22 Jump Street
Kontynuacje nigdy nie są w stanie dorównać oryginałom. Wiadomo. Kac Vegas 2, Anchorman 2, 300 Początek Imperium, to tylko pierwsze z brzegu przykłady. Co innego jeśli kontynuacja jest częścią większej całości, jak na przykład Imperium Kontratakuje, czy ostatnimi czasy Mroczny Rycerz. Jednakże co by nie mówić, kontynuacje, a w szczególności kontynuacje filmów komediowych, zwykle nie wychodzą. Autorzy licząc na szybki sukces wrzucają tych samych bohaterów w praktycznie te same tarapaty, przepakowują stare dowcipy w nowe wdzianka (że niby nie zauważymy, że to to samo?) i wypluwają letniego blockbustera. Niestety zazwyczaj takie brzydkie zagranie przynosi upragniony przez producentów efekt, bo spragnieni kolejnej prześmiesznej produkcji fani przez pierwszy weekend napchają do kinowych kas tyle pieniędzy, że na samą myśl robi się już niedobrze. Idealnym przykładem takiego postępowania jest wspomniany już wyżej Kac Vegas 2. Przecież to praktycznie ten sam film, z tymi samymi motywami i w większości tymi samymi gagami co poprzednio. A mimo to wpływy z pierwszego weekendu w samych tylko Stanach Zjednoczonych pozwoliły producentom spać spokojnie, bo film już zdążył się zwrócić i zaczął na siebie zarabiać. Więc tak, sequele popularnych komedii nigdy nie są równie dobre, jak ich pierwowzory i 22 Jump Street dobrze o tym wie. Wręcz bardzo dobrze. I przypomina o tym nawet widzowi... co jakieś dziesięć minut. Czy to znaczy, że mamy do czynienia z absolutną szmirą? Absolutnie nie.
21 Jump Street to zmodernizowana wersja serialu z lat 80ych, gdzie młodo wyglądający policjanci (w tych rolach Jonah Hill i Channing Tatum) muszą udawać uczniów ogólniaka, aby wytropić twórców nowego, niebezpiecznego narkotyku. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewał się, że wyjdzie z tego coś dobrego. A tu niespodzianka! Reżyserski duet Phila Lorda i Christophera Millera w połączeniu z niesamowitą sceniczną chemią Tatuma i Hilla dał światu bodajże najlepszą komedię 2011 roku. To co? Robimy drugą część? Zdecydowanie tak.
Tym razem, po krótkim wstępie, para policjantów musi zinfiltrować kampus jednej z amerykańskich uczelni, aby wytropić twórców nowego, niebezpiecznego narkotyku. Brzmi podobnie? Bo to dokładnie to samo zadanie co ostatnio! Żadna tajemnica. Kapitan Dickson (doskonały Ice Cube) sam wytyka chłopakom, żeby nie kombinowali, tylko zrobili dokładnie to samo co ostatnim razem, bo "góra" (w tej roli my, widzowie) się tego spodziewa. Cały film wypchany jest takimi meta żartami. Że drugi raz ten sam numer nie przejdzie, że to nudne, że tym razem budżet jest większy, więc można bardziej poszaleć. Linia między autoironią, a zwykłym sucharem jest bardzo cienka, ale reżyserom jakoś udaje się jej nie przekroczyć. Szybko też okazuje się, że historia wcale nie jest taka znowu identyczna jak ostatnim razem, a nawet potrafi kilka razy zaskoczyć. Dowcipy to nie przemodelowane wersje tych samych gagów co ostatnio, ale zupełnie świeży materiał. Jest jedna scena w tym filmie, która sprawiła, że zacząłem płakać ze śmiechu i przez dobrych pięć minut nie mogłem się opanować. Każdy kto widział film będzie wiedział o czym mówię. Ale 22 Jump Street to nie tylko ta jedna scena. To także cała masa innych przezabawnych gagów, wciągająca historia, pomysłowe sceny akcji, a także emocje. Naprawdę czuć tę przyjaźń między dwoma głównymi bohaterami. Nie miałem problemu z uwierzeniem, że ci dwaj są sobie bliscy jak bracia. Rzadko kiedy trafia się tak perfekcyjnie zgrany komediowy duet. Zaskakująco dobry jest przede wszystkim Channing Tatum, którego kariera przed pierwszym Jump Street raczej nie zwiastowała takiego komediowego geniuszu. Prócz dwóch głównych bohaterów powraca, w mniejszych, bądź większych epizodach, niemalże cała główna obsada części pierwszej i tak jak rozumiem, że scena z panem Waltersem może niektórych widzów obrzydzić (chociaż ja akurat się śmiałem) tak już cała reszta powracających postaci została wykorzystana w należyty sposób. Zabawnie wypadają również nowi bohaterowie. Czarno-skośni bracia bliźniacy, którzy dzielą się na spółkę jednym mózgiem, czy osiłek futbolista, który chyba trochę za bardzo lubi oficera Jenko to komediowe złoto. Jedyną nową postacią której jakoś nie potrafiłem polubić jest dziwaczna dziewczyna, która non stop wytyka Shmidtowi, że wygląda jak czterdziestoletni dziad. Nie było to śmieszne za pierwszym razem i za piątym sytuacja wcale nie uległa poprawie.
Jeśli nie oglądałeś 21 Jump Street to zdecydowanie zachęcam Cię do nadrobienia zaległości, ponieważ ominąłeś jedną z najlepszych komedii ostatnich lat, a zaraz po obejrzeniu części pierwszej szoruj na dwójkę, póki jeszcze grają ją w kinach. A jak nie grają, to... wiesz co robić. 22 Jump Street nie jest może lepsze od pierwszej części, ale zdecydowanie nie jest też gorsze. Przy dzisiejszej posusze dobrych komedii, myślę, że powinna to być wystarczająca rekomendacja.
Edit: ramka z youtube nie chce działać, więc wrzucam link do trailera:


