Historyczne niezapominajki #2. O samurajskich początkach
Czasy samurajów historycznie rozciągają się na ponad 700 lat od XII do XIX stulecia. W historii gamingu ich złoty wiek przypadł na szóstą generację konsol, gdy klany Onimushy, Way of the Samurai, Samurai Warriors i Genji walczyły między sobą o graczy. Dziś o tym ostatnim z podtytułem Dawn o the Samurai.
Genji poznajemy jako przegrywów z walnej bitwy z wojownikami Heishi. Zaproszony do wywiadu po porażce jakiś wojownik klanu na pewno nie szukałby winy w sobie, tylko stwierdził: „A bo oni mieli jakieś klejnoty i było ich dużo i dlatego żeśmy przegrali”. Amahagane, bo o nich mowa, dają niemal boskie mocy. Heishi wygrywają i wprowadzają nowe rządy. Dotychczasowa arystokracja traci wpływy w spółkach skarbu państwa, dzieci płaczą, a i wybierając się na zwykły spacer po mieście można dostać plaskacza w twarz. Ot slasherowa fabułka w pigułce - Genji dobrzy, Heishi źli. Cel też prosty - wystarczy ich zamienić miejscami. Genji z przegrywów mają stać się wygrywami, Heishi odwrotnie.

W misji rewanżowej będzie nam dane pokierować dwoma bohaterami - Yoshitsune i Benkeim. Co ciekawe, obie postacie i ich imiona nie są przypadkowe a czerpią z opowieści i podań japońskiego folkloru. Yoshitsune jest w pewien sposób wzorowany na rzeczywistym dowódcy a spotkanie protagonistów i jego miejsce też nie są przypadkowe. Bardzo doceniam takie detale i smaczki. Yoshitsune dzierży dwa miecze, jest szybki, zwinny i udowadnia, że samuraje tez potrafią (wysoko) skakać. Mnich Benkei rozwiazuje problemy siłą woli włóczni i pały. Postacie mają inne style walki i umiejętności. Spodobal mi się ten patent, bo nadaje rozgrywce innego tempa.

Slasher to system walki a Genji ma na niego ciekawy pomysł. Przeciwników możemy zasypywać ciosami, ale przychodzi czas, gdy wołamy do wroga: „chodź tutaj, albo ty, albo ja” na decydujące starcie. Gdy w odpowiednim czasie naciśniemy przycisk, pierwszy, drugi, trzeci, czwarty a nawet piąty wróg padnie od jednego ciosu, a my doświadczymy diablo satysfakcjonującego przypływu endorfin szczęścia. Walka jest soczysta i daje kopa. Co lepsze system sprawdza się także w pojedynkach z bossami, których jest sporo i nawet ostatniego można skillowo rozłożyć kilkoma sekwencjami w 2 minuty!

Genji dodatkowo ma ambicje na więcej. Jest ekwipunek, wbijanie poziomów i prosty rozwój statystyk. Widać, że tego samuraja coś ciągnęło w stronę action-RPG. Nie mam nic przeciwko. Z drugiej strony brak tu większych urozmaiceń w rozgrywce. Nie ma zagadek, elementów platformowych jest tyle, co postaci, które przeżyją z nami spotkanie, czyli niewiele. Są za to całkiem przyjemne sekrety, które pozwalają podbić staty a czasem znajdziemy ukrytą broń lub pancerz.

Ten samuraj nie boi się też rozmawiać. Na szczęście zna japoński (jest dubbing). Scenek przerywnikowych nie brakuje a w chwilach między szlachtowaniem wrogów można pogadać ze zwykłymi mieszkańcami. Buduje to klimat wraz z lokacjami (wioski, pałace, świątynie) i nastrojową muzyką, choć tu zabrakło mi akurat jakiegoś świetnego motywu przewodniego.

Szkoda, że ten dobrze rokujący wojownik padł martwy już klika lat później od ciosu w postaci nieudanego Genji Days of the Blade, po którym marka nie wróciła. Bycie samurajem to widać ryzykowny zawód, ale na pewno nie żałuję, że przez te niecałe 10 godzin dane mi go było pełnić:)
Graliście? Pamiętacie? Wspominacie?
Dajcie znać w komentarzach!