci na tym, że wszystko się tak powoli rozwija. Ponad 15 godzin na liczniku, a ja dopiero teraz dowiaduję się czym jest ostatnie zablokowane miejsce w menu. Okazuje się, że to kociołek alchemiczny z zamieszkującym go dżinem, który nazywa się Al-Khem. Druga sprawa, przez którą opowieść Olivera i Pana Drippy’iego traci to niski poziom trudności. Gra jest niemal banalna. Pierwszy raz zginąłem podczas walki ze wspomnianym specjalistą od alchemii, a poza tym zawsze do celu prowadzi nas gwiazda. To w sumie nic takiego złego, o ile dotyczy to samego postępu fabuły, ale przesadą jest to, że nawet ludzie z zadaniami pobocznymi są oznaczeni na mapce, podobnie jak potwory na które polujemy i inne cele. Trochę to przesada, no ale rozumiem, że nowi gracze nie mogą się zniechęcać. No i w sumie można wyłączyć tą prowadzącą gwiazdę. Tak czy siak, ponoć to dopiero początek i dalej jest tylko lepiej. Mam nadzieję, że będzie lepiej. Może mam zbyt duże wymagania względem tego tytułu? Sam nie wiem, ale magia która towarzyszyła ogrywaniu dema, gdzieś sobie zniknęła. A może to chodzi o to, że nie czuję jeszcze posiadania gry? ;)

 

 

 

FILMY

Nie będę za bardzo rozpisywał się o postępach w oglądaniu seriali Dexter (bo w tym nie ma żadnego) czy Sons of Anarchy (tutaj było kilka odcinków obejrzane). Wolę skupić się na genialnym anime z 1995 i ’96 roku. Neon Genesis Evangelion bardzo mi się spodobało i tak jak wielokrotnie było pisane, jego fabuła zdaje się być jedynie pretekstem do pokazania profili psychologicznych bohaterów, a przede wszystkim Shinjiego. Tutaj ostrzegam przed SPOILERAMI.

 

 

W tym miejscu pozwolę sobie na krótkie przedstawienie osobowości kilku z bohaterów. Na przestrzeni całego anime dosadnie widać, że Shinji to bardzo zagubiony i samotny człowiek, który nie ma pojęcia o tym jak funkcjonują relacje międzyludzkie. Z tego też powodu, kontaktu z drugim człowiekiem boi się jak ognia. Nienawidzi siebie, ale lubi być doceniany i to dlatego pilotuje EVĘ. Robi to o wiele chętniej od momentu usłyszenia pochwały od swojego ojca. Nigdy jednak nie chce tego robić i z apokalipsą walczy tylko dlatego, że inni tego chcą, a on zdaje się nie mieć własnej woli. Albo raczej nie wie czego chce. Raz najwidoczniej był gotowy na przyjaźń, ale potencjalny przyjaciel okazał się wrogiem, jednym z Aniołów. Zakończenie serialu może być faktycznie mało satysfakcjonujące, ale myślę że sam byłbym w stanie je zaakceptować. Finał serialu wygląda jak podsumowanie osobowości osób które poznaliśmy na przestrzeni wszystkich odcinków, oraz pogodzenie Shinjiego z samym sobą. W końcu jest w stanie zaakceptować samego siebie i być człowiekiem, a nie jedynie lalką, jak często określała go Asuka. A co mówi sam jego twórca, czyli reżyser anime, Hideaki Anno? Oprócz unikania kontaktu z ludźmi, czuje się na tyle beznadziejny, że nawet nie jest w stanie popełnić samobójstwa. Całą fabułę anime autor opisuje jako metaforę swojego życia. Pasuje gdyby dodać, że w czasie powstawania dzieła był w depresji.

 

 

Z kolei wspomniana wcześniej Asuka to ciężki przypadek, ale w wielu aspektach bardzo podobny do Shinjiego. Również odcina się od ludzi i jest samotna, ale z nienawiści do nich. Ciągle pragnie udowadniać, że jest najlepsza i nie potrafi znieść przegranej. Jest zazdrosna kiedy chwalą kogoś oprócz niej, cieszy się porażką innych, oraz nie znosi kiedy jest od kogoś uzależniona. Wydaje się bardzo twarda, ale ma to swoje zaczątki w jej dzieciństwie kiedy znalazła swoją matkę wiszącą pod sufitem. Wtedy mała dziewczynka obiecała sobie że nigdy więcej nie będzie płakać i że będzie samowystarczalna. W ostatnich odcinkach popada w depresję, ponieważ nie może już robić jedynej rzeczy którą potrafi – pilotować Evy. Idzie jej coraz gorzej co doprowadza do tego, że staje się jedynie wsparciem. Z każdą porażką załamuje się coraz bardziej, co przywołuje bolesne wspomnienia z dzieciństwa. Z początku jednak wydaje się sympatyczną, ale nazbyt marudną i przemądrzałą dziewczyną.

 

 

Resztę bohaterów zostawię sobie na później, ale widzę że to nie jedyne co w tym anime można odkrywać. Oczywiście bardzo wyraźnymi są nawiązania do chrześcijaństwa – ot, Aniołowie jako… Aniołowie, niosący apokalipsę. Do tego dochodzi tworzenie własnej prawdy, zabawa w Boga, nawiązania do Adama i Evy oraz wiele innych, którym przyjrzę się po obejrzeniu End of Evangelion. Dodam na koniec, że bardzo podobały mi się momenty, w których Shinji błądził w ciemnościach zastanawiając się nad sensem swojego istnienia. To, plus moment w którym Eva wyzwoliła się z kajdan i pokazała czym naprawdę jest. Wiem już, że anime pozabierało mnie na dobre i nie spocznę póki nie obejrzę reszty.

 

 

Tyle ode mnie. Od książek i muzyki innej niż z gier robię sobie przerwę. Pozostaje mi zapytać tak jak zwykle: co porabiacie w ten wolny czas, jaki kiedyś ktoś nazwał weekendem?

Oceń bloga:
0

Komentarze (21)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper