100% Resident Evil

BLOG
12V
user-21592 main blog image
Nemesis US | Dzisiaj, 16:39

Wystarczy zrzucić kanoniczną odpowiedzialność a powstaną rzeczy niebywałe, niespodziewane i oryginalne. W taki mniej więcej sposób myślał Zach Cregger ("Zniknięcia, "Barbarzyńca") siadając do scenariusza swojej pierwszej adaptacji gry wideo. Na kanoniczność trzeba bardzo, naprawdę bardzo uważać, bo jeśli twórca przedobrzy lub o zgrozo, coś przekształci - fandom chce go/ją pożreć. Cregger widział w "Resident Evil" potencjał na wyborną i odważną ekranizację. Dzisiaj dopiero miałem chwilę, aby wjechać do kaliskiego kina i przekonać się jakiego eksperymentu dopuścił się jeden z moich ulubionych reżyserów. W odróżnieniu od naukowców pracujących w laboratoryjnym kompleksie w głębi gór Arklay - Cregger nie poniósł porażki. Filmowego "Resident Evil" kładę na równi z pierwszą grą.

Zwykły chłopak

Brian (Austin Abrams) nie jest gotowy na wejście w dorosłość, pracuje jako kurier - rozwozi przesyłki, głównie medyczne. Pod koniec codziennego kursu otrzymuje telefon od swojej narzeczonej, na który nie był lub nie chciał być przygotowany. Gdy w placówce szpitalnej udaje mu się zdobyć upragnione pokwitowanie za wypełnienie zlecenia dostawy otrzymuje jeszce jedną robotę - dowóz cennego towaru do szpitala w Raccoon City. Zleceniodawca płacił podwójnie, więc Brian zgodził się z uśmiechem na ustach. Cregger tworzy pretekst, aby wysłać niedoświadczonego, randomowego gościa w siedliszcze najgorszego zła, o jakim główny bohater jeszcze nie śnił. Akcja "Resident Evil" toczy się tempem adekwatnym do gier. Brian wpada w kolejnej kłopoty, przy okazji zdobywa doświadczenie w próbie przetrwania. Nie jest przy tym postacią wybitnie skomplikowaną, bo reżyser wie czym Resident Evil jest i nie bawi się w filozoficzne uzupełnienie scenariusza. To historia ujęta z perspektywy gościa niemającego zielonego pojęcia o posługiwaniu się bronią, ani radzeniu sobie w ekstremalnych warunkach. Abrams zreszta gra tutaj bardzo autentycznie i obserwując niespokojnego co chwila Briana miałem w głowie: "no tak, zachowałbym się pewnie tak samo, nie jestem eksterminatorem potworów" - do maszkar jeszcze przejdę.

Do "Resident Evil" można mieć oczywiście pretensje w zakresie kanoniczności, ale nie o tym jest ten film. Cregger doskonale rozumie istotę tej serii, rozumie jej motywy przewodnie - są to epidemia, potwory, szukanie nabojów, strach, panika i konfrontacja z brutalną rzeczywistością. "Resident Evil" Zacha Creggera scala wszystkie te elementy. Zaletą przekazu tej historii jest postać protagonisty, któremu daleko do Leona, Chrisa czy nadludzko sprawnej Alice z wypaczonych adaptacji Andersona (poza pierwszym i drugim rozdziałem tej komicznej sagi). Brian to po prostu Brian. Jest słaby, bo jest człowiekiem z krwi i kości, nie superherosem złożonym z zer i jedynek. W "Resident Evil" przemówiła do mnie autentyczność bohatera. Zupełnie jak w prawdziwym świecie - gdy coś idealizujemy, wypacza nam to faktyczny obraz. Zupełnie jakbyśmy oczekiwali od Creggera, że ten podaruje nam kostiumowy festiwal egzekucji zombie, psów i wszystkiego co Resident Evil. Już tego próbowali i efekty niestety spadały bardziej niż temperatura Raccoon City w najnowszej adaptacji.

Pod górkę 

 

Prolog "Resident Evil" powiedział mi wszystko o planach reżysera. Doskonale zrozumiałem jego intencje i dostrzegłem dominujące inspiracje czwartą i siódmą grą popularnego cyklu firmy Capcom. Film nie rzuca nawiązaniami z każdego kąta. Robi to wyborna praca kamery. Ujęcia wymieniają się w zależności od ciasnych pomieszczeń (dom, przyczepa) i szerokopasmowych fragmentów (ujęcia panoramy miasta ogarniętego płomieniami). Opowieść toczy się w znanym schemacie gier spod znaku Resident Evil. Brian dobywa broni w "chronologicznej" kolejności. Nikt nigdy wcześniej nie skupił się na kurczących się zasobach, gdy protagonista wystrzela się z naboi (z wyjątkiem pierwszego fillmu Andersona). Brian pokonuje podnóża gór Arklay, błąka się po mieście, zalicza kanały i wreszcie dociera do celu swojej podróży, skuszony podwójną zapłatą, a w tamtej chwili liczący na szybki ratunek. Nie wchodząc w spojlery odniosę się do narzekań co niektórych osób dot. finałowej sceny. Jest taka obsceniczna i trochę humorystyczna. Sam jednak nazywam ją rozliczeniem za chciwość i brak jakiejkolwiek empatii w stosunku do głównego bohatera. Do tego ostatnie ujęcia podkreślają czym jest Resident Evil i czym od zawsze było dla zwykłych ludzi, nie dla supergwiazd. Brak helikopteru lecącego w stronę słońca rekompensuje okrzyk wszystkiego co stworzyła korporacyjna chciwość. Właśnie dlatego "Resident Evil" Zacha Creggera jest tak dobrym, oryginalnym i przemyślanym filmem. 

Oczywiście, czymże byłaby adaptacja gry bez mrugania okiem w stronę widza znającego tę serię od podszewki. Niech nie zmyli Was porzucenie przez Creggera tej kanoniczności, o której pisałem we wstępie tekstu. "Resident Evil" kipi od ciekawostek znanych z gier. Od chronologii dobywania arsenału przez Briana, po zainfekowanych przeciwników i zupełnie randomowe postacie drugoplanowe, o których po dwóch minutach zapomniałem, że w ogóle były. Ale czy tak nie było z Dario Rosso w klasycznej edycji Resident Evil 3: Nemesis? Dla ciekawskich dodam, że głosu użyczył mu nieżyjący od kilku lat Tony Rosato, którego z pewnością zapamiętaliście lepiej poprzez okrzyk "S.T.A.R.S." wydawany przez naczelnego antagonistę gry, Nemesisa. Zach Cregger sam jest ogromnym fanem uniwersum i stwierdził, że spośród wszyskich franczyz z jakich można utworzyć ekranizację - to właśnie Resident Evil inspirowało go najbardziej.

Zrobił on coś, co powinien robić każdy filmowec barujący się z próbą przeniesienia znanej gry na srebrny ekran. Wykorzystał gry jako materiały referencyjne. I tak Brian powstał dzięki inspiracji Ethanem Winters'em (Resident Evil 7: Biohazard) i niesforną Grace Ashcroft (Resident Evil: Requiem). Prolog zrodziła agresja spotykana w Resident Evil 4, miasto i szpital należą do klasyki tematu - nieumarłych. Pozostaje jeszcze jedna, szalenie istotna kwestia, o której nie śmiałbym zapomnieć. Zach Cregger zachowuje piękny balans pomiędzy przemocą, a atmosferą. Oszczędza widzowi widoków rozszarpywanych ludzi, preferuje tajemniczość i naturalny lęk przed ciemnymi zakamarkami w mieście znajdującym się w szponach śmierci. Obraz potwora utrzymuje się przez krótką chwilę i skupia na zachowaniu Briana, na jego niesfornym ładowaniu nabojów do strzelby i nauce wkładania magazynka do znalezionego (w srebrnej walizce, a jakże) karabinka MP5. Gdy bohater gna przez miasta przed spadającymi zarażonymi krzyczy wręcz komicznie ale i autentycznie. Bo "Resident Evil" pomimo obecności rzeczy niespotykanych, nierealnych pozostaje horrorem bardzo, bardzo autentycznym. 

To jest film dla dorosłych

 

Czas na konfrontację, prawdziwe decydujące starcie. I nie będzie to 192939483394 wersja mutacji Nemesisa czy innego Tyranta a ta część widowni, która niespecjalnie przekonuje się do narracyjnych metod Zacha Creggera. A ja stanę za nim murem, bo podobnie jak on sam, należę do wielkich miłośników serii. Moje treści związane z uniwersum Resident Evil możecie przeczytać na stronie FB, Muzeum w Raccoon City, najstarszym polskim serwisie zgłębiającym meandry popularnej serii Capcomu. Powracając już do podsumowania, "Resident Evil" Zacha Creggera jest filmem dla dorosłych i to weterani serii, wychowani na adrenalinie fundowanej przez starsze odsłony i rozumiejący transformację sposobów przekazywania grozy (np. w RE7) odnajdą potencjał tej adaptacji.

Brian jest gościem tak autentycznym, że trudno mi go było nie lubić. A tej czapki zacząłem szukać na wyprzedażach w całej galerii - oczywiście, że takowej nie odnalazłem. Filmu nie zaakceptują młodsze pokolenia fanów (a wiem, ża takie są, bo sala była zalana nastolatkami) i nie dlatego, że jest to obraz przeciętny, a ja próbuję go wybronić przez cały ten żenujący tekst. Nie zaakceptują go, bo nie ma w sobie gwiazd, do których przyzwyczaiły ich gry. Leon rozbijający trupie głowy jednym kopnięciem, Wesker odbijający ręką sforę przeciwników lub Chris nokautujący Matkę Mirandę pojedynczym strzałem. "Resident Evil" ogląda się najlepiej z perspektywy osoby dorosłej, która w zdezorientowanym Brianie i jego próbie przetrwania dostrzeże i lekcję survivalu i czyste Resident Evil. Lepszej adaptacji jeszcze długo nie zobaczę. A tę obejrzę jeszcze nie raz, nie dwa. 9/10. Rzekłem. 

 

 

 

Oceń bloga:
1

Komentarze (0)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper