Weekendowe granie #14
Tym razem postaram się o lekkie poszerzenie tematyki tego weekendowego blogu. Poza samym graniem robię (pewnie podobnie jak Wy) wiele innych rzeczy. Skupmy się jednak na rozrywce, która z założenia nas relaksuje i wprawia w ten fajny nastrój, kiedy czujemy się w pewnym stopniu spełnieni. Nie przedłużając, zapraszam na kolejny odcinek Weekendowego grania.
Dodam jeszcze jednak coś do wstępu. Ktoś obserwujący mnie z zewnątrz podczas grania w jakiś wymagający tytuł (dajmy na to Final Fantasy XII i walka z Yiazmatem czy Big Boss Emblem w Metal Gear Solid 4) kiedy rzucam mięsem na prawo i lewo, gadam sam do siebie, krzyczę na postacie z gry wyzywając je od najgorszych, oraz ogólnie wściekam się jakby nie wychodziła mi jedna z najważniejszych rzeczy w życiu, mógłby sobie pomyśleć, że jeśli takie spędzanie czasu nazywam relaksującym i czymś co można określić dobrą zabawą, to najwyraźniej w którymś momencie życia coś mi się pomieszało i zostałem czubkiem (cóż za słodkie określenie). Coś w tym jednak jest. Podczas zdobywania Big Boss Emblem w MGS4 nieźle się denerwowałem jak trzydziesty raz z rzędu powtarzałem daną lokację, starając się o jak najlepsze jej przejście. Gdy już jednak przeszedłem ostatnią (bardzo denerwującą) podzieloną na cztery etapy walkę i moim oczom ukazały się ostatnie sceny gry, a później statystyki miałem ogromną satysfakcję. Do mojego inwentarza zostały dodane dwa cenne przedmioty (Stealth i Bandana), a ja mogłem sobie odhaczyć najtrudniejszy element w zdobywaniu platyny. I chodzi właśnie o tą satysfakcję, ale co ja Wam będę tłumaczył, Ci którzy calakują gry dobrze wiedzą o co chodzi. Nie wiem jak jest z tymi Łowcami Trofeów (grają w lubiane gry, czy szukają tych w których platynka wpada łatwo, a do gry nie zawsze są przekonani?), ale nie zamierzam być kimś kto platyny zbiera. Choć kto wie co mnie czeka w przyszłości i czy nie stanę się takim łowcą.

Czyli ogólnie rzecz biorąc, kolejny tydzień upływał pod znakiem MGS4 i platyny. Nie zdobyłem jej jeszcze, bo nie mam jeszcze wszystkich emblematów. Zostało mi kilka dość wymagających pod względem czasowym. I teraz celuję w emblemat nawiązujący do Assassin's Creed (ponad 50 zabić nożem, chwytów CQC oraz mniej niż 25 alarmów). Nie mam zamiaru się z tym patyczkować, więc używam Stealth ile tylko wlezie. Jednocześnie staram się o oznaczenie pszczoły, czyli użycie Syringe na ponad 50 przeciwnikach. No i są jeszcze takie jak "miej ponad 75 alarmów, ale mniej niż 250 zabitych, oraz ponad 25 kontynuacji". No i kilka różnych wariantów i na każde osobne przejście gry. Dobrze się bawię, biegając sobie na spokojnie i zwiedzając miejscówki. Są bardzo fajnie stworzone i różnorodność klimatu jak najbardziej mi się podoba. Wpadłem kilka razy na kwestie żołnierzy, o których nie miałem nigdy pojęcia. Ot, dwóch żołnierzy i jeden do drugiego mówi żeby żadnego przeciwnika nie zostawił żywego, a on tymczasem idzie na dół by stamtąd im dokopać. Fajna sprawa. Inna sytuacja miała miejsce podczas podążania tropem Naomi. W pewnym miejscu jeden z żołnierzy grzebie przy minie i mówi coś w rodzaju: "ciekawe co powie jak to zobaczy. Chyba się poszcza w gacie" i sobie dalej siedzi i grzebie przy tej minie. Takie smaczki sprawiają, że chce się eksplorować świat stworzony w czyjejś wyobraźni. Co do gry ogólnie, to chyba jak do tej pory najłatwiejszy MGS. Masa uproszczeń, typu OctoCamo, wiecznie dostępna amunicja i 70 różnych broni, krąg zagrożenia i ogólnie najłatwiejszy BB Emblem w serii.

Swoją drogą, najlepszy ranking zdobyłem podczas świąt. Niemal całe trzy dni siedziałem w domu i cisnąłem w tego Metala żywego człowieka nie widząc na oczy. W końcu jednak przyszedł moment, w którym zabrakło jedzonka i musiałem się po nie udać. Szczęśliwie, sklepy były jeszcze czynne, ale niestety twarze ludzi wydawały mi się jakieś takie dziwne. Nierzeczywiste. Mówiąc krótko, zdziczałem. Jak musiałem jechać do pracy po tej dłuższej przerwie to cały mój mały świat runął jak pogruchotany pies. Czułem się nieobecny, pusty w środku. Co się ze mną działo... Niezdrowe rzeczy, z pewnością. Kiedyś odcinanie się od świata rzeczywistego było dla mnie czymś naturalniejszym. Teraz też tak było, dopóki nie nadszedł moment zmuszający do powrotu do rzeczywistości. Może nie był to bolesny powrót, ale zdecydowanie dziwny. Chodzi ogólnie o to, że nawet jak grałem całymi dniami nie wychodząc z domu, to zawsze ktoś był w pobliżu. Gdzieś tam obok brat grał w Tibię słuchając Ozzy'ego czy jakiegoś punka (za tym drugim nie przepadam tak nawiasem mówiąc, choć wyjątki się zdarzają wśród zespołów czy piosenek), mama coś tam pichciła w kuchni i gadała z siostrami, a tutaj we Wrocławiu to dziewczyna zawsze u mego boku, a tymczasem odkąd pojechała, nikt. Sam Krzyś i jego chore gierki. Póki co, wszyscy moi znajomi zostali w miasteczku rodzinnym, tutaj nowych znajomych mam jedynie w pracy. Podobne znajomości często są czymś w rodzaju "po pracy, narka". Zdarza się, że gdzieś tam piwo się wypije, ale u mnie raczej rzadkość - tzn. żeby mnie aż tak ludzie lubili ;). Swoją drogą, nieraz mnie zastanawia gdzie są ci wszyscy ludzie, ci niedzielni gracze, którzy tak zawzięcie kupują te hity i nabijają statystyki decydujące o tym w co dzisiaj gramy? Wśród moich nowych znajomych (powiedzmy około 20) jest tylko jedna osoba z którą mogę naprawdę pogadać o grach. Sprawa wygląda jednak nie do końca tak jakbym chciał, bo on gada o PC i grach typowych dla tego sprzętu (Diablo, XCOM, Fallout 1 i 2), a ja o jRPG, MGS, Final Fantasy, Dragon Quest czy jakaś zapomniana przez świat Xenosaga albo inna Valkyrie Profile. Fajnie się gada, ale jedynym wspólnym tematem są gry, ich charakter czy gatunek już nie. Ja wiem czym jest Diablo czy Warcraft, bo swego czasu dużo grałem w gry od Blizzard, czy w Fallout, ale nie wiem o tych grach tyle co o wyżej wymienionych. Podobnie u niego: wie czym jest FF, MGS, ale Dragon Quest już nie. No i ja się ogólnie pytam, gdzie ci gracze? A no, wygląda na to, że albo się kryją bo to wciąż uchodzi za zajęcie dla niedojrzałych, albo każualizm Polski nie dotknął :). A idź pan w pieruny, z zagadkami! Robią gry dla mojej mamy, która gier nienawidzi, a ja nawet nie mogę nic z tym zrobić ;).

Koniec biadolenia i wylewania tych przemyśleń na ekran. Kogoś to obchodzi w ogóle? Wracając do tematu, to w sprawie Final Fantasy X nic jeszcze nie ruszyło. Wszystko przez opowieść o Snake'u, która nie daje mi spokoju. Żeby jednak się nie przejeść posprawdzałem sobie kilka tytułów o charakterze F2P. Cóż to za dziadostwo. Wolałbym od razu zapłacić za całość i mieć wszystko, niż ściągnąć coś co niby jest darmowe, ale żeby cieszyć się tym w pełni płacić za jakieś brązowe i dość smarowite rzeczy. Przejdźmy do rzeczy. Pierwszym tytułem jaki spróbowałem było Tekken Revolution. Bardzo lubią tą serię, choć fanem bijatyk nie jestem i jeśli kiedykolwiek byłem każualem to właśnie teraz. Dużo zagrywałem się w "piątkę" i trochę mniej w "trójkę". To moja ulubiona bijatyka, ale przecież innych nie znam. Sprawdzę jeszcze kiedyś Street Fighter, ale nie teraz o tym chciałem pisać. W "rewolucję" gra się przyjemnie, ale trudno mi powiedzieć jak to się ma w serii. Czego mi brakuje to ulubionej postaci z "piątki" czyli Devil Jina. Zostałem więc zmuszony grać Kazuyą. I jest fajnie, podobają mi się starcia z innymi graczami w sieci, zwykle kogoś na swoim poziomie rozwalam, ale bywało inaczej. Było również tak, że pobiłem jakiegoś co to ma już staż długi i w ogóle, bo aż poziom blisko 50. Dłonie mi drżały, serducho szybko waliło, było ciekawie. No ale co z tego, jak czar prysł zaraz jak mi się wirtualne żetony skończyły. Trzeba było poczekać, toteż odstawiłem grę i wróciłem nazajutrz. Nie za bardzo wiem co mógłbym jeszcze napisać o niej, chyba za mało grałem. Tyle na razie wystarczy.

Kolejną grą o takim charakterze było Dust 514. Pierwsze wrażenie? Słabizna. Mimo wszystko jednak na jakiś czas (kilka godzin) mnie zabrało. Szkoda tylko, że z początku otaczały mnie jakieś lamy, bo wszystkich ściągałem jak chciałem. Sytuacja odwróciła się po kilku godzinach, kiedy lamiłem jak nigdy. Tak czy siak, mam za sobą jakieś dwie albo trzy kilkugodzinne sesje i usunąłem z dysku. Raczej nie pociągnę dłużej, najzwyklej mam lepsze rzeczy do roboty, ot takie 100% w "dwunastce" dokończyć czy wrócić do "dziesiątki".

Inna to Deathmatch Village, ale wyłączyłem w trakcie przymusowego samouczka. Nie będę pisał o tym tytule więcej. Od początku słabo się zapowiadał i taki się okazał. Może za szybko oceniam, ale gdyby nie to że był za darmo to nawet bym po to nie sięgnął. I to chyba cała bolączka tych gier obdarzonych czyms co ludzie zwą Pay2Win.
Tytuł, na który najdłużej czekałem i jak dotąd najbardziej mnie wciągnął to DC Universe Online. Czekałem długo, bo mimo iż plik instalacyjny ściągnął się błyskawicznie, to potem dwa dni (z przerwami oczywiście) ściągała mi się reszta już wewnątrz gry. No i cóż mogę napisać? Fajne intro, aczkolwiek komiksów DC nie znam. Kilka animacji z Batmanem widziałem, oczywiście trylogię Nolana (przepiękna "dwójka"), za dzieciaka tą z mieszanymi reżyserami (w tym Tim Burton) ale z tych już nie pamiętam wiele i ogólnie kilka komiksów z Supermanem przeczytałem. No i stworzyłem sobie bohatera, choć teraz chętnie bym zmienił mu wygląd i zacząłem grać jako kALWa888 w PvE. Teraz mam poziom 9 i jestem przed walką z Banem (heh). To w zasadzie moje pierwsze MMO i trudno mi ocenić jak to wypada na tle gatunku. Mi się całkiem podoba, ale brakowało mi czegoś w rodzaju instrukcji. W pewnym momencie wpadłem na niższy poziom i otoczony murami nie mogłem się wydostać. Nie wiedziałem, że przełączyłem na inny tryb poruszania się. Biegałem więc naokoło szukając wyjścia i dopiero jak znalazłem opis przycisków to wcisnąłem lewą gałkę i wbiegłem po ścianie. Ogólnie całość przypomina mi Prototype, ale tam mechanika i tym podobne były lepiej dopracowane. No i było bardziej miodnie jeśli chodzi o eksplorację miasta.

