Blog użytkownika lorddan569

lorddan569

lorddan569 lorddan569 19.02.2016, 19:31
WG #108 - TL;DR i Kawaii Japanese Nya Shit
862V

WG #108 - TL;DR i Kawaii Japanese Nya Shit

Witam w moim drugim Weekendowym Graniu. Tym razem opowiadania nie będzie, bo najwidoczniej moda na to się skończyła. O czym ja tu….Aaa! W co grałem? No to lecim!
 

 

Zacznę od ZACHODNICH produkcji, co by nie odstraszyć niektórych już na początku .

 

Odwiedzając stoisko z grami postanowiłem w przypływie skąpstwa zajrzeć na półkę z grami za 15zł. Moją uwagę zwróciło Alpha Protocol. Poza tytułem i tym, że jest to gra szpiegowska nic o nim nie wiedziałem. Uznałem, że za taką cenę nie mam nic do stracenia…no i nie straciłem! Ale po kolei. Fabuła skupia się na postaci agenta Mike’a Thortona, który zostaje zrekrutowany przez tytułową tajną organizację. Podczas jednej z pierwszych misji zostaje zdradzony przez swojego pracodawcę i próbuje się zemścić. Więcej fabuły nie zdradzę, bo warto ją jednak poznać samemu.  Już na początku gra daje wybór specjalizacji bohatera. Wybrałem żółtodzioba, bo nie wiedziałem jeszcze jaki styl gry chciałem przyjąć - skradankowy czy może szturmowy. Ostatecznie polubiłem styl grania ala Snake ( Mike nawet chodzi w przykucu niczym Wąsz!), więc w późniejszej części gry wyspecjalizowałem się w drzewkach skradania, pistoletu i karabinu szturmowego. Rozwijanie tego pierwszego dale pasywne umiejętności takie jak zmniejszenie szans zauważenia przez wroga, bezgłośny chód(bardzo przydatny do zakradania się za plecy wrogów) oraz chwilową niewidzialność, która wymaksowana trwa pół minuty, w ciągu których można zrobić całkiem niezłe spustoszenie w szeregach wroga i działa też na bossów, których można wtedy załatwić jednym ciosem z ukrycia.

Pistoletami można załatwić wrogów nawet jednym strzałem, ale trzeba przycelować się na nich na kilka sekund. Oczywiście z przymocowanym tłumikiem. Przy tym ich zasięg jest ograniczony, więc nie da się niczym Snake załatwiać wrogów ze 100m z pistoletu. Po odpowiednim ulepszeniu umiejętności można oddawać strzały krytyczne zza zasłony, przez co nie ma potrzeby wychylania się. Zaryzykowałbym stwierdzenia, że ta umiejętność jest wręcz absurdalnie mocna. Karabinów szturmowych używałem głównie podczas misji, gdzie nie dało się do końca skradać oraz dlatego, że miały większy zasięg. Snajperek nie można wyposażyć ani kupić, ale można je znaleźć podczas misji albo zapłacić na czarnym rynku za ich zrzut. Zabijają jednym strzałem, przez co rozumiem brak możliwości ich dowolnego używania.

Sama rozgrywka przypomina trochę pierwsze Mass Effect, ale gorsze i bardziej drewniane. Cóż, taka specyfika RPGów, w których używa się pukawek. No i gier Obsidian. Ale wszelkie niedomagania mechaniki ratuje fabuła, która przypomina mi trochę filmy o Agencie 007. W końcu „Szpiegowska Gra RPG” na okładce do czegoś zobowiązuje. Skoro wspominałem o pierwszym Mass Effect, to jest jedna rzecz, która Alpha Protocol robi lepiej, a mianowicie nieliniowość fabuły. Tutaj dialogi i wybory naprawdę mają znaczenie i każde przejście może się różnić od innego. Nie ma tutaj ogólnego systemu moralności jak w grze Bioware. Zamiast niego jest punktowy wskaźnik reputacji z każdą postacią. W zależności od wyborów dialogowych dani bohaterowie mogą lubić lub nie głównego bohatera. Jedni lubią w pełni profesjonalne rozmowy i nienawidzą żartownisiów a inni odwrotnie. Ma to też wpływ na to, że mogą oni w jakiś sposób pomóc podczas niektórych misji kreując dywersję albo udzielając wsparcia w ludziach albo zdradzić jeśli nas nie lubią(np. jednemu z agentów ktoś zaproponował 5mln $ za zwalenie winy na głównego bohatera, ale jako, że byłem z nim w dobrych stosunkach, to się nie zgodził.).

Gra daje też od pewnego momentu wybór w jakiej kolejności chce się wykonywać kolejne misje zarówno główne jak i poboczne.  Wielu potyczek w grze można uniknąć przez odpowiednie dialogi, co zawsze jest na plus. Część bossów można oszczędzić i wykorzystać ich w jakiś sposób w późniejszych częściach gry i mogą chociażby zdobywać informacje lub stać się sojusznikami mogącymi udzielić konkretnego wsparcia. Same odpowiedzi podczas dialogów są podzielone na różne rodzaje takie  jak żartobliwe, agresywne czy profesjonalne. Ma się kilka sekund, więc trzeba decydować pod presją czasu. Czasami też są one bardzo niejasne w tym o co w nich chodzi. Podczas rozmowy z informatorem w barze dostałem w pewnym momencie możliwość odpowiedzi „Mała szklanka”, no to pomyślałem, że może bohater naleje mu lub sobie wódki, ale zamiast tego zdzielił go butelką po łbie! Ach ta jasność odpowiedzi streszczonej w dwóch słowach!

Jak gra szpiegowska, to oczywiście nie mogło zabraknąć hakowania i otwierania zamków, którym są poświęcone oddzielne minigry. Hakowanie opiera się na wyszukiwaniu w lecącym kodzie dwóch nieruchomych jego fragmentów i dopasowanie ich do dwóch z góry podanych jego wariantów. Jest też limit czasowy i po jakiś 10 sekundach zmienia się ich pozycja i trzeba szukać od nowa. Na początku jest to dość trudne, ale z czasem idzie się tego nauczyć. Otwieranie zamków. To już jest cięższe. L2 steruje się zapadką, co wymaga naprawdę dużej precyzji, bo okienko w którym można ją otworzyć jest bardzo wąskie. Do końca gry tak naprawdę nie nauczyłem się tego robić idealnie. Jeśli miałbym coś zarzucić głównemu wątkowi to bardzo słabo zrealizowane romanse, które czasami były zrobione na siłę by pasowały do ogólnego wydźwięku fabuły. Jest to jeden z tych tytułów, w którym fabuła nadrabia średniawą mechanikę i polecam grać tylko tym, którzy dla dobrego wątku fabularnego są w stanie to znieść. Reszta pewnie nazwie Alpha Protocol crapem albo w porywach średniakiem. Mnie się podobał i dostarczył więcej zabawy niż nie jeden tytuł AAA.

Criterion Games. Każdy wie, że robili świętej pamięci Burnouty a od paru lat będące jego nieciekawą inkarnacją Need for Speedy, ale stworzyli jedną grę, która z samochodami miała mało wspólnego(no może poza ich wysadzaniem) czyli Black. Ostatni raz grałem w niego jakieś 7 lat temu i mając w pamięci, że świetnie mi się w niego grało postanowiłem zobaczyć jak mocno nostalgia zderza się z murem rzeczywistości. Żeby sobie trochę utrudnić ponowne podejście postanowiłem grać na hardzie, gdzie nie ma apteczek do dowolnego użytku i można korzystać tylko z zestawów pierwszej pomocy czasami zostawianych przez poległych wrogów, bo normalne apteczki są dla nubów! Fabuła jest opowiadana w formie retrospekcji podczas przesłuchania. Tutaj ciekawostka-filmiki te były nagrywane z udziałem prawdziwych aktorów. Skupia się ona na ostatnich dniach jakiejś tam operacji w której brał udział główny bohater, którego imienia kompletnie nie pamiętam. Ogółem fabuła jest tylko pretekstem do opróżniania kolejnych magazynków i całkowicie się o niej zapomina. Ogółem jest to staro szkolna strzelanka, gdzie nie ma celowania przez przyrządy mechaniczne i co najwyżej jest zoom a zdrowie nie regenerowało się samo, więc nie można z pieśnią bojową na ustach szarżować na kolejne pozycje wroga, bo skończy się to zgonem i powtarzaniem misji od początku lub jednego z checkpointów, których jest niewiele. 2 w ciągu całej misji to prawdziwe szaleństwo, więc trzeba grać ostrożnie.

Co z narzędziami siania śmierci? Standardowo. Pistolety, MP5, Uzi, SPAS12, Kałachy, M16, P90, RPG-7, G36 czy M249. Co mi się od razu rzuciło w oczy, to liczba amunicji w magazynkach, która jest gdzieś 2-3 razy większa niż w rzeczywistości, ale rozumiem, że jest to arkadowa strzelanka i taki był pewnie zamiar. Lokacje w misjach są raczej standardowe-miasto, doki, opuszczone bazy, lasy były zakład psychiatryczny czy stary gułag. Przeciwnicy inteligencją raczej nie grzeszą, ale nadrabiają to snajperską celnością i niezłą wytrzymałością, ale stare dobre headshoty zawsze działają. Poza standardowym mięsem armatnim występują przeciwnicy ze strzelbami w maskach hokejowych, na których najlepiej działa zestaw tona amunicji+granat po którym efektownie odlatują. Każda misja trwa ok. 30-40 minut i trzeba je zrobić od początku do końca. Chyba najbardziej zauważalnym motywem w tej grze są WYBUCHY! Efektownie wybuchają miny przeciwpiechotne, granaty, pociski z RPG czy stare dobre wybuchające beczki.

Póki jeszcze pamiętam-na hardzie poza brakiem apteczek jest również wymagane zebranie połowy danych wywiadowczych w postaci ukrytych dokumentów, broni czy sejfów i laptopów do zniszczenia. Nie zebranie wymaganej liczby kończy się powtarzaniem misji od początku. Gra raczej krótka i jej skończenia na normalu zajmuje jakieś 5-6 godzin (Pffff! A ludzie mówią, że teraz gry są krótkie!) ale mnie zajęło 8 z powodu OSTATNIEGO CHOLERNEGO KILLROOM’A, który powtarzałem kilkanaście razy przez ponad 2 godziny. Klony Jasona z Piątku 13 z shotgunami, tarczownicy, wrogowie z RPG i gniazda karabinów maszynowych oraz spore zadawane przez nich obrażenia zmusiły mnie do staroszkolnego zapamiętania rozmieszczenia każdego wroga i za ostatnim razem mając to wszystko w głowie kładłem wszystkich zanim na dobre byli mi w stanie coś zrobić…oprócz gniazda karabinu maszynowego, do którego podszedłem na dosłownie milimetrze zdrowia i zdążyłem wrzucić do bunkru kilka granatów i w ostatnim desperackim biegu dotarłem do końca misji. Satysfakcja nie do opisania! A jak gra przetrwała próbę czasu? Całkiem nieźle. Zbyt wiele rzeczy mnie tam nie raziło, nawet grafika. Myślę, że w hd ta gra dalej wyglądałaby całkiem dobrze. Szkoda, że sequel nigdy nie powstał i pewnie nie powstanie. Nie liczę tutaj crapowatego Bodycount, które do Black nie ma żadnego startu.

 

W tym miejscu oficjalnie kończy się ZACHODNIA część WG. Przygotujcie się na coraz większe dawki japońszczyzny!

Premiera piątej części Project Zero/Fatal Frame za pasem, ale w końcu skończyłem  Zero: Tsukihami No Kamen znane nieoficjalnie na zachodzie jako Fatal Frame IV Mask of the Lunar Eclipse. Cholera wie, czemu Nintendo nie wydało tej gry na zachodzie pomimo tego, że oficjalne tłumaczenie był już w dość zaawansowanym stadium, ale fani razem z twórcami wydali nieoficjalnego patcha lokalizującego grę na angielski i łamiącego blokadę regionalną dla tej gry. Wszystko pod warunkiem, że ma się japońską wersję pudełkową i patcha na karcie SD. Tak gdyby to kogoś (nie) interesowało. Będąc weteranem trylogii z PS2 chętnie zasiadłem do tej gry, ale zanim to nastąpiło trzeba było poświęcić 2 godziny na ustawienie sterowania z wiilota i nunchaka na Dualshocka 3, ale ostatecznie się udało.

Akcja gry ma miejsce w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym, do którego przybywają Ruka, Misaki i Madoka oraz detektyw Choushiro Kirishima w celu dowiedzenia się prawdy o wydarzeniach sprzed 10 lat w których brali udział i przy okazji o kolejnym nieudanym rytuale, które sprawił, że duchy prześladują wyspę. Spora część fabuły jest dopowiadana w znajdowanych notatkach i pamiętnikach ale też same miejscówki i duchy są częścią historii, tylko trzeba odpowiednio głęboko pogrzebać. To może teraz coś o rozgrywce. Pierwszą poważną zmianą jaką zauważyłem jest zrezygnowanie z „residentowych” statycznych kamer na rzecz TPP,  przez co też gra się trochę inaczej niż wcześniej. I tutaj kolejna zmiana: pojawił się radar wskazujący z którego kierunku idzie duch. Decyzja, która ma sens ze względu na perspektywę kamery. Oprócz tego inaczej zdobywa się przedmioty. Teraz pojawił się detektor przedmiotów, który świeci się na niebiesko, jeśli w pobliżu jest jakiś przedmiot, który trzeba oświetlić światłem noszonej latarki. I został jeszcze jeden, który zepsuł balans w piątej części, a mianowicie sklep przy punktach zapisu, w którym można było kupić za punkty zdobywane za eliminację duchów niektóre przedmioty leczące oraz mocniejsze filmy, przez co chomikowanie każdego przedmiotu leczącego i filmu, których zbyt dużo nie było w trylogii z PS2. Przez to też znacząco spadł poziom trudności, bo filmów i medykamentów jest zazwyczaj w nadmiarze.

W piątce z tego co widziałem, to prawie wszystko można kupić w sklepie, więc można powiedzieć, że ta część była tego złym zwiastunem. Za to większość podstaw rozgrywki pozostaje podobna: z duchami walczy się używając aparatu Camera Obscura. Posiada on moc do egzorcyzmowania duchów. Dostępne są do niego różne rodzaje filmów o różnej mocy i przy tym rzadkości, specjalnych funkcji (np. alarm sugerujący najlepszy moment do ataku czy pasek zdrowia ducha) oraz dodatkowych strzałów o różnych efektach takich jak spowolnienie czy zwiększenie siły kolejnego ataku. Żeby zadawać duchom obrażenia trzeba je utrzymywać w środku celownika, a żeby zadać im największe obrażenia trzeba robić im zdjęcia tuż przed atakiem tzw Fatal Framy i Zero Shoty. Kolejna zmiana-dostępny jest Lock on. Dzięki niemu gra się dużo łatwiej niż w poprzednie odsłony, gdzie takich bajerów nie było, ale jest to uzasadnione raczej średnią precyzją wiilota i nunchuka. Inaczej gra się Kirishimą , który uzbrojony jest w specjalną latarkę, którą może też egzorcyzmować duchy. Rozdziały mu poświęcone są łatwiejsze, bo latarka zadaje ogromne obrażenia i ma spory zasięg.

Skoro to japoński horror, to nie mogło również zabraknąć zagadek i mini gierek. Większość tych pierwszych opiera się na odpowiednim układaniu różnych elementów, ale najwięcej krwi napsuła mi jedna zagadka logiczna, a mianowicie układanka 4x4, w której rozkład bloczków był za każdym razem losowany,  przez co musiałem zasięgnąć poradnika jak się rozwiązuje tego typu zagadki i po ponad godzinie „zabawy” udało mi się już rozwiązać. A z mini gierek było głównie pianino, na którym trzeba było zagrać odpowiednią melodię. Tutaj pojawił się problem, bo gra nie odczytywała pointera pomimo tego, że przestawiłem go na myszkę. Nie pomyślałem wcześniej o aktualizacji emulatora, ale gra na szczęście po niej już to odczytywała. Te melodie miały w sobie zaszyte pewne podchwytliwe elementy, ale umiejętność czytania nut(i wcześniejsza gra na klawiszach) się przydała, przez co nie stanowiły wielkiego wyzwania. Oczywiście backtracking w tej grze musiał się pojawić, ale twórcy oszczędzili graczom męczarni i wskazywali drzwi na drugim końcu mapy, do których dany klucz pasował. To uważam za plus, bo godzinne szukanie drzwi, do których pasuje dany klucz potrafiło irytować.

Ostatniego bossa w grze uważam za parodię, bo był sporo łatwiejszy od niektórych pojedynków ze specjalnymi duchami a o bossach z poprzednich odsłon nawet nie wspomnę. Coś jeszcze mi się podobało? Muzyka w creditsach. Zakończenie jak zwykle nie należało do szczególnie pozytywnych, ale happy ending jest możliwy do odblokowania na hardzie i odpowiada na pewne niedomówienia, ale te zazwyczaj są w serii niekanoniczne. Ogółem ta część była całkiem dobra, choć nie tak dobra jak dwójka albo trójka.

 

Na pełnym spontanie zakupiłem sobie pudełkową wersję Tales of Xillia. Wiele dobrego się na jej temat nasłyszałem, więc zasiadłem z przyjemnością do gry. Pierwsza rzecz jaką od razu zauważyłem był brak japońskiego dubbingu w opcjach, jak widać, Bamco na tym poskąpiło. Najbardziej angielski dub przeszkadzał mi u Milli, która brzmi ze 20-30 lat za staro. Na samym początku jest wybór czy chce się grać Judem czy Millą. Wiele osób polecało tego pierwszego z fabularnych powodów no i cóż, na pewno tego nie pożałowałem choćby ze względu na jego świetny Battle Theme. Nie ma dla mnie lepszych dźwięków do walki niż te wydobywane z gitary elektrycznej. Zaczynając fabułę Jude’a. Jest on studentem medycyny, który dziwnym zbiegiem okoliczności musiał pójść za Millą do tajnego laboratorium, której celem jest zniszczenie jakiejś broni, bo ma taki obowiązek jako inkarnacja tamtejszego Boga czy coś w tym stylu.  Oczywiście nie skończyło się to dobrze oboje zostali  potem uznani za zdrajców i razem z najemnikiem Alvinem uciekają do innego kraju przed pościgiem oraz z zamiarem dotarcia do wioski Milli. Bardzo podobają mi się Skity, czyli krótkie scenki załączane podczas eksploracji selectem jeśli są tylko dostępne. Są one z reguły zabawne i jako tako mają dodawać głębi postaciom.

Twórcy byli na tyle mili, że nie ma losowych walk jak w Tales of Eternia i wszyscy przeciwnicy są widoczni na mapie. Sam system walki jest zręcznościowy. Atakuje się za pomocą x a wychylenia gałki w daną stronę zmieniają ruchy i przy odrobinie wprawy nawet da się nawet żonglować przeciwnikami jak w jakiejś bijatyce. Ważne jest też Linkowanie, czyli w skrócie współpraca z daną postacią, która będzie zachodziła przeciwnika od tyłu, osłaniała Judowi plecy przed innym wrogiem albo będzie używała drużynowych ataków pod warunkiem, że ma się co najmniej  jeden segment paska, który napełnia się atakując wrogów tak jak również pasek many, przez co nie ma potrzeby ciągłego dokupywania przedmiotów je uzupełniających. Ciekawa jest mechanika sklepów. Otóż żeby zwiększyły one swój asortyment, trzeba przeznaczać na nie złoto albo  materiały co zwiększa ich poziom przez co pojawiają się nowe przedmioty, zbroje czy bronie oraz zniżki na już odblokowane. Sklepy mają też mnożniki dla danych kategorii materiałów przez co można całkiem szybko je levelować/Naładowanie wszystkich fragmentów pozwala odpalić tryb, w którym obie postacie przez ograniczony czas będą miały nieograniczoną ilość ruchów zarówno normalnych jak i specjalnych zwanych Artes. Pograłem zaledwie 8 godzin, więc nic tu więcej raczej nie napiszę.

 

Korzystając z dobroci emulatora NESa na telefon pobrałem Fire Emblem: Shadow Dragon and the Blade of Light. Tytuł ten nigdy nie opuścił granic Japonii, jak w sumie wszystkie odsłony gdzieś do premiery Super Smash Bros Melee, gdzie pojawił się główny bohater-Marth i nagle Nintendo zaczęło wydawać kolejne odsłony na zachodzie. Ominęło nas 6 gier, ale większość(jeśli nie wszystkie) zostały fanowsko przetłumaczone. O samej grze? Fire Emblem jest jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym turowym taktycznym RPGiem. Mnie to pasuje, bo RTSów nigdy nie trawiłem. Sama fabuła nie powala. Główny bohater dostaje zadanie uratowania królestwa. Biorąc pod uwagę, że gra ukazała się w 1990, to raczej nie ma co liczyć na jakąś mega głęboką i poważną fabułę. Ma być pretekstem i się to jej udaje. Rozgrywka to oczywiście poruszanie swoich wojsk po polach i ostatecznie przejęcie zamku przeciwnika. Poza standardowymi klasami jak rycerze, rycerze konni, łucznicy, najemnicy, złodzieje czy…specjalne jednostki na pegazach, które mogą oblatywać sporą część pola bitwy.W trakcie każdej misji można zajrzeć do wiosek i domostw aby otrzymać gotówkę(bycie księciem robi swoje) lub dowiedzieć się czegoś o szczegółach danej mapy. Niektórzy wrogowie czasami zdezerterują i przyłączą się do drużyny niebieskich (tak, stare jak świat red vs blue). Charakterystyczna dla Fire Emblem jest perma death pojedynczych postaci z drużyny. Jeśli ich zdrowie spadnie do zera, to umierają na amen, dlatego też bardzo ratuje dostępny na emulatorze save state, dzięki któremu mogę załadować poprzedni stan i uniknąć śmierci postaci. Póki co rozegrałem 3 misje. Niby mało, ale grając w pociągu nie wykręca się jakiś kosmicznych czasów.

 

Od razu na początku roku przeszedłem Shadows of the Damned. Jest to praktycznie pierwsza gra Sudy 51 jaką przeszedłem z gatunku tych dziwnych, ale po kolei. Główny bohater-Garcia Fucking Hotspur jest łowcą demonów. Pewnego dnia jego dziewczyna zostaje porwana przez Fleminga władcę piekieł. Ten oczywiście nie pozostaje dłużny i podąża za nim. Pomaga mu Johnson-pochodnia z płonącą czaszką, który potrafi zamieniać się w bronie, których notabene jest naprawdę niewiele. Pistolet, wyrzutnia spełniająca funkcję ala magnum oraz karabin maszynowy. Tylko tyle, chociaż ciągle dostają upgrady, ale jest to wyczuwalne tylko dla tego ostatniego, bo dostaje dodatkowe lufy a ostatecznie ma funkcję namierzania. Piekło jak piekło. Są nieprzyjaźnie nastawione demony i trzeba się ich pozbyć. Rozgrywka bardzo przypomina Resident Evil 4 ale z dodaną funkcją chodzenia i strzelania, która jest moim zdaniem przyjemniejsza niż ta z szóstej odsłony.

Często napotyka się strefy mroku, w których dłuższe przebywanie zabiera zdrowie bohaterowi, dlatego trzeba szukać Kozich Głów(hmm..skąd ja tą nazwę kojarzę…I Wonder…) do których trzeba strzelić światłem, bo każdy wie, że kozy są źródłem światła, right? Przydaje się też na wrogów pokrytych ciemnością, którzy są wtedy odporni na obrażenia. Czasami nawet pojawią się zagadki logiczne, ale są one dość proste i w ogóle nie warte wspomnienia. Co tam dalej….punkty zapisu są wyznaczane przez demona, który za każdym razem stawia kloca…taa, to zdecydowanie jest japońska gra. Z innych dziwności-zamek w drzwiach pełni głowa dziecka, którą trzeba nakarmić truskawką czy mózgiem. Jak widać gra mocno z jajem.  Jest tam chociażby wytłumaczone czemu przeciwnicy nie mają przyrodzenia. Więcej nie będę zdradzał z tych rzeczy. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Jakieś wady? Było kilka etapów gdzie gra zamieniała się w strzelarkę 2D w prawo i te etapy były średnio ciekawe. Mam wrażenie jakby studiu nie chciało się dorabiać etapów, to dorzucili taki średni wypełniacz. Ogólnie grało się przyjemnie, choć małe zróżnicowanie trochę zaczynało mnie irytować pod końcówkę. Gra skończyła się w dobrym momencie a samo zakończenie jest na tyle otwarte, że dałoby się zrobić kontynuację.

 

Jeszcze tu jesteście? To dobrze, bo czas na gwóźdź programu xD

 

Na pewno gotowi?

No! Teraz jesteście gotowi.

 

Uznałem, że może by coś przeczytać, no to padło na Nekopara vol 0. Nie wiem czy powinienem być wdzięczny czy przekląć tych, którzy mnie wciągnęli w tą tematykę, ale jest już chyba na to za późno. O czym to? Z tego co rozumiem przedstawia co się działo dzień przed rozpoczęciem akcji vol 1, czyli mniej więcej przedstawienie szarego dnia domu Minadukich. Ot. Robienie jedzenia, sprzątanie. W skrócie codzienność...no może poza tym, że w świecie Nekopary żyją sobie kocie dziewczęta(tak jakby ktoś się jeszcze nie domyślił). Jest ich 6. Leniwa i kłótliwa Maple, zboczona Cinnamon, ultra radosna Chocola, tsunderowata Vanilla, konfliktowa Anzu i Coconut, czyli głos rozsądku w całym tym cyrku. No i jest też ich właścicielka Shigure. Więc do wyboru do koloru. Każdy znajdzie swoją waifu.

Bardzo ciekawy jest zastosowany system E-mote, który animuje wszystkie postacie, więc nie mu tu tylko zwykłych statycznych obrazków. Co tam jeszcze...twórcy trochę zluzowali swoje fantazje i zrezygnowali ze scen seksu(co w sumie ma tutaj sens), ale na o tym trochę później. Najlepsze jest to, że wszystkie postacie mają swoje głosy, które ogółem są tak słodkie, że aż człowiek dostaje próchnicy. Vol 0 jest tak naprawdę bardzo krótkim prologiem, który da się ukończyć poniżej godziny. Za to o pewnych hmm..ficzerach dowiedziałem się dopiero po skończeniu gry. Pierwszym z nich jest jest magiczny klawisz P, która sprawia, że bohaterki podskakują. Ma to największy sens po ustawieniu pewnego suwaka maksymalnie w prawo. Innym jest opcja....głaskania nekosów. Bo czemu kurde nie?! Kto bogatemu zabroni.  Widać, że celem było tylko nakreślenie charakteru każdej postaci, no i oczywiście  budowanie hajpu przed premierą vol 2, które wychodzi już jutro!

 

No i danie główne, czyli vol 1. Tutaj fabułą jest już bardziej sensowna. Główny panolek, Kashou Minaduki wyprowadza się ze swojego domu aby prowadzić cukiernię. Pośród wielu zapakowanych paczek znajduje...dwie swoje neko, które nie mogły wytrzymać bez swojego właściciela. Tutaj pierwszy zgrzyt, bo główny bohater nie ma żadnego głosu, przez co jest on całkowicie do zapomnienia. Ogółem przez większość gry panuje sielankowy klimat. Chłopek otwiera ten swój przybytek próbując przy okazji pozbyć się nieproszonych gości, ale ostatecznie je akceptuje. Vanilla i Chocola pomagają w prowadzeniu cukierni. Jest ogólem pozytywnie i aż chce się żyć. Przy okazji można dowiedzieć się też o świecie przedstawionym, gdzie istnienie Nekogirls jest uzasadnione. Można powiedzieć, że są obywatelami drugiej kategorii i też nie jest niczym dziwnym romansowanie z nimi przez ludzi. Społeczna akceptacja level over 9000.

Czas dojść(see what i did there?) do mojego jedynego zarzutu, o którym wspominałem powyżej, a mianowicie scen seksu, których jak dla mnie mogłoby zupełnie nie być i zaryzykowałbym stwierdzenie, że wyszłoby to tytułowi na lepsze. O ile pierwsza ma od biedy jakiś sens, tak każde kolejne wydają się być coraz bardziej zbędne i wrzucone na siłę. Wręcz je przewijałem, choć dla fanów eroge na plus może zaliczyć się to, że są w pełni animowane i udźwiękowione. Z drugiej strony steamowa wersja jest ocenzurowana i nie ma ich, choć wtedy traci się smaczki na temat świata, bo akurat były zaszyte w wyciętych wątkach. Gdyby twórcy postawili tylko na sam wątek prowadzenia cukierni oraz relacji głównego bohatera z z Chocolą i Vanillą, to naprawdę byłby to kilka razy lepszy tytuł. Choć i tak był dobry, zwłaszcza, że (o zgrozo!) skończyłem go w jedno 8 godzinne posiedzenie(chyba powinienem się leczyć....ale chyba już dla mnie za późno!). Krótkie to, bo też nie ma tutaj żadnych wyborów. Jest to jednowątkowa historia, gdzie jedyne co ma się robić, to przeklikiwać kolejne dialogi. O muzyce mogę napisać tyle, że jakaś była i pasowała do pozytywnego klimatu gry. Bardziej teraz czekam na vol 2, bo będzie poświęcone wątkom postaci, które wydają się dla mnie ciekawsze. Dobra kończę to już, bo nie jestem pewien czy mój mózg jeszcze pracuje......Nie! Nie mam problemu!

 

Kącik muzyczny!

Czas trochę ochłonąć. I jak dla mnie nie ma do tego niczego lepszego niż ostre granie!

 

Wzięło mnie na słuchanie Stoner Metalu, więc postanowiłem posłuchać trzeciej płyty Acid King. Inspiracja Black Sabbath jest oczywista(w końcu to nie jako jest wpisane w DNA gatunku) i nawet wokalistka brzmi momentami identycznie jak Ozzy!

 

Stoner Metalu ciąg dalszy. Tym razem patriotycznie, bo z Polski.

 

Klasyka. Piece of Mind od Iron Maiden. Jak dla mnie jeden z ciekawszych albumów Maidenów.

 

Metallica skończyła się Kill Em’ All! Nie skończyła, ale brzmiała inaczej, bo na tym albumie jakaś połowa materiału została napisana przez Mustaine'a aka Rudego Socjopatę i słychać w tym trochę późniejszego Megadeth. No i to siarczyste brzmienie.

 

Trochę polskiej klasyki. Dorosłe Dzieci od Turbo. Bardzo przyjemny album ze słyszalnymi wpływami Iron Maiden.

 

No i prawdopodobnie jeden z najlepszych polskich Heavy Metalowych albumów. Kawaleria Szatana, czyli jak dla mnie cała esencja metalu lat 80 zamknięta w jednym krążku.

I jeszcze darmowe DLC:

Tyle ode mnie. Chwalcie się co czytaliście/graliście/oglądaliście/wstaw cokolwiek innego!

Tagi:

Oceń notkę
+ +18 -

Oceń profil
+ +5 -
lorddan569
Ranking: 1416 Poziom: 42
PD: 10073
REPUTACJA: 597