Przy okazji zeszłorocznej recenzji pisałem, że coraz ciężej jest wprowadzić duże poprawki, takie, które sprawią, że z jednej strony rozgrywka będzie widocznie lepsza, a z drugiej nie zatraci się tego, co seria wypracowywała przez lata. To sprawia, że nie ma co się spodziewać gargantuicznych, rewolucyjnych zmian, przez co z jednej strony otrzymujemy produkt bezpieczny, bazujący na ewolucji i drobnych korektach, ale z drugiej jednak podobny do poprzedniej części, co jednych ucieszy, innych zirytuje. Jedno jest pewne – mamy tutaj do czynienia z niezwykle realistyczną symulacją koszykówki, momentami mozolnej i niewygodnej, momentami niezwykle satysfakcjonującej.

Nie można nie wspomnieć o tym, że ostatnimi laty tukejki są pozycjami trudnymi, szczególnie dla początkujących męczyguzików. To nie jest gra, do której przysiądziesz na chwilę i opanujesz wszystko co pozwoli Ci być choćby przyzwoitym. Mnogość technik, dryblingów, rzutów, opanowanie timingu... to naprawdę czasochłonna robota i zanim zacznie się czerpać przyjemność z rozgrywki naszego gracza czeka niejeden zimny prysznic, bo przeciwnik, nawet ten komputerowy na niższych poziomach trudności, nie jest w ciemię bity i ogarnia temat lepiej niż kiedykolwiek. Tempo gry jest powolne, przebić się przez szczelną defensywę nie jest lekko, trzeba sobie wypracować pozycję, rozmontować opozycję (nawet nie czuję jak rymuję) i, tak jak w prawdziwej koszykówce, po prostu zasłużyć na szansę na wysoką skuteczność rzutu. Czasy gdy wbiegasz na oślep pomiędzy dwóch rywali licząc, że piłka mimo wszystko wyląduje w koszu to już odległa przeszłość.

NBA 2K20 recenzja 1

NBA 2K20 - Andrzej, jakie to je piękne!

Świetna koszykówka to jedno, ale NBA słynie też z niepodrabialnej atmosfery, mecze są wielkim widowiskiem i porywają tłumy. Z tym aspektem NBA 2K20 radzi sobie doskonale. Każde spotkanie wygląda jak milion dolarów, komentatorzy są w swoim żywiole, zawodnicy przypominają swoje odpowiedniki jak należy, prezentacja stoi na najwyższym poziomie. Innymi słowy – standard do którego 2K nas przyzwyczaiło, czyli graficzny i dźwiękowy prima sort. Motywem który podbił moje serce w tegorocznej edycji jest bardzo indywidualne podejście do zawodników, nad którymi obejmujemy kontrolę – oni naprawdę grają jak ich odbicia z realu! LeBron gra jak LeBron, Curry jak Curry, Harden jak Harden, to się chwali! Widać to w sposobie poruszania się, w dobieranych rzutach, dryblingach, wszystkie te detale wpływają na to, że mając na boisku pięciu zawodników mamy pięć różnych stylów gry i to takich, które można zobaczyć oglądając zawodowców w akcji. Bajka!

W tym roku do dyspozycji gracza są oddane także zawodniczki WNBA, co dodaje głębi rozgrywce. Kobietami można zagrać cały sezon, mecze mają osobną prezentację, skład komentatorski, do tego czuć zupełnie inną dynamikę gry, inne tempo, inny sposób rozmontowywania defensywy, mniej wejść pod kosz, więcej jump shotów. Momentami czuć wręcz jakby 2K dało nam kilka różnych koszykarskich gier w jednej, co na dłuższą metę jest nie lada gratką dla tych, którzy chcą grać na wysokim poziomie – nauczyć się grać to jedno, dobrać sobie taki skład, który będzie najlepiej ze sobą współgrał i odpowiadał preferencjom gracza to kolejne wyzwanie. Skoro już mowa o składach, tutaj ponownie nie będziemy rozczarowani – będziemy mogli grać zawodnikami z każdej epoki NBA, zarówno debeściakami, jak i tymi co grzali ławę. Historyczny aspekt gry jest naprawdę rozbudowany, wieloletni fani docenią dbałość o detale.

NBA 2K20 recenzja 2

NBA 2K20 - Ludzie robio kariery...

Jednym z podstawowych i najważniejszych trybów w grach sportowych jest kariera, gdzie budujemy naszego plejera od zera do bohatera (tutaj już combo breaker rymów). W tym roku także przedstawiono nam ciekawy scenariusz, w którym rozpoczynamy od stworzenia naszego boiskowego zakapiora, a skończymy, daj Bóg, na szczycie NBA jako Hall of Famer z całą gamą osiągnięć i rekordów. Na swojej drodze spotkamy oczywiście wiele przeszkód, jak i fabularnych zagwozdek. Historia stworzona na potrzeby trybu kariery w tym roku ponownie robi robotę – nie jest to może oskarowa produkcja, ale spełnia swoją rolę, a obecność takich osób jak Idris Elba, Rosario Dawson czy samego króla LeBrona to pozytywne zaskoczenie.

Wiele osób skarży się na problem mikropłatności, nazywają grę wirtualnym kasynem i sugerują, że developerzy mają chrapkę na łatwy pieniądz, a niektóre tryby gry (głównie kariera oraz MyTeam, o którym za chwilę) są wręcz niegrywalne bez wkładu finansowego. Realnie patrząc można tutaj mówić o skoku na kasę, bo nie szczędząc grosza można sobie wyboostować zawodnika czy drużynę w trymiga, jednocześnie widać, że twórcy poczynili drobne zmiany i jeśli ktoś chce wejść na szczyt nie płacąc ani centa jest w stanie to zrobić, ale będzie musiał poświęcić na to sporo czasu. Innymi słowy parafrazując Janusza Korwina-Mikke zawsze się trochę płaci - albo czasem, albo pieniędzmi, zostawię to pod Waszą rozwagę.

Jako wielki fan karcianek od lat najwięcej czasu spędzam przy trybie MyTeam. Co roku to właśnie od paru partyjek w MT rozpoczynam moją przygodę z nową grą, licząc na zmiany na lepsze, ciekawe rozwiązania i oczywiście na szczęście w loterii jaką są paczki. Jeśli ktoś nie miał styczności wcześniej – w MyTeam kolekcjonujesz karty i tworzysz z nich swój wymarzony dream team. Zaczynasz od słabiaków i z każdym kolejnym zwycięstwem budujesz ekipę na miarę mistrzowskich pierścieni. Prosta formuła, od lat działa i daje wiele satysfakcji, szczególnie, że karty można zdobywać na wiele sposobów. Mecze 3 na 3, Dominacja, czyli pojedynki z drużynami NBA, obecnymi i legendarnymi, specjalne, ciągle aktualizowane wyzwania – to tylko wierzchołek góry lodowej. Tylko ten jeden tryb zapewni graczom wiele godzin rozrywki, bo zawsze jest kolejny token do zdobycia, kolejny zawodnik do odblokowania, kolejna paczka do kupienia. A dla niecierpliwych, patrz akapit wyżej, portfel, karta kredytowa i wiśta wio, przy kombinacji wkładu finansowego i szczęścia drużynę marzeń można mieć od ręki. Już na tym wczesnym etapie widać po składach niektórych graczy, że dolary poszły w ruch.

NBA 2K20 recenzja 3

NBA 2K20 - Air ball, czy buzzer beater?

W momencie gdy mamy do czynienia z produktem wypuszczanym w świat rok w rok ciężko jest mówić o nowej jakości, jednocześnie nie da się ukryć, że seria idzie krok za krokiem do przodu. Konkurencja nie zwalnia i także radzi sobie coraz lepiej, to jest naprawdę dobry czas, żeby być fanem wirtualnej koszykówki. NBA 2K20 to tytuł niepozbawiony wad, ale na tę chwilę wciąż chyba niezagrożony w swojej pozycji lidera na rynku konsolowych basketów. Brać i grać – ale przygotować się, że nie będzie lekko i żeby dojść do sensownego poziomu będzie trzeba wylać hektolitry potu wciskając przyciski na padzie. A więc... do dzieła!

 

Autor recenzji: Arkadiusz Pan Pawłowski (FaceBookInstagram)