Nie mam pojęcia jak zrobiłem tego screena, ale jakimś cudem znalazł się wśród zdjęć z MGS4 zamieszczonych powyżej.
Tyle w temacie. W kolejce do sprawdzenia czeka jeszcze Soul Calibur Lost Swords, który ukazał się 23 kwietnia, Uncharted 3 Multiplayer oraz Spartacus Legend. Mogłem pomieszać tytuły, ale teraz nie sprawdzam. Jak mówiłem wcześniej, wolę zapłacić za pełny produkt niż dostawać coś po kawałku. A to jakaś moda w dzisiejszych czasach. Miło jednak było oderwać się od Starego Sneja na chwilę.

Na zakończenie tematu gier dodam jeszcze, że nie tylko w zakresie F2P skorzystałem z dobrodziejstw PSS i pościągałem jakieś 120GB demówek. Na pierwszy ogień poszło Ni no kuni, które ograłem już kiedyś, ale jedynie poziom w lesie. Tym razem sprawdziłem sobie ten "gorący". Nie będę się na razie rozpisywał. Żywię nadzieję, że gra okaże się tak wspaniała jak się zapowiada i kusi mnie żeby kupić wersję cyfrową bo jest tania jak barszcz, ale jestem przeciwnikiem podobnej dystrybucji no i kolekcjonerem. Kolejnym wersjami demonstracyjnymi, które sobie sprawdziłem to pierwsza i druga część Uncharted. Sumienie nakazuje mi sprawdzić, chociaż raz przejść tą serię, ale demo niezbyt mnie zachęciło. "Jedynka" to za dużo strzelania, denerwująca postać Drake'a i rzecz mało dla mnie atrakcyjna czyli coś w rodzaju Indiana Jones - widziałem kilka filmów z udziałem Harrisona Forda, ale niewiele z nich pamiętam. Ogólnie nie jest to typ filmu jaki chciałbym na co dzień oglądać. W przygody Nathana gra się przyjemnie, ale banał za banałem, denerwująca postać głównego bohatera to coś co mnie odrzuca od tej gry. Z demonstracją "dwójki" już było lepiej. Trochę mniej strzelania jak się wydaje, kilka ciekawych patentów których nie widziałem wcześniej - ot taka tarcza, ale to wciąż za mało by mnie przekonać. Denerwuje mnie ten cały system auto leczenia, Drake skacze z filaru do filaru jak szalony, co nie zawsze jest przydatne. Coś mi się jednak wydaje, że kiedyś ulegnę ogólnemu hype'owi i z nastawieniem neutralnym zasiądę do tego tytułu. Coś musi być na rzeczy i nie wiem czy spocznę dopóki tego nie sprawdzę. Trochę to nie po mojemu, bo w przypadku poprzednich generacji kierowałem się jedynie opinią osób, do gustu których mam zaufanie oraz własnymi obserwacjami. Stąd w kolekcji tytuły, do których zasiadałem z zaciekawieniem. Choć zdarzyło się takie Killzone, które miało świetny klimat, ale na tym koniec. Grało się źle, było mało wciągające, a scenki raczej mocno kiczowate. Tutaj idziemy do drugiego miejsca, czyli demówki drugiej i trzeciej części tej serii. Demo włączyłem sobie na najtrudniejszym poziomie. Jeśli cała gra jest tak łatwa, to kiepsko. Jak jeszcze "dwójka" sprawiła mi trochę trudności, tak "trójka" była banalna. "Jedynkę" dwa razy ukończyłem na Hard i od początku miałem spory problem z przeżyciem, a potem było coraz gorzej. Ciekawi mnie czy i tutaj poziom jest faktycznie tak bardzo niski. No i proszę, tylko nie polska wersja... Kto to wpada na takie pomysły. Jakbym jakąś bajkę dla dzieci oglądał. Grało się przyjemnie i raczej zakupię sobie cały zestaw odsłon z tej serii. Było jeszcze DmC i jako fan japońskiego Devil May Cry tą wersją gry jestem niemal obrzydzony i wcale nie chodzi mi tutaj o wysoką częstotliwość wulgaryzmów, a gimbusiarski styl głównego bohatera. Design lokacji bardzo fajny, podoba mi się ta rzeczywistość w jakby krzywym zwierciadle, ale kogoś takiego zrobić z Dante, który w oryginalnej grze ma klasę i mimo iż nie przeklina używa mocnego słownictwa? Nowy Dante to zakompleksiony bachor, który na okrągło cwaniakuje i pluje żeby pokazać jaki jest twardy. Może jako fan serii sprawdzę, żeby mieć pojęcie, ale jak już to tylko z tego powodu. Po co od nowa robić coś co jest dobre? Póki co muszę przejść jeszcze Devil May Cry 3 i 4, bo widziałem tylko początkowe etapy tych gier, a zapowiadają się wyśmienicie. Scena w kościele z "czwórki" to czysta poezja, podobnie jak Raiden vs Gekko & Vamp w ukochanym przeze mnie MGS4. Jak fan Raymana [szczególnie "jedynki" z 1995 i o 5 lat młodszej "dwójki" - ha! bo tylko te znam :)] musiałem sprawdzić sobie demo Legends i mówiąc krótko, dla mnie jest to must have. Świetny klimat, miód i bajera, nic tylko grać. Tym samym kończę wywód o demówkach, co by Was już nie nudzić. Spamuję jak postrzelony, ale Gienek mówi że tak jest git. Swego czasu leżał na moim monitorze i zasłaniał mi obraz. Nie przeszkadzało to w graniu ani trochę, oj a nawet bardzo.

Gienek, to prawdziwie wredna bestia.
LITERATURA
Kontynuując te wypociny starej Karwy (nie zamieniać mi tutaj żadnej literki na u - wszak wulgaryzmy uchodzą za brzydkie i zakazane, szczególnie w niektórych kręgach), przedłużamy ten przydługi wpis o inne kategorie, zgodnie z Waszymi życzeniami z listów jakie do mnie piszecie. Zaczniemy skromnie, może w następnych odcinkach tego emocjonującego show pokuszę się o więcej. Na początek trochę o książkach. Dawniej byłem większym fanem czytania, jakoś bardziej mi się chciało. Tym bardziej jeśli chodzi o literaturę grozy. Tutaj zapraszamy na chwilę jednego z moich ulubionych autorów tego gatunku, czyli Stephena Kinga (wow! oryginalny jesteś Kalwa! - krzyczy ktoś z widowni). Przedostatnią jego książką jaką ostatnio sobie kupiłem było Pod kopułą. Jedno z nowszych dzieł, ale mimo wszystko uważam, że pisarz był w jak najlepszej formie podczas pisania tego potwora. Czytałem półtora raza tą książkę i bardzo mi się spodobała. Przytoczę jednak wypowiedź mojego najlepszego kumpla. Jemu trudno było przebrnąć przez ten tytuł ze względu na duży rozmach. King latał po miasteczku jak nieokiełznany ptak, opowiadając o fragmentach życia wielu osób, oraz o tym co działo się z nimi w momencie kiedy kopuła opadła. Nie spodobało się to mojemu koledze i stwierdził że "żeby to przeczytać trzeba mieć nieźle pod kopułą". Marudzi, ale podobno ma zamiar przeczytać. Powstaje drugi sezon serialu na podstawie tej powieści i jak tylko go skończą, przypomnę sobie książkę i zabiorę się za oglądanie. Z tego co widziałem niestety kopuła nie jest tak osmolona jak w oryginale - przeciwnie, jest bardzo czysta to już mi z założenia odejmuje sporo od ciekawego klimatu. Kolejną książką była Ręka mistrza i mimo iż zapowiadała się ciekawie, to koniec końców okazała się najwyżej średnia. Ogólnie taka tam historia, pisana w pierwszej osobie czego u Stefana nie lubię jakoś, wolę kiedy jest wszechwiedzącym narratorem. Jest to historia człowieka, który stracił rękę, potem zrobił się nerwowy, rozwalił sobie życie i wyjechał z dala od wszystkich. No i tam, na takiej wyspie zaczął rysować, potem malować i był w tym mistrzem. Obrazy były jednak niebezpieczne, ale czemu to nie powiem. Niech czytający potencjalni się dowiedzą. No i teraz to co czytam obecnie. Klasyk jakim jest To dopiero teraz w formie literackiej wylądował przed moimi oczami. Wcześniej widziałem jedynie film i dobrze go wspominam, ale z drugiej strony niewiele z niego pamiętam. Książka jest jak na razie dobra, jestem chyba w połowie (+500 stron za mną) i choć straszną czy niepokojącą bym jej nigdy nie nazwał to jest bardzo ciekawa. Jak tylko skończę ją czytać, wezmę się za film i sobie porównam. Też tak macie, koniecznie najpierw książka potem film? Ja niekoniecznie - wtedy film jest skazany na porażkę tak naprawdę, bo przegrywa w jednym ważnym aspekcie: objętości.

FILMY
Tyle o literkach, teraz coś o ludziach zamkniętych w telewizorach. Nigdy nie byłem fanem oglądania seriali, ale dla mojej ukochanej zrobiłem wyjątek i nawet wspólnie obejrzeliśmy Gotowe na wszystko. Mimo mojego początkowego nastawienia, stwierdzam że serial jest bardzo dobry, niemal genialny na wieczór z dziewczyną. Choć niektóre sezony są gorsze, to całość trzyma wysoki poziom. Później poszedł Dexter, ale już wielokrotnie pisałem, że jestem na szóstym sezonie i nie chce mi się kontynuować. Tym bardziej, że w pewnym momencie przerzuciłem się na Breaking Bad, który zmiótł mnie z powierzchni ziemi. Szczególnie czwarty i piąty sezon. Mistrzostwo, z pewnością kiedyś sobie powtórzę. Teraz natomiast oglądam wspólnie z dziewczyną Sons of Anarchy i niestety po przygodach Pinkmana i Heisenberga wydaje się przeciętny. Wciąga jednak na swój sposób i właśnie zaczynamy trzeci sezon. Bardzo nie lubię Claya - wszystko psuje w tym MC i szpąci jak stara franca. Jaxa swoim idolem bym nie nazwał, ale jego charakter mi pasuje - jest jednocześnie rozsądny i nadpobudliwy kiedy trzeba. No i pragnie pójść w ślady ojca, który fajnie wszystko opowiedział w swojej książce. Lubię też Tigga za to, że jest takim czubkiem - czy dobrze pamiętam że to on grał detektywa w Silent Hill? Tak na marginesie to Stephen King miał swój mały epizod w serialu i na początku go nie poznałem, ale jak powiedział że chce posłuchać do sprzątania ciała muzyki z lat 80 to byłem już pewny. Brzydki jest jak noc bez gwiazd, no i był bez okularów, dlatego miałem problem. Pełnometrażowego filmu dawno nie oglądałem, a teraz nic na celowniku nie mam.

Teraz jeśli chodzi o anime, to niestety nie skończyłem jeszcze oglądać Neon Genesis Evangelion, mimo iż zapowiadało się że skończę bardzo szybko. Gry mnie jednak odciągnęły i nie podołałem. Plan jednak jest taki, ze jak tylko otrząsnę się po tym co napisałem, zabieram się za to dzieło i łykam kolejne 10 odcinków jak pelikan. Podejrzewam, że skończę w ten weekend i podzielę się opinią jeszcze w komentarzach pod tym wpisem o ile odzyskam klawiaturową mowę.

Tyle ode mnie. Dzisiejszy odcinek dobiega końca. Może i na początku było dziwnie, może komuś nie chciało się czytać moich życiowych (Kalwa, ty życia nie masz - znów jakaś wredota z widowni), ale jakoś mnie naszło żeby się uzewnętrznić (taaa...). Ciekawi mnie ile osób przebrnie przez tego kolosa. No cóż, wystarczy że mam ograniczenia jako oficjalne narzędzie tego portalu, gdzieś muszę mieć miejsce na swoje grube ego ;). Jednocześnie podejrzewam, ze nie każda notka będzie aż tak długa, ale podobno trudno cokolwiek przewidzieć. Tymczasem, nie do końca się z Wami żegnam. Ot, nadszedł czas bym zamilkł, a Wy moi drodzy, piszcie mi tu komentarze, aż paznokcie Wam popękają. Spamujta ile tylko wlezie, bo od tego jest ten wpis. Standardowo pytanie w lekko zmienionej formie: jakimi dobrodziejstwami multimedialnymi umilacie sobe ten weekend?
SPAM CZAS ZACZĄĆ!!!