Blog użytkownika XeRo

XeRo XeRo 18.06.2014, 16:01
Recka gry, o której PE nie skrobnęło nawet słówka
667V

Recka gry, o której PE nie skrobnęło nawet słówka

Gracze lubujący się w kierowaniu szlachetnym wojownikiem, samotnie roznoszącym w drzazgi całe armie wrogów na jakimś znanym z historii polu bitwy musieli dotychczas zadowolić się serią Dynasty Warriors (ewentualnie Samurai Warriors) lub Ninety Nine Nights. Jakiś czas temu Capcom zapragnął uszczknąć kawałek tortu i w 2005 roku wypuścił na PS2 grę Sengoku Basara, której akcja przedstawiała Japonię u schyłku epoki samurajskiej.

   Amerykanie i Europejczycy (którzy grę poznali pod tytułem Devil Kings) dostali grę z ulepszonym systemem walki względem oryginału, ale też potwornie okaleczoną (pozbawioną dwójki postaci, kiepsko przetłumaczoną, niezbyt zbalansowaną i ze średnim dubbingiem). Po latach karmienia swoich żółtych braci sequelami na PS2 i portami na PSP, również "reszta świata" dostała szansę sprawdzenia kolejnej sieczki.

 

 

   Fabuła Sengoku Basara: Samurai Heroes oparta jest na wydarzeniach mających miejsce w XVII-wiecznej Japonii, w której o jej terytoria walczyli feudalni panowie, spośród których każdy miał do dyspozycji własną armię, gotową do walki o honor swego pracodawcy. Obeznani z serią Samurai Warriors skojarzą od razu sporo nazwisk (choćby najbardziej znanych, takich jak Masamune Date czy Ieyasu Tokugawa). Wspomnieć muszę tu o scenkach przerywnikowych, gęsto przecinających główne bitwy, oraz o "gadających głowach", które skwapliwie wytłumaczą, kto z kim walczy, czemu, i dlaczego współpracuje z tym a nie innym. Reżyseria scenek nie powoduje grymasów obrzydzenia na twarzy grającego, więc może on sobie na spokojnie prześledzić, co się działo w tamtym okresie.

 

 

   Po wybraniu postaci przystępujemy do wyboru interesującej nas misji, jednak w większości przypadków mamy możliwość podążenia więcej niż jedną ścieżką. Prócz zmianami fabularnymi (np. przymierze z innym dowódcą) przejście bitwy na innej ścieżce (oznaczonej dla orientacji innym kolorem) zaowocować może dostępem do innej postaci asystującej. Tych w sumie można odblokować ok. 100. Sam przebieg bitew nie odstaje od tego, do czego przyzwyczaiła nas konkurencja - kamerzysta ustawiony za plecami głównego bohatera, wygodne sterowanie (obłożenie przycisków niemal żywcem przeniesione z DW, brakuje tylko strzelania z łuku), kilka wytycznych, których zaliczenie odblokowuje drogę do wrogiego generała, możliwość osiodłania jakiegoś rumaka... No i oczywiście tabuny wrogów, których bez litości siekamy. Można by rzec, że to już było, jednak wrażenia  (szczególnie dla tłukących wcześniej w serię od Koei) są trochę inne. Herosi, których poczynaniami sterujemy, są bardzo mobilni - ze zwykłego biegu mogą szybko przejść w sprint, wykonać backdasha (szybki uskok w tył pozwalający umknąć ciosom wroga) lub sidestep. Mapy są przy tym mniejsze niż w serii Koei (ale i tak spore), więc przemieszczanie się po nich nie męczy. Również paleta ciosów jest całkiem szeroka - prócz ciosu słabego i silnego dochodzą specjale (których postacie uczą się zdobywając poziomy doświadczenia), widowiskowe supery (które możemy sobie wybrać spośród trzech różnych), oraz Basara Arts, zjadające ładowany w trakcie bitwy pasek, ale wydatnie skracające paski energii przeciwników. Na uwagę zasługuje jeszcze, prócz blokowania, parowanie - zablokowanie dokładnie w momencie zadawania przez wroga ciosu ogłusza go i odsuwa na bezpieczną odległość. Same postacie z kolei są na tyle zróżnicowane, że nawet poznanie strategii gry jedną nie pomoże nam w opanowaniu drugiej. Inaczej prowadzi się szybkiego, mobilnego Mitsunariego, którego ciosy często zgarniają kilka stojących koło siebie postaci, a inaczej silnego, ale powolnego Yoshihiro, atakującego praktycznie tylko wrogów znajdujących się przed nim. Do wyboru mamy ponad 20 różnych zabijaków, więc każdy znajdzie wśród nich takiego, którego styl będzie mu odpowiadał.

 

 

   Sam "cham w łapie" nie wystarczy do wygrywania bitew - dobrze do tej łapy dać jakiś oręż, a ciało przyodziać w kilka zmyślnych dodatków. Broń dla naszych podopiecznych zdobywamy ze skrzyń porozrzucanych po polach bitew, tym lepszą, im wyższy jest poziom trudności na jakim gramy. W ten sam sposób znajdujemy akcesoria, których ostatecznie mamy do wyboru wręcz nieprzyzwoicie dużo - zwiększanie statystyk, zadawanie większych obrażeń określonym jednostkom przeciwnika czy dodawanie przydatnych efektów to pierwsze z brzegu przykłady ich działania. Żeby jednak zyskać dostęp do lepszych sztuk trzeba będzie albo łączyć znalezione w bitwach materiały albo wykazywać się na starciach z przeciwnikami (np. nie dając się trafić). Niestety, duża ilość akcesoriów nie idzie w parze z ich jakością - pośród przydatnych perełek znajdziemy tu masę złomu, o którego założeniu nawet w życiu nie pomyślicie (a ilość slotów na broni jest ograniczona).

 

   Warstwa graficzna SB: SH odbiega oczywiście od takich killerów jak Uncharted 3 czy The Last of Us (testowałem wersję PS3, dostępna jest też wersja na Wii), ale również wstydu programistom nie przynosi. Trzeba jednak mieć na uwadze, że deweloper jednocześnie tworzył wersję na Wii, nie mającą takich osiągów jak sprzęty Sony czy Microsoftu. Można tu więc mówić o zrównaniu oprawy do architektury słabszej konsoli. Mimo tej świadomości, nie mruży się oczu z obrzydzenia - otoczenie nie jest sterylne, zaś animacja zasuwająca w 60 fpsach trzyma fason i nie krztusi się nawet, gdy nasz heros „ogarnia” kilkudziesięciu adwersarzy. Inna sprawa, że sami przeciwnicy są ciosani jak kłody drewna, kontrastując ze szczegółowymi postaciami oficerów. Jedynie gdy do gry dołącza się drugi gracz, a ekran zostaje podzielony na pół, animacja zwalnia do poziomu 30 fps, ale w dalszym ciągu nie ma nawet mowy o czkawce.

 

 

   Warstwa dźwiękowa z kolei zasługuje na uznanie. Znakomite, wpadające w ucho (i zostające w pamięci) motywy bitewne oraz tematy konkretnych postaci to miła odskocznia od pop-rock-jazzu, którym japońscy twórcy lubią nas katować. Mając w pamięci efekty doboru angielskich aktorów do postaci w grach z Nipponu (choćby starsze odsłony Dynasty Warriors) autentycznie bałem się o brzmienie głosów postaci, które będziemy prowadzić nawet przez kilkadziesiąt godzin. Zaiste, niepotrzebnie! Głosy pasują do bohaterów (może z dwoma wyjątkami), nie mamy również do czynienia z czytaniem z kartki. Każda postać przepięknie oddaje emocje jakie nią targają (przodują tu rozentuzjazmowany Yukimura i wiecznie wkurzony Mitsunari), tak że dialogów naprawdę miło się słucha. A że trafi się również kilku indywidualistów, z nieco innym akcentem czy manierą mówienia, to można czasami boki zrywać. Osoby podkładające głosy spisały się na medal. Mierzi jednak (i to bardzo) brak synchronizacji ust z wypowiadanymi kwestiami, nie ma też możliwości przełączenia języka audio na oryginalny, japoński.

 

 

   Jakoś same superlatywy powyżej, prawda? Tak, przyszła pora na wymierzenie grze kilku razów za błędy. Pierwszym jest otoczka towarzysząca wydarzeniom w grze. Nie stara się ona być poważna, więc często obserwujemy pokaz poczucia humoru autorów – nie zawsze najwyższych lotów, a trzeba brać pod uwagę szerokość geograficzną, w jakiej zlokalizowane jest studio developerskie. Tak podczas oglądania scenek, projektów wrogów czy broni, czy słuchania rozmów między postaciami i rzucanych przez nie docinków dużo jest "japońszczyzny". Ja przyklaskuję, inni niekoniecznie, więc uczuleni na takie klimaty będą kręcić nosem. Po drugie, prócz rzeczonego już split-screenu nie ma innej możliwości gry z drugą osobą. Albo masz zaufanego, kumatego kumpla/kumpelę obok siebie, albo w multi nie pograsz (a wiedz, że gra zachęca do wspólnego ciorania, czy to oferując asystę podczas przechodzenia kampanii czy w trakcie farmienia przedmiotów). Po trzecie, gra nie ukrywa nawet, że przy nastawieniu na wyciśnięcie z niej wszystkich soków wymagać będzie od Ciebie usłużnego wręcz poddaństwa. Osoby chcące splatynować grę (lub w przypadku wersji na Wii wyrwać wszystkie medale) muszą się nastawić na jakieś 250 godzin gry. I to najlepiej z pomocą drugiego gracza. Żeby nie być gołosłownym - pierwsze przechodzenie trybu Story daną postacią może zamknąć się w kilku godzinach. Wyobrażam sobie wyraz błogości, jaki będziecie wtedy mieli na twarzy. Zniknie on wtedy, gdy okaże się że trzeba przejść ten tryb daną postacią jeszcze ze trzy razy - żeby odblokować specjalne akcesoria, specjalne bronie, alternatywne ścieżki czy postacie asystujące. Po czwarte, w Devil Kings na PS2 mieliśmy również kilka odniesień do Devil May Cry (innej gry Capcomu) - tu ich zabrakło, a ubarwiłyby nieco przedstawiony świat...

Tagi: basara heroes samurai sengoku

Werdykt
  • + świetna warstwa audio
  • + rozbudowany system walki
  • + co-op na jednej konsoli
  • - brak online
  • - nie dla każdego
  • - sztucznie wydłużany czas gry
8.5
XeRo
XeRo Zanim zakupicie nową Basarę, sprawdźcie ją - obadajcie demko, pograjcie u znajomego. To nie jest gra dla każdego. Ale jeśli Wam się spodoba, odwdzięczy się ona za poświęconą jej uwagę. Dla mnie okazało się dobrą alternatywą dla zbyt zmienionego DW6.
Oceń notkę
+ +10 -

Oceń profil
+ +11 -
XeRo
Ranking: 970 Poziom: 45
PD: 12221
REPUTACJA: 2895