PS5 przy 41 stopniach, czyli lipiec w Namanganie
W Namanganie mieszkam od czerwca, w Dolinie Fergańskiej, jakieś trzy godziny jazdy od Taszkentu przez przełęcz. Przyjechałem tu do pracy na kilka miesięcy i zabrałem ze sobą PS5, bo nie umiałem sobie wyobrazić wieczorów bez niej. Nikt mnie nie ostrzegł, że w lipcu termometr w cieniu pokazuje tu po czterdzieści stopni i że elektronika znosi to gorzej niż ja.
Konsola stoi w wynajętym mieszkaniu na drugim piętrze, w bloku z wielkiej płyty, z oknami na południe. Pierwszy tydzień było dobrze, bo grałem dopiero po zmroku. Potem przyszła fala upałów i PS5 zaczęła szumieć jak suszarka do włosów, nawet w menu głównym, gdzie przecież nic się nie dzieje.
Poniżej to, co u mnie zadziałało, a co nie. Nie jestem inżynierem, po prostu kilka razy się pomyliłem.
Balkon to był zły pomysł
Pierwsza myśl była prosta: w pokoju jest 34 stopnie, więc przeniosę wszystko na balkon, gdzie jest przeciąg. Balkon wychodzi na południe, więc w południe było tam grubo ponad czterdzieści. Konsola wytrzymała dziesięć minut i wyświetliła ostrzeżenie o temperaturze, którego wcześniej na oczy nie widziałem. Wyłączyłem ją od razu, wniosłem do pokoju i przez godzinę siedziałem nad nią z przerażeniem, że coś się trwale stało.
Nic się nie stało. Sąsiad z dołu, który naprawia telewizory, obejrzał ją z drzwi i przez tłumacza w telefonie powiedział, że PS5 jest zrobiona twardziej, niż wygląda, ale wentylator to nie magia. Dostałem radę, żeby postawić ją pionowo, z tyłu zostawić jakieś dwadzieścia centymetrów wolnego miejsca i pod żadnym pozorem nie wciskać do szafki z drzwiczkami. Szafkę wyniosłem do przedpokoju jeszcze tego samego wieczoru.
Na przyszły rok chyba kupiłbym zwykły stojak pionowy z podstawką, bo ten mój leży na dwóch książkach i trochę się chwieje. Książki są po rosyjsku, więc nawet nie wiem, o czym.
Dopiero po ósmej
Teraz gram po dwudziestej, kiedy w mieszkaniu spada do jakichś trzydziestu stopni. Kupiłem na bazarze biurkowy wentylator za równowartość sześćdziesięciu złotych i ustawiłem go tak, żeby dmuchał w tył konsoli. Różnicę słychać od razu, szum spada z suszarki do zwykłego brzęczenia. W ciągu dnia konsola nie jest włączona nawet na pauzie, bo tryb spoczynku też grzeje.
Drugi kłopot to prąd. Napięcie czasem skacze, światło przygasa na sekundę, a dwa razy w ciągu lata nie było go wcale przez godzinę. Kupiłem listwę z zabezpieczeniem przepięciowym i przestałem się tym przejmować. Gram w FC i w jakąś długą przygodówkę, na którą w Polsce nigdy nie miałem czasu, a zapisy w chmurze załatwiają resztę. Wczoraj o dwudziestej pierwszej za oknem było jeszcze 29.
Pady też cierpią. Przy trzydziestu kilku stopniach ręce się pocą, gałki robią się śliskie, a w FC trudno wtedy celnie podać. Wycieram pad ręcznikiem co kilka minut, jak tenisista, i śmieję się z siebie, że do grania przy takim upale brakuje mi tylko opaski na czoło. Kolega z pracy, Uzbek, zapytał, czy to jakaś polska tradycja.