The Wars To Come

BLOG
470V
The Wars To Come
Darek | 13.04.2015, 23:16
Piąty sezon Gry o Tron rozpoczęty. Przez kolejne trzy miesiące czeka nas masa intryg, krwi i cycków! Już nie mogę się doczekać. A tymczasem, oto moje przemyślenia na temat premierowego odcinka. A wam jak się podobał pierwszy odcinek najnowszego sezonu?

Nie lubię pierwszych odcinków seriali z dużą obsadą. Dlaczego? Bo twórcy koniecznie muszą nam przypomnieć co dzieje się ze WSZYSTKIMI bohaterami niezależnie od tego ile miejsc będziemy musieli odwiedzić i ile czasu stracić, żeby tego dokonać.

Fakt, w "The Wars To Come", pierwszym odcinku piątej serii Gry o Tron nie zobaczyłem dosłownie całej obsady serialu, ale naprawdę niewiele zabrakło. Czy to dobrze czy źle? Co kto lubi, ale po mojemu przez takie rozrzucenie akcji pięćdziesięciominutowego odcinka po całym świecie całość uległa lekkiemu rozwodnieniu. Widzimy co dzieje się w King's Landing, zaglądamy do Brienne i Podricka, kilka scen z nieustannie pijanym Tyrionem, gołą dupę Daario i (niestety) zakrytą Daenerys, oglądamy jak tam mają się sprawy na Murze, a nawet zaglądamy na sekundę do Petyra i Sansy. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że jakiekolwiek zmiany, czyli "akcja" zachodzą tylko na Murze i w Meereen. Nie jest to jakoś szczególnie bolesne, ale dobrze by było skupić się na dwóch, trzech wątkach a resztę zostawić i rozwinąć porządnie w kolejnych odcinkach. Ale po kolei.

Odcinek zaczyna się od obrzędów pogrzebowych Tywina Lannistera. Dobry wybór, jako, że jego śmierć w ostatnim odcinku poprzedniego sezonu była wydarzeniem, które musiało odbić się najszerszym echem. Jest coś dziwnego w oglądaniu Charlesa Dance'a z oczyma namalowanymi na powiekach. Nie byłem pewien czy wypada się śmiać, ale, cóż... jest jak jest. Niby jest jeszcze krótka retrospekcja w której jakaś wiedźma przepowiada Cersei przyszłość, ale nie wynika z niej nic czego byśmy wcześniej nie wiedzieli. W teraźniejszości Cersei nadal gardzi swoim młodszym bratem bardziej niż karaluchami kręcącymi się po lochach King's Landing, ale teraz przynajmniej ma ku temu konkretny powód (nie żeby Tywin był ojcem roku). Pytanie, co teraz z zaplanowanym ślubem Cersei i Lorasa Tyrella? Sam Loras nie jest zbytnio zainteresowany. Prócz tego, śmierć Tywina otwiera niezliczone możliwości rozstrzygnięcia innych spraw, które "Ręka Króla" wcześniej trzymała twardo pod swoim obcasem. Szalenie ciekawi mnie jak zmieni się Jaime bez twardego spojrzenia swojego ojca łypiącego mu w kark. Z Cersei nie wiążę zbyt wielkich nadziei ale kto wie? Pewnie ci co czytali książki...

Sceny z Daenerys pokazują jak ciężko ma królowa, która z jednej strony chce dobrze, z drugiej zaś jest bardziej uparta, niż... ja. Aż szkoda patrzeć jak odrzuca dobre rady, upiera się przy swoim i zachowuje się jak, hmm, w sumie to jak prawdziwa królowa. W Meereen zaczęła działać grupa nazywająca siebie "Sons of the Harpy". Ich złote maski wyglądają intrygująco, fakt, ale zrzucając fatałaszki fantasy, mamy tu do czynienia ze zwykłą grupą rewolucjonistów - przynajmniej na razie.

Ciekawe jak potężna Matka Smoków z czasem zaczęła bać się swoich "dzieci". Miło było zobaczyć jak dwa z trzech smoków wyglądają w tym sezonie, ale nie rozumiem za bardzo samej sceny, w której występują. W pierwszym sezonie dowiedzieliśmy się, że Daenerys jest prawdziwą "matką smoków" i płomień nie robi jej krzywdy. Dlaczego więc uciekła przed uwiązanymi smokami, których, zasadniczo, jest matką? Nie chciałbym znaleźć się w tym samym pomieszczeniu co dwa dorosłe, niezbyt wesołe smoki, ale dla niej nie powinien być to problem, a już na pewno spieprzanie przed nimi nie sprawi, że zaczną się jej znowu słuchać.

Tyrionowi udało się uciec z King's Landing z pomocą Varysa, ale widać, że ostatnie wydarzenia nie miały na niego najlepszego wpływu. Wszystkie sceny w których go widzimy to Tyrion pijany, pijący, lub rzygający. Ciężko się w sumie dziwić, a Peter Dinklage po raz kolejny udowodnił, że nie tyle potrafi zagrać tę postać, co wręcz JEST nią. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek inny był w stanie stworzyć tak ciekawą kreację. Varys powoli zaczął też odkrywać swoje karty. Pytanie tylko czy postaci tak śliskiej można zaufać, nawet jeśli uratowała ci życie? Cóż, pożyjemy zobaczymy.

Zdecydowanie najwięcej wydarzyło się na Murze. Mance Ryder jest więźniem Stannisa, ale może odzyskać wolność jeśli mu się pokłoni. Pytanie, czy wojownik tak dumny jak Mance da radę przezwyciężyć swoją dumę i ocalić życie jej kosztem? Bo mimo, że Mance zapiera się, że to nie kwestia dumy, to jak inaczej to nazwać? Myśli o swoich ludziach, ale zdaje się nie zauważać, że na dłuższą metę mogłoby wyjść im to na korzyść. Cena za zuchwałość jest wysoka. Przyznam, że ściszyłem telewizor, kiedy Melisandre podpaliła stos, bo nie chciałem, żeby sąsiedzi wezwali na mnie policję. Okazało się jednak, że niepotrzebnie, bo Jon Snow pomógł Ryderowi zachować godność kończąc jego życie zanim zrobił to ogień. Może i Jon Snow nie wie nic, ale generalnie dobry z niego chłopak.

Reszta postaci pojawiła się w odcinku niejako przy okazji i nie miała nic przesadnie ciekawego do powiedzenia, więc nie ma się co o nich rozpisywać. Zobaczymy co w tej materii przyniosą kolejne odcinki.

Premierowy odcinek piątego sezonu gry o tron nie poruszył niebem i ziemią, ale chyba nikt się tego nie spodziewał. Zwyczajowo premierowe odcinki prezentują widzom co dzieje się z postaciami i powoli zaczynają zawiązywać nowe wątki, które zostaną rozwinięte w kolejnych odcinkach. Pod tym względem "The Wars To Come" spełnił swoje zadanie. Standardowo już, wszyscy aktorzy zagrali swoje role bardzo dobrze i całość oglądało się na jednym oddechu. Gdyby tylko nie to zupełnie, w moim odczuciu, niepotrzebne rozwodnienie historii, przez które ciężko było skupić się na czymś konkretnym. No nic, twórcy mają jeszcze niemal trzy miesiące na dostarczenie świetnego piątego sezonu. Ja czekam z niecierpliwością, a wy?

11

Komentarze (35)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych