Ostatnimi czasy bardzo często spotykam się ze stwierdzeniem, że ze świecą można szukać dziś porządnego, wypełnionego akcją RPG, które osadzone będzie w świecie fantasy. Pojawia się sporo komentarzy, które traktują o tym, że ostatnich godnych przedstawicieli tego gatunku dostaliśmy lata temu. Cóż, w gruncie rzeczy ciężko się z tym nie zgodzić. Na szczęście przyszło nam funkcjonować w okresie, gdzie historia, nawet bardzo krótka, lubi zataczać koło. Pojawiają się remastery, remake’i, rebooty – i tak też zadebiutował Kingdoms of Amalur: Re-Reckoning.

Tytuł ten miał być odpowiedzią na wołania fanów, którzy dopraszają się o przedstawicieli wspomnianego gatunku i jeśli spojrzymy na zamieszanie, jakie wywołała jego zapowiedź,  spełnił swoje zadanie – przynajmniej marketingowo. W niniejszej recenzji postaram się przekazać Wam, czy udało się to także, jeśli weźmiemy pod uwagę aspekty czysto rozgrywkowe. 

Pierwowzór omawianej gry, Kingdoms of Amalur: Reckoning, ukazał się w 2012 roku na PlayStation 3, Xboksa 360 oraz PC i bardzo szybko zebrał wokół siebie spore grono fanów. Do dziś wiele osób zachwala projekt powstały w kolaboracji 38 Studios i Big Huge Games, pisząc, iż jest jednym z najlepszych przedstawicieli RPG akcji, jakie powstały. Biorąc to pod uwagę, jedynym zaskoczeniem jest fakt, że na remaster przyszło nam czekać ponad 8 lat!

Kingdoms of Amalur Re-Reckoning recenzja - główny bohater

Nie było podstaw, by nie ufać

Opiekę nad odświeżeniem gry z 2012 roku sprawuje bowiem THQ Nordic – austriackie studio, które już niejednokrotnie udowadniało, że wiedzą, jak się za takie działania zabrać. Tylko w przeciągu ostatnich miesięcy dostaliśmy z ich rąk świetnie odnowione Destroy All Humans! (2020), ale także SpongeBob SquarePants: Battle for Bikini Bottom - Rehydrated czy Saints Row 4 Re-Elected. Kingdoms of Amalur: Re-Reckoning miał być kolejnym plusikiem w notesie wydawców (i kolejną świetną grą słów w tytule).

Muszę już w tym momencie zaznaczyć jednak, że nie do końca tak się stało. Projekt odstaje pod kątem odświeżenia od wymienionych wyżej tytułów i cierpi na sporo braków. Czuję się, jakby „re” dodane do tytułu nie oznaczało bynajmniej poprawienia gry na modłę dzisiejszych czasów, ale konieczność przejścia tego samego, w podobnych warunkach i Kompletnej Edycji. Nie lubię wchodzić do tej samej rzeki, gdy jedyną różnicą jest troszkę bardziej przejrzysta woda. 

Kingdoms of Amalur: Re-Reckoning wypada archaicznie

Muszę przyznać, że moje oczekiwania bardzo mocno wywindowały poprzednie odświeżenia studia – te zdecydowanie zachwycały (przeczytajcie choćby recenzję Destroy All Humans!). Tytuły wyglądały, jakby w całości powstały w 2020 roku i odpowiadały na potrzeby teraźniejszych odbiorców. Z omawianą przeze mnie grą jest inaczej. Ta rzeczywiście jest nieco podrasowana, ale... Cóż, jakbym nie wiedział, uznałbym, że zadebiutowała w 2014 roku jako wersja na początek mijającej generacji. 

I nawet w takim przypadku nie byłbym w stanie uznać jej stuprocentowo za godną swoich czasów. Zacznę może od samych aspektów wizualnych. Jak projekt wygląda, zdążyliśmy zobaczyć wszyscy na licznych zwiastunach. Muszę jednak wspomnieć o tym także w recenzji. Tekstury rzeczywiście zostały wygładzone, a oświetlenie oraz głębia całkiem mocno poprawione względem tego, co mogliśmy oglądać w 2012 roku. Całość jednak mocno odstaje. I to nie od The Last of Us 2, a poprzednich remasterów THQ Nordic. 

Podczas przemierzania pięknego, fantastycznego świata nie rzuca się to tak mocno w oczy – gorzej jest w przypadku rozmów z napotkanymi NPC. Przybliżenie na ich twarze zdradza, jak wielki progres miał miejsce przez ostatnie kilka lat w świecie gier wideo oraz samej grafiki. Zostając przy postaciach, na które trafiamy w grze – rozpoczynanie z nimi dialogu to dość przestarzała mechanika. Początkowo bawiło mnie (po kilku godzinach zaczęło irytować), że muszą dokończyć zaprogramowaną czynność, aby ze mną porozmawiać. 

Dla przykładu, gdy podchodzę do wojownika, czego wymaga ode mnie misja, a następnie naciskam guzik odpowiedzialny za rozpoczęcie rozmowy, ten podchodzi do miejsca spoczynku, kładzie się, po sekundzie podnosi, prostuje postawę, patrzy na mnie i odpowiada na zapytanie. Albo trafię w odpowiednie okno czynności, albo muszę poczekać, aż zapętlone działanie dobiegnie końca. Reasumując, Kingdoms of Amalur: Re-Reckoning wypada już nieco archaicznie

Kingdoms of Amalur Re-Reckoning recenzja - okno dialogowe

To jednak wciąż genialna gra

I choć jestem świadom wszystkich niedociągnięć, nie mógłbym nie wspomnieć w tej recenzji o najważniejszym aspekcie – ten RPG jest tak genialny, jak był przed ośmioma laty. To wciąż jedna z najbardziej niedocenianych gier tego gatunku i jednocześnie jeden z jego najlepszych przedstawicieli. Gdy grałem, starałem się odłożyć na bok ukłucia nostalgii i spojrzeć na to wszystko świeżym, niezależnym okiem. Nie ukrywam, że było to prawie niemożliwe, albowiem cudowny, ogromny świat znów tak samo zachwycał

Jak wspomniałem wcześniej, wiele mechanik oraz grafika zestarzały się całkiem mocno i nawet odświeżenie nie jest w stanie wszystkiego przypudrować. Kosmetyki nie zrobią z kaczątka łabędzia. To kaczątko, zwane Re-Reckoning, jest jednak doskonale świadome swoich mocnych stron. Walka wciąż wypada bardzo świeżo! I to ogromny plus, albowiem stanowi lwią część całej rozgrywki. Mamy 2020 rok, a ja, walcząc, bawiłem się, jak w najbardziej odpicowanych tytułach ostatnich miesięcy. Pojedynki serio dają sporo satysfakcji – zarówno pod kątem używania magii, jak i brutalnej siły oraz ostrości miecza. 

Fabuła Kingdoms of Amalur: Re-Reckoning ponownie wciąga

Jednym z najbardziej znaczących elementów, gdy zagrywałem się kilka lat temu, był dla mnie fakt, że fabuła nie biła powtarzalnością. Nawet zadania poboczne sprawiały, że chciało się je kończyć, a choć często opierały się na „przynieś, podaj, pozamiataj”, to zawsze były ubrane w coś ciekawego i rozbudowane w interesujący sposób. Podręcznikowe tworzenie dobrych misji, co bardzo przypadło mi do gustu! 

Kilkukrotnie złapałem się na utracie poczucia czasu, gdy biegałem z jednej strony lasu na drugą i pomagałem mieszkańcom wiosek. Bardzo łatwo jest wsiąknąć w wydarzenia ze świata, zapominając o realnym, otaczającym nas życiu. Na te kilka godzin problemem przestaje być zepsute auto, a staje się nim przyniesienie dwóch wyciągów z kwiatów oraz trzech wilczych kłów.

Powinienem dodać, że recenzowana pozycja zawiera wszystkie DLC, które zdążyły się ukazać, a to pozwala na ponad 20 godzin dodatkowej rozgrywki (co wydłuża zabawę o jakieś 20-30%)! Jakby tego było mało, oficjalnie zapowiedziano także nadejście nowego rozszerzenia, które zadebiutuje w 2021 roku. Mowa o Fatesworn, o którym wciąż wiemy stosunkowo mało – jeśli jednak utrzyma poziom poprzedników sprzed kilku lat, czeka nas niezła zabawa!

Kingdoms of Amalur Re-Reckoning recenzja - ładowanie mocy

Podsumowując...

Remaster rzeczonej produkcji był potrzebny, ale głównie w jednym celu – dostarczenia gry użytkownikom konsol bieżącej generacji. Niestety wciąż nie zaspokojono mojego zapotrzebowania na pełnoprawny remake. Gra mogłaby być dopieszczona znacznie lepiej, choć nie ukrywam, że ogromne nadzieje zbudowała u mnie, o czym wspominałem, świetna seria odświeżeń ze strony austriackich deweloperów. Ich największa zaleta okazała się tym razem solą w oku. 

Gdyby nie to, może podszedłbym do całości z mniejszymi oczekiwaniami. Sytuacja jest niestety inna, a spadek z wysokiego poziomu boli wyjątkowo mocno i trzeba o nim wspomnieć w recenzji. Jak jednak zdążyłem napomknąć, Kingdoms of Amalur: Re-Reckoning  to wciąż świetna gra i bardzo mocny przedstawiciel gatunku. Za niewiele ponad 150 złotych (dla posiadaczy pierwowzoru na Steam 50% ceny) dostajemy nawet 100 godzin genialnej zabawy z niezwykle przemyślaną fabułą i bardzo satysfakcjonującym systemem walki – a o taką mieszankę ciężko nawet wśród dzisiejszych premier.