Dark-O-visioN

Profesjonalnie amatorskie teksty

Darek Darek 24.09.2020, 23:27
Enola Holmes i problem ze stylem Doyle'a
108V

Enola Holmes i problem ze stylem Doyle'a

Iza zaklepała reckę, to ja popełnię chociaż bloga! Oto dlaczego Enola Holmes jest generalnie spoko filmem na nudną niedzielę, ale nie ma się co zabijać żeby tylko móc ją zobaczyć.

No więc obejrzałem wczoraj Enolę Holmes, najnowszy film Harry'ego Bradbeera, niezbyt znanego, acz pracowitego reżysera znanego z produkcji takich jak Współczesna Dziewczyna, Dickensian, czy... Toca Race Driver 2 (zupełnie serio). Materiał chwytliwy, znane nazwiska w obsadzie, dystrybucja ogarniana przez Netflix - recepta na murowany hit. No bo co mogłoby niby pójść nie tak? Cóż, wszystko. I jednocześnie nic. Już tłumaczę, tylko najpierw trochę tła.

Enola jest znacznie młodszą siostrą Sherlocka i Mycrofta Holmesów. Podczas gdy jej bardziej sławni bracia robili kariery w Londynie, ona siedziała z mamą w domu, zdobywała edukację i... Świetnie się przy tym bawiła. Mama zawsze miała czas aby nauczyć swoją córkę czegoś ciekawego i przydatnego, nie poddawała się stereotypom, walczyła o swoje. To właśnie ten ostatni punkt ostatecznie staje się zapalnikiem wprawiającym w ruch całą fabułę pierwszego (bo na pewno będzie ich więcej) filmu. Otóż pewnego dnia mama (Helena Bohnam Carter znika. Tak po prostu. Bez słowa pożegnania. W dodatku w dniu szesnastych urodzi córki. Bracia Holmes wracają do rodzinnego domu, ale nie specjalnie palą się do pomocy przy szukaniu zaginionej pani Holmes. Enola rusza wiec sama, po drodze wplątując się w polityczną intrygę, w której gra toczy się o prawa kobiet (konkretniej prawo głosu).

Nawet z tego krótkiego opisu nie trudno wywnioskować, że jednym z ważniejszych motywów filmu jest wolność głosu, ekspresji i obierania własnej drogi. Ładne przesłanie, trzeba przyznać I wyrażone nie tylko tak dosadnymi motywami jak wspomniane głosowanie. Co ważne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy to obserwujemy 180 stopniowy zwrot w sposobie kreowania archetypów względem lat minionych (czyli też do dupy i jednostronnie), przesłanie Enoli dało radę wybrzmieć w pełni nie robiąc jednocześnie ze wszystkich postaci męskich idiotów. Ogromny szacun. Enola jest dumną i samodzielną dziewczyną, która z jakiegoś powodu bardzo lubi przebierać się w męskie ciuchy, ale kiedy trzeba potrafi przyjąć pomoc. Mimo, że jej imię pisane wspak daje "alone" czyli "sama", ostatecznie wcale nie oddaje to jej charakteru.

A wszystko to za sprawą całkiem sympatycznej obsady drugoplanowej. Grany przez Henry'ego Cavilla Sherlock nie jest tak chamski i pochłonięty samouwielbieniem, jak wersje Cumberbatcha, czy Downeya, ale wypada całkiem przekonująco. Jego stoicki spokój połączony z bystrym spojrzeniem robią z niego porządnego Sherlocka, ale jest w nim coś nie tak. Ewidentnie widać, że tej wersji detektywa wyraźnie zależy na swojej młodszej siostrze. Na pewno nie każdemu takie podejście do postaci podejdzie - w końcu Sherlock zawsze był bardziej maszyną do rozwiązywania zagadek, niż człowiekiem z krwi i kości - ale moim zdaniem otwiera to oklepaną już do granic możliwości postać na nowe możliwości.
Drugi z braci Holmes ma odrobinę mniej czasu antenowego i generalnie bardzo dobrze, bo tak jak rozumiem, że Mycroft miał reprezentować ten stary porządek świata, z którym próbuje walczyć mama Holmes, tak aktorowi wcielenie się w postać poszło wręcz za dobrze. No drażnił mnie za każdym razem, kiedy pojawiał się na ekranie, no!
Helena Bohnam Carter, czyli pani Holmes, z wiadomych przyczyn spędza przed kamerą raczej mało czasu, ale może to i lepiej. Wiadomo, Helena to klasa sama w sobie, ale mam wrażenie, że ona już dawno przestała grać i tylko podaje tekst przed kamerą. Swoim własnym, lekko już zmęczonym głosem. Trochę tajemnicza, trochę dziwna, trochę kopnięta, o bardzo wyrazistej twarzy - taka jest Helena i taka jest też mama Holmes.
Z bardziej istotnych postaci warto pewnie jeszcze wymienić Louisa Partridge'a jako markiza Tewkesbury, młodego szlachcica, który nie mogąc znieść presji otoczenia postanawia uciec z domu i właściwie natychmiast trafia na Enolę. I całe szczęście, bo gdyby został w domu to jak nic zostałby prędziutko i skutecznie zamordowany.

Trzeba przyznać, że wizualnie nie bardzo jest się do czego przyczepić (może poza kosmicznie niedzisiejszymi, powstałymi bardzo ewidentnie na ekranie komputera tłami). Operator kombinował z kamerą ile wlezie, co dało nam kilka przyjemnych ujęć w scenach walk, zgrabne podążanie za postaciami i przedmiotami, zbliżenia na burzącą raz zarazem czwartą ścianę Millie Bobby Brown i wcale zgrabne przejścia, z których następnie niegłupi użytek zrobił montażysta. No żeby nie te mikre tła! Na szczęście tyczy się to tylko tych scen, które musiały pokazać panoramę XIX wiecznego Londynu.

Ale mimo wszystkich tych plusów nie mogę powiedzieć aby Enola Holmes była filmem świetnym. Ani nawet przesadnie dobrym. A wszystko to przez bardzo nijaką intrygę, którą rozszyfrować można po pierwszych 30 minutach (ze 120). I nie jest to kwestia naszego sprytu i podążania za rozsianymi wszędzie wskazówkami, nie. Sama zagadka - odkrycie sprawcy - jest, jak to zwykle u Sherlocka bywa, nierozwiązywalna. Mi chodzi o ogólne, grube pociągnięcia pędzla - ktoś próbuje zabić markiza. Dlaczego? Trzeba oglądać połową jednego oka żeby się nie domyślić. Kto? To wie tylko Sherlock Holmes, ponieważ ma dostęp do informacji, które dla nas są kompletną tajemnicą.
Jest to bardzo częsta przypadłość historii rozpoczynających się na 221b Baker Street. Dostajemy zagadkę, kombinujemy, domyślamy się... Ale ostatecznie są to >tylko< domysły, bo super detektyw odkrył coś, o czym my nie wiemy i na koniec prezentuje po prostu wszystkie nieznane dotąd fakty, a my tylko biernie przyglądamy się kolejnym rewelacjom. Studium w Szkarłacie zaliczało na oko 80 stronicowy objazd aby wytłumaczyć nam kim jest morderca i czemu zabija - już po tym, jak Sherlock go złapał. Filmowy Lord Blackwood przekupił klawiszy, co pozwoliło mu upozorować własną śmierć. Serialowy Sherlock wyciąga rozwiązania zagadek niemalże wyłącznie z dupy. Możnaby wymieniać i wymieniać. Z jednej strony rozumiem, że taki to już jego urok jako super detektywa - zadziwia nas swoją niezwykłą mądrością i każdorazowo rozwiązuje zagadkę podczas gdy my możemy tylko patrzeć z podziwem. Ale nie zapominajmy, że Doyle pisał grubo ponad sto lat temu i dzisiaj już takie coś nie przystoi. Naśladowcy Lovecrafta, subiektywnie, korzystają z jego świata lepiej niż on sam. Tak samo powieść detektywistyczna jest dzisiaj znacznie bardziej złożoną formą i powinna zawierać wszystkie wskazówki niezbędne do samodzielnego rozwiązania zagadki (tyle, że zazwyczaj jest to diablo trudne). Tymczasem Enola oferuje tajemnicę typowo Sherlockową. Kiedy pod koniec filmu Holmes tłumaczy Lestradowi jak doszedł do tego kto wynajął mordercę, widz może jedynie przyglądać się jak detektyw, dosłownie, wyciąga z kieszeni ostateczny dowód, którego my nie mieliśmy szansy obejrzeć. No drażni mnie to. I sprawia, że ostatecznie film Bradbeera, mimo, że przyjemny, nie jest niczym nadzwyczajnie ciekawym.

To już znienawidzony przez fanów Star Wars Rian Johnson zrobił to lepiej w swoim Na Noże.

Tagi:

Werdykt
  • + - solidna obsada
  • + - potrafiąca złapać uwagę widza główna bohaterka
  • + - ładne ujęcia
  • - - cienka jak dupa węża intryga
  • - - efekty specjalne
  • - - typowo sherlockowe rozwiązanie
6.0
Darek
Darek Enola Holmes to dwie godziny typowo holmesowego, a więc mało dzisiejszego kina. Można obejrzeć, ale ostatecznie raczej zawodzi. Intrygi jak sprzed ponad stu lat to już nie jest najlepszy pomysł.
Oceń notkę
+ +5 -

Life's too short... Let's eat!
Oceń profil
+ +93 -
Darek
Ranking: 61 Poziom: 72
PD: 47834
REPUTACJA: 19529