Wszyscy chcą uratować świat... Tylko że każdy dla siebie - recenzja 1-go sezonu Fallouta
[To jest tekst archiwalny, pierwotnie opublikowany niedługo po premierze]
Fallout to nie tylko jedna z legendarnych serii gier wideo. To także jedna z tych serii, które na zawsze zostają w pamięci. Jednak ja, jako fan gier wideo i popkultury, nigdy jakoś bardzo w temat się nie zagłębiłem. Więc siłą rzeczy nie jestem wielkim fanem tego uniwersum, choć nie sposób przynajmniej o Falloutach nie usłyszeć, jeśli siedzi się w temacie. Zresztą grałem w Sheltera (choć to całkiem inny typ gry – strategia trochę bardziej ekonomiczna), chwilę też w „trójkę” i New Vegas. I w końcu zrobili tę (niby) adaptację w formie serialu. Pomyślałem – co mi szkodzi, może będzie chociaż nieźle. Więc w tym tekście postaram się odpowiedzieć na pytania: czy warto sięgnąć po serial Amazona? Czy to tylko kolejny syf sygnowany logiem jednej z najbardziej rozpoznawalnych serii gier Bethesdy? A i – czy to faktycznie jest adaptacja, jak większość twierdziła? No i chyba przede wszystkim: czy ktoś niezaznajomiony z pustkowiem ma po co to oglądać?

Odpowiedź na trzecie pytanie brzmi: NIE. To nie jest adaptacja. I zaczynam od niego nie bez powodu. Bo nie wiem, kto to wymyślił, ale albo nie grał w gry, albo jest znawcą uniwersum takim, jak ja lekarzem. Dlaczego? A no dlatego, że akcja serialu ma miejsce (w większości) ponad dwieście lat po wybuchu „Wielkiej Wojny” (tak wiem, jak każda część). Ale żeby było jeszcze śmieszniej – nigdzie nie pada stwierdzenie, że to adaptacja którejkolwiek z gier. Co więcej, serial skupia się na trójce bohaterów, którzy nigdy wcześniej w żadnej grze się nie pojawili. Są to Lucy MacLean (Ella Purnell), Maximus (Aaron Moten) oraz Ghul (Walton Goggins).
Trzy postacie, trzy przeplatające się (miejscami) historie, trzy różne spojrzenia na świat i trzy zadania, jakie postawili przed sobą nasi bohaterowie. Nie bez powodu jest tych trójek aż tyle – każdy z bohaterów przedstawia jeden archetyp gracza. Zabieg ten ma na celu podkreślić erpegowość całej historii, niczym system wyborów atrybutów postaci w grach. A ponadto połączyć wszystkie wątki w jedną całość – i trzeba przyznać, że robi to całkiem sprawnie.
Lucy (Ella Purnell) to osoba, która stawia przede wszystkim na inteligencję. Stara się omijać niepotrzebne konflikty i załatwiać większość spraw polubownie. W sumie to nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że jest „Krypciarą”. Nie widzę w tym nic złego, ale skoro kieruje się głównie rozsądkiem i chłodną kalkulacją (przynajmniej w założeniu), to nie rozumiem, dlaczego bywa naiwna jak dziecko. A przez to niejednokrotnie pakuje się w kłopoty. Niemniej her cel jest naprawdę szczytny – odbicie porwanego ojca wymaga od niej nie tylko opuszczenia bezpiecznej Krypty, ale i wielu innych wyrzeczeń.
Maximus (Aaron Moten) natomiast to archetyp osiłka. Jak trzeba się lać, to idzie w ciemno – dosłownie i w przenośni. Często coś robi, a dopiero potem myśli. Jak dla mnie, jako niedoszły rycerz Bractwa Stali, nie pasuje zbytnio do tej roli. Choć nie powiem, że to totalny nieudacznik – może po prostu ma tyle szczęścia, co rozumu?
A Ghul (Walton Goggins) to typowy westernowy antybohater, który dosłownie kradnie całe show. Archetyp survivalowca twardo stąpającego po ziemi. Czasem coś spieprzy, ale w większości planuje następny krok. A jak już popełni błąd, to nie ogląda się za siebie – po prostu idzie dalej, często dosłownie po trupach. Jego celu nie mogę zdradzić, bo to zbyt duży spoiler, ale uwierzcie mi – to najbardziej autentyczna i zajebista postać w tym serialu.
Chyba wystarczająco wyjaśniłem kontrastowość głównych bohaterów. Ale co z resztą postaci? To pytanie też jest oczywiście zasadne. Bo w tym serialu nawet postacie poboczne mają sens. Nie są tylko tłem dla historii – mają własne (krótsze lub dłuższe) wątki i motywacje. Dobrym przykładem jest brat Lucy – Norman (Moises Arias). Na początku typowa ciapa, bardziej unikający kłopotów niż tchórz, ale później odkrywa kolejne tajemnice społeczności Krypt. I nie waha się prowadzić śledztwa mimo trudności. Więc z postaci drugoplanowej robi się ktoś, kto w drugim sezonie może stać się jednym z głównych bohaterów? No może i nie, ale swoją historię ma – i to jest fajne.

Podobnie jak Moldaver (Sarita Choudhury) – ta jest jednym ze złoli, choć w pewnym momencie można w to zwątpić i stwierdzić, że czyny, których się dopuściła, mogły być jednak w jej mniemaniu koniecznością. W skrócie jest to postać złożona, podobnie jak inne, i wiele z nich ma coś do zaoferowania.
No dobra – postacie są okej, ale co z klimatem? Fallouty mogłyby być tylko kolejnym postapo, jakich wiele. To, co je wyróżnia, to kilka specyficznych elementów: retrofuturystyka, czarny humor, specyficzna erpegowość (o której już wspomniałem) i masa easter eggów.
Scenografia i kostiumy trzymają klimat Falloutów. Może nie tych starszych, bo brakuje tej „brudnej” palety barw – bliżej im do nowszych, bardziej kolorowych odsłon. Widać to zwłaszcza w retrospekcjach. Niemniej retrofuturystyka tutaj zdecydowanie jest obecna. Dobrymi przykładami będą samochody ze wspomnianych retrospekcji czy Stimpaki – lek na większość obrażeń.

Co do easter eggów – nawet nie będąc znawcą, widać, że jest ich masa. Już na samym początku twórcy puszczają do widza oko. Wiem to stąd, że po seansie odpaliłem sobie „jedynkę”, trochę pograłem i zauważyłem parę ciekawostek; widziałem też różne filmy na YT. I jest jeden smaczek, o którym muszę wspomnieć – Ochłap. Kto nie wie, kim on jest, powinien wiedzieć, że bez Ochłapa (albo jego alternatyw) Fallouta nie ma. A kto liznął choć trochę falloutowego świata, ten powinien rozumieć, dlaczego tak uważam. Tak samo z czarnym humorem – może nie wyłapałem wszystkiego, ale jest go naprawdę sporo.
Jeszcze jedna rzecz podkreślająca erpegowość tej produkcji – soundtrack. Dobierany nie tyle do scen, co do postaci. U Lucy – spokojne, melancholijne utwory. U Maximusa – rockowe rytmy. A u Ghula – country. Mieszanka zróżnicowana, ale dobrze dopasowana. Chociaż miejscami odbiega to od tej reguły, nadal pasuje.
Gra aktorska – co tu dużo mówić? Aktorzy się spisali. Są emocje, zaangażowanie – to nie jest kolejna sztywna produkcja, w której wszyscy mają miny, jakby robili to za karę, a jak się uśmiechają, to tak, jakby mieli kija w tyłku. Widać, że nie grają tylko po to, żeby grać, a wcielają się w swoje postacie, dzięki czemu są autentyczne i można je szybko polubić (lub nie).

Muszę przyznać – klimat ten serial trzyma. I to chyba nie bez powodu. Amazon dobrał jedną z najodpowiedniejszych osób na stanowisko głównego reżysera i showrunnera – Jonathana Nolana. Osobiście nie jestem jego jakimś wielkim fanem – dla mnie to po prostu kolejny reżyser, który ma na koncie parę dobrych filmów. Ale to, co go wyróżnia, to fakt, że zna to uniwersum, bo jest jego fanem. A to ogromny plus.
Choć oczywiście jest kilka mankamentów – parę bezsensownych wątków prowadzących donikąd czy to, że pod koniec serial całkiem mocno przyspiesza tempo i za dużo się dzieje. Ale to tylko takie szczegóły, jeśli chcesz się do czegoś przyczepić. Ogólnie reszta jest zrealizowana bardzo dobrze.