Historie pewnych znajomości cz.1

BLOG
476V
Ural | 31.03.2010, 13:31
Poniżej znajduje się treść dodana przez czytelnika PPE.pl w formie bloga.

Historie pewnych znajomości, to moja bardzo stara seria tekstów na temat konsol, które miałem przyjemność posiadać. Ponieważ ta część ma jakieś 7-8 lat (ano ;)), to podejdźcie do tematu z pewną hmm... wyrozumiałością wink (jizz, co za zmutowana emotikonka, pewnie Ściera rysował;). Że płodzę tu swojego bloga, to postanowiłem te moje wypociny odkurzyć i tutaj wrzucić, zwłaszcza, że inaczej nikt by ich pewnie nie przeczytał, hehe. W każdym razie znajdziecie tutaj trochę ciekawostek i pierdół, głównie prawdziwych (jak mniemam, bo dawno tego nie czytałem hehe). A tak zupełnie poważnie, to... musicie sami przeczytać i ocenić! Materiał podzielony jest na cztery części, ale z racji na wiek mogą powstać kolejne (ostatnia, tj. czwarta część powstała jakieś 5 lat temu chyba). Dziś wrzucam pierwszą, a kolejna... wkrótce ;). Miłego czytania.

Historie pewnych znajomości, to moja bardzo stara seria tekstów na temat konsol, które miałem przyjemność posiadać. Ponieważ ta część ma jakieś 7-8 lat (ano ;)), to podejdźcie do tematu z pewną hmm... wyrozumiałością wink (jizz, co za zmutowana emotikonka, pewnie Ściera rysował;). Że płodzę tu swojego bloga, to postanowiłem te moje wypociny odkurzyć i tutaj wrzucić, zwłaszcza, że inaczej nikt by ich pewnie nie przeczytał, hehe. W każdym razie znajdziecie tutaj trochę ciekawostek i pierdół, głównie prawdziwych (jak mniemam, bo dawno tego nie czytałem hehe). A tak zupełnie poważnie, to... musicie sami przeczytać i ocenić! Materiał podzielony jest na cztery części, ale z racji na wiek mogą powstać kolejne (ostatnia, tj. czwarta część powstała jakieś 5 lat temu chyba). Dziś wrzucam pierwszą, a kolejna... wkrótce ;). Miłego czytania.xxxxx

 
 
HISTORIE PEWNYCH ZNAJOMOŚCI, CZ.1
 
Konsole już na dobre zadomowiły się w Polsce - i bardzo dobrze. Ludzie nareszcie zaczynają poznawać różnicę pomiędzy graniem na komputerze, a na urządzeniu specjalnie do tego przeznaczonym. Problemem może być co najwyżej to, że powoli granica pomiędzy komputerem, a konsolą zaczyna się zacierać - wystarczy spojrzeć na propozycję firmy Microsoft - Xboxa, który w zasadzie jest odpowiednio zaprojektowanym pudłem, w którym znajdują się bebechy Peceta oraz Windows na pokładzie...
 
To co jednak wyróżnia konsole to bezapelacyjnie aura jaka je otacza, specyficzne gry oraz olbrzymia społeczność zagorzałych fanów. I nie ma się czemu dziwić. A jeżeli macie jeszcze jakieś wątpliwości, to zapraszam do lektury mojej opowieści o konsolach, które miałem okazję posiadać i poznać bliżej - a może i Wam udzieli się odrobina tego klimatu i zaczniecie patrzeć na konsole przychylniejszym okiem.
 
SEGA MASTER SYSTEM

 
 

 
 
W świecie elektronicznej rozrywki za komuny w Polsce niewiele się działo. Owszem, ktoś miał Atari, ktoś Ponga, ktoś ZX Spectrum, ale nasz rynek był bezapelacyjnie zamknięty na wszelkie nowości zachodniej cywilizacji i o wielu rzeczach mogliśmy co najwyżej marzyć.
 
Moja przygoda z konsolami zaczęła się więc dość wcześnie, bo już w 1987 roku. Wtedy również zasmakowałem i innych smakołyków ówczesnej cywilizacji - np. japońskiej subkultury związanej z mangą i anime. Umożliwił mi to jeden prosty fakt - wyjechałem wtedy na cztery lata do Belgii, czyli do siedliska zła, bo samego centrum Unii Europejskiej ;). Wtedy również w Europie zadebiutowała nowa konsola firmy Sega, jednocześnie pierwszy jej system oficjalnie wydany w Europie. Co prawda Master System nie był konstrukcją nową (pojawił się rok wcześniej w USA), ale miał kilka atutów - po pierwsze dość pokaźną bazę gier - Master System był w rzeczywistości europejską wersją Segi Mark III, która na rynku japońskim zadebiutowała rzecz jasna wcześniej. Ponadto dzięki wejściu na specjalne karty pamięci (oprócz standardowego wejścia na kartridże) Master System był kompatybilny także ze wcześniejszym, jeszcze 4 bitowym modelem - SG 1000. Przy okazji warto również obalić pewne przekonanie, jakoby Sega była firmą japońską. W rzeczywistości była to firma amerykańska, która powstała w Japonii. Jak wiemy po II wojnie światowej stacjonowały tam wojska amerykańskie, zaś pewien biznesmen z USA zaczął dla baz US Army sprowadzać maszyny coin-up ze Stanów. Ten sam człowiek zaczął je potem produkować w Kraju Kwitnącej Wiśni, by potem połączyć swe siły z pewnym japońskim inwestorem. Firmę przemianowano na Service Games, zaś na jej czele stanął oczywiście ów Amerykanin. Od tej nazwy wziął się właśnie skrót - SEGA - dwie pierwsze litery wyrazu "Service" oraz dwie pierwsze wyrazu "Games". Sega miała również (i dotąd ma) dwie siedziby - jedną w USA i jedną w Japonii. Tyle w skrócie. Master System był w każdym razie konsolą, która nie wzięła się znikąd i rozpoczął konkurowanie z najgroźniejszym i jak się mawia odwiecznym rywalem Segi - firmą Nintendo. W tamtych latach na rynku rządził niepodzielnie NES, czyli Nintendo Entertainment System, znany gdzieniegdzie pod nazwą Famicom. Konsola ta była nieznacznie gorsza sprzętowo od propozycji Segi, co zresztą w konfrontacji tych dwóch firm było pewnym standardem, natomiast nadrabiała olbrzymią ilością wydanych na nią gier oraz dłuższą obecnością na rynku. Na szczęście Sega nie próżnowała, zaś sam Master System stał się konsolą w Belgii równie popularną - o ile nie popularniejszą. W 88 również i ja "nabyłem" (w postaci prezentu na Mikołaja) ową konsolę wraz z dwoma grami. I była to chyba najgorsza decyzja moich rodziców, którzy wytyczyli mi krąg zainteresowań na najbliższych kilkanaście lat - od konsoli nie mogłem wprost się oderwać. Moimi pierwszymi grami były dwie średnie gry - Chase HQ (konwersja z coin-upów) oraz gra w hokeja Slap Shot. Wkrótce jednak kwestię doboru gier wziąłem we własne ręce i stałem się posiadaczem m.in. takich tytułów jak: Wonder Boy III, Sonic The Hedgehog, Shadow Of The Beast, czy Donald Duck.
 
Rynek konsol był w Belgii olbrzymi. W telewizji faszerowano nas reklamami Segi, czy Nintendo, w miastach odbywały się festyny, obie firmy urządzały liczne konkursy, itp. - słowem marketingowa machina działała na najwyższych obrotach. Warto również, a nawet trzeba podkreślić sytuację komputerów osobistych. Otóż sytuacja na rynku zachodnim była dokładnym przeciwieństwem sytuacji w Polsce. U nas kupowano wtedy pierwsze wydania Top Secreta, tudzież Secret Service, prym wiodły czasopisma pokroju Bajtka, czy Amiga & Commodore, zaś największym objawem luksusu było posiadanie Amigi 500, bądź Atari ST. W Belgii jedyną osobą z Amigą 500 jaką znałem był mój kolega Polak... podobnie przedstawiało się to w kioskach - czasopism o konsolach była cała masa, zaś o komputerach osobistych ledwie kilka.
 
Natomiast Master System był sprzętem wręcz doskonałym. Zdawać by się mogło, że wyobrażenie sobie porządnej gry na konsolę 8 bitową graniczy z cudem, a jednak to głównie na Sedze były tytuły od których nie mogłem się oderwać. Problem z konsolami polegał w tamtym okresie po prostu na tym, że z racji ograniczeń sprzętowych gry były dopracowywane w najmniejszym szczególe, etapy projektowane z wyjątkową dbałością, a grafika tworzona do jednego piksela. I było to czuć - zwłaszcza w takich szlagierach jak Sonic i jego kontynuacje - co tu dużo mówić - ta platformówka wytyczyła nowe kierunki rozwoju w tej dziedzinie i zdeklasowała ślamazarnego Mario rodem z Nintendo...
 
Konsol była cała masa, o czym mogłem się przekonać dzięki mojemu przyjacielowi, który pochodził z Indonezji. Wszyscy wiedzą jakiego świra mają Azjaci na punkcie konsol i elektroniki - u nich to była wręcz mania :). Przesiadywałem u niego całe dnie, co nie było trudne, bo mieszkał dwa piętra niżej. Konsol miał kilka - min. NES'a oraz jego popularną w USA podróbkę - konsolę NASA. Ta ostatnia przypominała nieco popularnego u nas Pegasusa - zwłaszcza pod względem liczby gier dostępnych na jednym kartridżu ;). Również w tym okresie zaczęły się pojawiać nowe urządzenia (około 1990 roku). Między innymi SNES - Super Nintendo Entertainment System, a wkrótce po nim Sega MegaDrive (znana w USA pod nazwą Genesis). Ale nie to było rewolucją. Zupełnie innowacyjnym sprzętem, niestety mało popularnym, okazało się być dziecko firmy Atari - konsola przenośna Lynx - 16 bitowe przenośne cacko z kolorowym ekranem - sprzęt o naprawdę pokaźnych możliwościach. Niemniej prawdziwa rozgrywka na polu konsol przenośnych odbywała się między naszymi dwoma, standardowymi wręcz już graczami - Segą i Nintendo. To ostatnie wypuściło wtedy słynnego Game Boya - przenośną konsolkę z ciekłokrystalicznym, oczywiście mono ekranikiem. Sega uderzyła nieco później, ale o wiele mocniej (możnaby rzec "jak zawsze"), bo konsolą Sega Game Gear. Konsola biła Game Boya technicznie na łeb na szyję. Kolorowy ekran, kompatybilność sprzętowa z Master Systemem (po dokupieniu przejściówki można było na tej przenośnej konsoli grać w ulubione gry z MS), 4096 kolorów, możliwość oglądania telewizji po dokupieniu przystawki, itp. - słowem sprzęt wręcz rewolucyjny. Ale sprzedało się lepiej Nintendo, dzięki mniejszemu zużywaniu energii. Na Sedze z racji użycia kolorowego ekranu można było pokrać ledwie kilka godzin (ratowało nieco używanie akumulatorków). Oczywiście Game Gear sprzedał się całkiem nieźle i była na niego pokaźna liczba gier - konsolę wraz z grami można obecnie nabyć za grosze na Allegro - czasem nawet z TV Tunerem - na pewno jest to rzecz warta świeczki.
 
Na polu konsol stacjonarnych walka odbywała się pomiędzy wspomnianym tutaj wcześniej MegaDrivem oraz SNES'em. I tradycyjnie - najpierw pojawił się SNES, potem MegaDrive, SNES był słabszy, MD mocniejszy. I choć w Europie siły rozłożyły się po równo, to w USA i Japonii popularniejszy był SNES. Jedno za to można powiedzieć o Master Systemie - ten ukazał się łącznie w trzech wersjach - był Master System I (ten ja posiadałem), Master System II (kompatybilny oczywiście z poprzednikiem, ale już bez slotu kart pamięci), który był dostępny przez pewien czas równiez w Polsce oraz Master System III - praktycznie nie różniący się od modelu "II" - jedynie tym, że miał wgraną do pamięci grę Alex Kidd oraz... że jest produkowany po dziś dzień w Brazylii - co prawda już nie przez Segę, ale na licencji. Z tym że jakie ma to znaczenie? Ważne, że w Brazylii sprzedało się kilka milionów tych konsol! Wróćmy jednak do konsol 16 bitowych. I tutaj zgrzyt. Otóż SNES - i trzeba to podkreślić - NIE JEST w pełni konsolą 16 bitową! Nintendo tak się spieszyło żeby wydać swoją konsolę przed Segą, że oparła ją częściowo na 8-bitowej architekturze. I widać to jeśli porównać możliwości techniczne obu konsol - Nintendo miało procesor taktowany prędkością zaledwie 3,5 Mhz, podczas gdy Mega Drive miała nie tylko procesor taktowany zegarem prawie 8 Mhz'owym, ale posiadała także co-procesor taktowany prędkością 4 Mhzów. Nintendo mogło wyświetlać jednocześnie na ekranie jedynie 256 kolorów, z palety bodaj 16 bitowej, zaś Sega 16 bitową paletę wyświetlić mogła na ekranie. SNES posiadał jedynie przewagę na trzech polach - mógł wyświetlać obraz w wyższej rozdzielczości, posiadał nieco więcej pamięci RAM (co jest zrozumiałe przy wyższej rozdzielczości obrazu) oraz miał lepszy chip dźwiękowy. Z tym że przy tak słabym procesorze gry pomimo że w wyższej rozdzielczości prezentowały się słabiej od gier na Segę. Nintendo musiało wieć czasem radzić sobie w inny sposób - poprzez umieszczanie chipów i procesorów w kartridżach z grami - tak było w wypadku Donkey Konga, czy Dooma, których goły SNES by nigdy nie pociągnął. SNES nigdy nie doczekał się czytnika CD - jak wiemy miała go stworzyć na potrzeby Nintendo firma SONY. I stworzyła, tyle że dla siebie - tak powstał PSX. Ale nie o nim teraz mowa. Inaczej sprawa wyglądała w wypadku Segi - tutaj czytnik CD się pojawił - i tak co majętniejsi mogli przekształcić swoje MegaDrive'y w MD CD. Ale to nie wszystko. Parę lat później Sega of America wypuściła dla konsoli MegaDrive iście rewolucyjną nakładkę - tzw. Segę 32X umożliwiającą na MegaDrive odpalanie... Virtua Fightera - oczywiście w pełnym 3D! Pozwalał na to 32 bitowy procesor firmy Hitachi typu RISC z prędkością taktowania 23 Mhz (warto zwrócić uwagę w tym momencie na parametry Segi Saturn). Pozwalała ona na wyświetlanie na ekranie obrazu o rozdzielczości 320x224 piksele oraz palecie 32.768 kolorów, czyli tyle co standardowo Genesis (widać więc jak blado wypadał SNES ze swoimi 256 kolorami). W wyświetlaniu obrazu zatem zmiany nie wystąpiły. Dotyczyły natomiast tego, co ten sprzęt wyświetlić potrafił - 50.000 w pełni teksturowanych i cieniowanych poligonów na sekundę wraz ze sprzętowym wsparciem obracania i skalowania - na Virtua Fightera zatem starczyło. Dodatkowym atutem było dodanie porządnego dźwięku oraz dwóch nowych kanałów audio. Nakładka ta była niestety dostępna wyłącznie w USA. I jak to w historii obu firm, tj. Segi i Nintendo w przeszłości bywało, lepiej sprzedał się oczywiście słabszy technicznie sprzęt dużego N.
 
 
NINTENDO GAME BOY
 

 

Po powrocie do Polski zakończył się pewien etap mojej przygody z konsolami. W naszym kraju nikt o nich nie słyszał, zaś moja Sega byłą swoistym ewenementem. Np. pewien człowiek próbował mi udowodnić, że konsola ta jest produkcji niemieckiej i nazwę powinno się w związku z tym wymawiać w inny sposób - mianowicie "Zega". Reakcje zaś były różne - w większości próbowano mi udowodnić, że 100x lepszym rozwiązaniem jest komputer osobisty. Wtedy zresztą i ja przerzuciłem swoje zainteresowania na komputery, bo w Polsce nie było szans na nabycie jakichkolwiek gier czy sprzętu - chyba że Pegazusa, ale takie rozwiązanie nie wchodziło w grę.
 
Na szczęście w miarę upływu czasu sytuacja zaczęła się zmieniać. Pierwszą konsolą, która zyskałą jakąś popularność był GameBoy. Nie powiem, konsola ta sprawiła mi dużo radości, choć akurat nie za sprawą Mario, który był dla mnie grą zdecydowanie nudną, ale głównie dzięki odsłonom gier Disney'a - np. ze Sknerusem w roli głównej. Doskonałą platformówką był także tytuł "Tiny Toons" oparty na przygodach bohaterów z wytwórni Warner Bross. Słowem, konsola ta potrafiła dostarczyć rozrywki, pomimo że sprzętowo plasowała się mniej więcej na podobnym poziomie co gry elektroniczne Tiger, gdyby je zaopatrzyć w wymienialne kartridże.
 
Ironią losu było, że GB posiadał szybszy procesor od SNES'a, bo taktowany prędkością 4,19 Mhz. Oczywiście procesor to nie wszystko, ale jak na taki sprzęcik Game Boy był całkiem potężny, choć oczywiście słabszy od Segi Game Gear. Wyświetlacz LCD pozwalał na wyświetlanie obrazu w rozdzielczości 160x144 pikseli w 4 "kolorach". Tymi kolorami były tutaj oczywiście odcienie szarości (choć jak wiemy w przyszłości uległo to zmianie). To co jednak najbardziej spopularyzowało tę konsolę na świecie to... Tetris! Tak jest, ta słynna gra autorstwa rosyjskiego matematyka Alexeya Patijnowa była motorem napędowym sprzedaży cacka Nintendo - o czym wszyscy zapomnieli po tym, kiedy to 1000 odmian Tetrisa można było nabyć na pobliskim targu...
 
Game Boy doczekał się kilku odsłon. Oprócz klasycznego miałem przez krótki okres czasu wersję Pocket, nie różniącą się od klasycznego Game Boya niczym prócz wielkością. Ulepszeniu w nim uległ wyświetlacz oraz wprowadzono nowy port komunikacyjny.
 
Kolejną odsłoną był promowany już u nas Game Boy Color. Kompatybilny wstecz, ten model wyświetlał już kolorowy obraz - jednocześnie na ekranie mogły pojawić się 65 kolory z palety 16 bitowej. Zmianie uległ także procesor, co oczywiste, bo kolorowe gry wymagają większej mocy obliczeniowej. Tym razem Game Boya zaopatrzono w CPU Zilog Z80 / 8 Mhz. Również pamięć RAM uległa zwiększeniu - czterokrotnie do 32 kb.
 
koniec części pierwszej
Oceń bloga:
3

Komentarze (5)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper